wtorek, 28 kwietnia 2020


Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI PANDEMICZNE.

ODSŁONA TRZYDZIESTA DRUGA. PANIE Z DOMU CHŁOPAKÓW.

Mają swoje rodziny i dzieci. Też mają dość tej całej kwarantanny. Też niepokoją się o przyszłość. Też martwią się o najbliższych. Kiedy jednak siostry zaproponowały im pozostanie w ośrodku na dwa tygodnie, z rzeczami i noclegiem, po to, żeby móc profilaktycznie zamknąć placówkę, zgodziły się. Spały na terenie Domu we dwójkę i trójkę. Niektóre na materacach. Pojawiały się na stanowisku nawet, gdy akurat miały wolne. Czasem po dyżurze popołudniowym wskakiwały jeszcze na nocny.
Panie z Domu Chłopaków. Zwykłe pracownice, wykonujące nieefektowną i kiepsko płatną robotę. Dużo się ostatnio pisze o poświęceniu lekarzy, pielęgniarek, sióstr zakonnych, kapłanów, i bardzo dobrze. Nie wolno jednak zapomnieć o tych cichych bohaterkach, które często są pomijane w wywiadach i reportażach: pracownic Domów Pomocy Społecznej, które zdecydowały się ZOSTAĆ, jak długo tylko się da. W Bochni i Kaliszu się nie dało, bo zachorowały. U nas na szczęście wszyscy zdrowi i okazuje się, że gotowi podjąć wyzwanie.
Spotykam je codziennie. Zawsze uśmiechnięte, cierpliwe, traktujące naszych chłopaków z czułością. Niepozorne anioły przemykające przez pierwszą linię frontu, pogodzone z tym, że często ich NIE WIDAĆ. Bo nie mają fartucha pielęgniarskiego ani habitu, a ich niewdzięczna praca polegająca na sprzątaniu, zmienianiu pieluch dorosłym mężczyznom i przebieraniu ich jak się przebiera małe dzieci jest niefotogeniczna.
Wczoraj pierwsza ekipa opiekunek opuściła Dom Chłopaków, dzisiaj na następne dwa tygodnie pojawiła się kolejna zmiana.
Dziękuję naszym Paniom, szczególnie z mojej grupy: Małgosi, Marzence i Agnieszce, ale także wszystkim innym, które zgodziły się zamknąć razem z naszymi Chłopcami na dwa tygodnie. Chcę im powiedzieć: kochane, jesteście dla mnie wzorem nadziei, odwagi i bardzo ewangelicznej wytrwałości: nie macie z tego nic - absolutnie nic - poza radosnym uśmiechem naszych dzieci. Ale w tym uśmiechu odbija się niebo.








Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI PANDEMICZNE.

ODSŁONA TRZYDZIESTA PIERWSZA. CZAS PODAROWANY.

„W grudniu mam imieniny” – powiedział dzisiaj do mnie Daniel – „Zostanie siostra z nami do grudnia?”. Jakaś część mnie chce zostać w Broniszewicach choćby i do grudnia. A może nawet do końca świata. Ale teatr, ale te niezagrane przedstawienia, ale te nieodbyte spotkania autorskie, ale młodzież, ale cały ten szum, który w gruncie rzeczy uwielbiam…
Tęskniłam za tym ukojeniem. Za soczystą zielenią. Intensywnością śpiewu ptaków. Możliwością oglądania wschodów i zachodów słońca. I tak nagle to wszystko mam: za nic, w nieprzyzwoitym nadmiarze, bezterminowo.
Właśnie: BEZTERMINOWO. Bezterminowość to jest coś, co sprawia, że duszę się w ciasnej klatce czasu. Dopada mnie lęk spowodowany brakiem grafiku, nierobieniem planów i puściutkimi kratkami w kalendarzu, który wisi w chwilowo moim pokoju. Tak się akurat składa, że tym samym, który mam u siebie w Kłodzku – kalendarzu Domu Chłopaków. Tyle że mój egzemplarz jest kolorowy od zamazanych flamastrem nieaktualnych terminów…
A może te puste kratki to czas podarowany, żeby wypełnić je czymś zupełnie innym? Zachwytem nad biedronką, która wspina się na korę drzewa, jakby zdobywała K2. Obserwacją, jak kiełki konwalii przy grocie Matki Bożej w parku z każdym dniem coraz bardziej przyoblekają się w nasycone zielenią piękno i wypuszczają powoli drobniutkie pączki kwiatów. Oglądaniem spektaklu, na który nigdy nie miałam czasu: zmieniającego się nieba, gdy zachodzi słońce. Śledzeniem goniących się po drzewach wiewiórek. Byciem z chłopakami, którzy często nie potrafią sobie zawiązać butów, ale potrafią kochać.
Wiem, że ten prezent mogę rozpakować albo teraz, albo nigdy. Wiem, że już nigdy może nie być w moim kalendarzu tylu pustych kratek. Wiem, że alejka w broniszewickim parku może nigdy już nie być taka długa.
Bóg codziennie chce mnie oczarować sobą. Jeśli teraz nie zatrzymam tego oczarowania w sobie, to ono odejdzie bezpowrotnie.


Fot. s. Regina Dorota Krzesz OP

poniedziałek, 27 kwietnia 2020



Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI PANDEMICZNE.

ODSŁONA TRZYDZIESTA. BIURKO PANA BOGA.

Moja współsiostra Wirginia zaczęła publikować w świdnickim „Gościu Niedzielnym” minirekolekcje w formie filmików z serii „Przewietrz się”. Nigdzie na razie nie wyjechała do pomocy, choć może się to jeszcze zmienić. Ja co prawda jestem w Domu Chłopaków, ale kiedy tylko mogę, piszę. Na blogu „Zakonnica bez przebrania” przybywa tekstów…
Czasem mam odczucie, że nagrywanie filmików czy prowadzenie bloga jest w tej chwili luksusem. Wręcz jakąś nieprzyzwoitością. Blogowa pisanina czy jakieś rekolekcje nie uchronią ludzkości przed kolejnymi zakażeniami. Nie dadzą szpitalom i placówkom opiekuńczym tak pożądanych maseczek, przyłbic i kombinezonów. Nikogo nie nakarmią. Nie zastąpią mycia, przewijania i sprzątania. Po co ta cała zabawa w nazywanie rzeczywistości, której i tak się nie da nazwać, próby uchwycenia emocji, które i tak są nieuchwytne, i porządkowanie wydarzeń, które są nie do uporządkowania i wymykają się spod kontroli? Czy szycie maseczek i pielęgnowanie chorych nie jest już samo w sobie głoszeniem Słowa? Czy potrzeba jeszcze czegoś więcej?
Czy rzeczywiście nie uchronią ludzkości? Niczego nie dadzą potrzebującym? Nikogo nie nakarmią?
Kilka dni temu wrzuciłam na pewną grupę odcinek bloga o zaangażowaniu kapłanów i sióstr zakonnych w pomoc Domom Pomocy Społecznej, będącym niejednokrotnie w dramatycznej sytuacji. Tekst spotkał się z falą hejtu. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że jest to grupa absolwentów pewnej organizacji wspierającej młode talenty. Należą do niej elity intelektualne naszego kraju: zdolni studenci, doktoranci, naukowcy, artyści, lekarze, prawnicy… Zabolało. Ale potem pojawiły się i takie komentarze: Ja również byłem w latach 80-tych stypendystą wspomnianej "organizacji". I też wspominam z wielkim sentymentem specyficzny zwariowany klimat obozów naukowych (…). Ja w tamtych młodych latach byłem osobą niewierzącą, rodzice nie przekazali mi wiary. Potem błądziłem po różnych manowcach w poszukiwaniu sensu życia (filozofia, buddyzm, ezoteryka), ale w końcu odnalazłem Boga żywego, a właściwie zostałem przez Niego przygarnięty, z wielką miłością. Dopiero mając 24 lata przyjąłem chrzest w Kościele Katolickim. A od kilkunastu lat mam szczęście być w tym samym Zakonie, co Siostra, w jego świeckiej gałęzi, jako tercjarz dominikański.
Albo głos pewnej pani, która straciła jedno z dzieci, a miesiąc temu męża, i dziękuje mi za to, co piszę: Bóg w tej sytuacji jest bliżej niż kiedykolwiek. Siły i wytrwałości i nie wątp w Miłość. Te komentarze to krzyk zranień ludzi, którzy zgubili Boga. Ryk, wbrew pozorom, tęsknoty za Nim. W tym trudnym czasie każdy w coś musi wierzyć. Pycha to cudowny znieczulacz sumienia. Każdy radzi sobie jak może. Do momentu, kiedy już nie może i wszystko traci. Wtedy zadaje sobie ważne pytania, szarpie się wewnętrznie, a Bóg wychodzi naprzeciw i mówi: no daj się w końcu przytulić.
W takich momentach wierzę, że luksus komentowania rzeczywistości ma znaczenie. Chroni przed rezygnacją. Karmi tym, co dobre i piękne. Daje nadzieję. Jeśli choć jedna osoba znajdzie ją w tym, co piszę, to już wielkie zwycięstwo. Sama też mam tej nadziei odrobinę więcej, gdy siadam do klawiatury, żeby po raz kolejny powiedzieć sobie i światu, że Bóg jest większy niż koronawirus. A kiedy słucham rekolekcji siostry Wirginii i pada zdanie: „Gdyby Bóg miał biurko, to na tym biurku stałaby twoja fotografia”, to wiem, że nie jestem sama. Że jest Ktoś, kto kocha mnie do szaleństwa. Wiem także, że muszę to powiedzieć innym ludziom tak, jak potrafię najlepiej. I siadam do klawiatury…

Link do pierwszego odcinka rekolekcji s. Wirginii tutaj:

niedziela, 26 kwietnia 2020


Niedzielnie…

Dzisiaj jedna z moich ulubionych Ewangelii: o uczniach idących do Emaus. Zawiedzionych, zrezygnowanych, szukających ucieczki. Nagle na ich drodze pojawia się wędrowiec…
Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. (Łk 24, 15).
Bóg zawsze przychodzi inaczej niż myślę. Towarzyszy mi w smutku, rozczarowaniu, lęku. Słucha. Dzieli ze mną drogę do mojego Emaus – miejsca mojej ucieczki – ale się nie narzuca. Pozwala mi wybierać, czy chcę iść z Nim dalej.
Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej.(Łk 24, 28).
Bóg chce być zaproszony, a nawet PRZYMUSZONY, żeby zostać z człowiekiem.
Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. (Łk 24, 31).
Bóg pojawia się na moment, czasem na bardzo krótką chwilę, ale ta chwila wystarczy, żeby zrozumieć. Rzucić wszystko. Wyruszyć w drogę powrotną do Jerozolimy – czyli tego, co trudne, czego się boję.

sobota, 25 kwietnia 2020



Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI PANDEMICZNE.

ODSŁONA DWUDZIESTA DZIEWIĄTA. ALL THAT JAZZ.

Dawno, dawno temu, w prehistorycznych latach 90. jako licealistka dostałam się do pewnego stowarzyszenia pomagającego uzdolnionym dzieciom i młodzieży. Jednego z najbardziej znanych w Polsce. Prowadzącego szeroką działalność służącą rozwojowi wybijających się w jakiejś dziedzinie uczniów. Stowarzyszenie istnieje do dziś, działa prężnie, wspiera młodych ludzi, i bardzo dobrze. Mnie oczywiście zakwalifikowano do grupy humanistów. Zaczął się dla mnie cudowny czas rozwoju, nowych przyjaźni, a nawet mojej wielkiej, burzliwej, maturalnej miłości... Stypendystką tego stowarzyszenia czuję się nadal. Nie zmienił tego ani czas, ani odległość, ani moje bycie siostrą zakonną. Ta instytucja (niezbyt ładne słowo, ale nie mogę teraz znaleźć innego) zawsze kojarzyła mi się z przestrzenią twórczej wolności, radością bycia wśród pozytywnych "świrów" z pasją, możliwością konstruktywnej wymiany poglądów, po prostu: z byciem sobą. To był mój drugi dom, miejsce, w którym zawsze czułam się bezpiecznie. Kiedy więc trafiłam na Facebooku na grupę absolwentów tej zacnej organizacji, ucieszyłam się niezmiernie. Poczułam się tu u siebie. Chętnie czytałam o inicjatywach, pomysłach i osiągnięciach moich – z reguły już młodszych – kolegów i koleżanek, choć nie na wszystkim się znam. Z całego serca podziwiałam ich talenty i kreatywność. Sama również chciałam się dzielić tym, co robię: swoją teatralną i literacką pasją, pracą z młodzieżą, no i pisaniem.  Wydawało mi się, że jestem w życzliwym gronie dynamicznych szaleńców, którzy nie usiedzą spokojnie na miejscu i chcą zmieniać świat, nawet w czasie światowej kwarantanny.  Publikowałam więc fragmenty swojego blogu "Zakonnica bez przebrania", bo po prostu staram się tam pokazywać pozytywną stronę życia. Nie wszystkie fragmenty: tylko kilka wybranych, które oceniłam jako najbardziej uniwersalne, mówiące o takich ogólnoludzkich wartościach jak miłość, poświęcenie, współczucie, nadzieja… A że z perspektywy zakonnicy? Że nawiązania do Ewangelii? A z jakiej perspektywy mam pisać o rzeczywistości i do czego nawiązywać, skoro tym właśnie żyję? 
Tak było do wczoraj. Na szczęście czy nieszczęście wrzuciłam wpis o „Kościele w kombinezonie” czyli odcinek zapisków z czasu zarazy mówiący o poświęceniu sióstr zakonnych i kapłanów w czasie pandemii. O ich posługiwaniu na wszelkich możliwych frontach, gdzie często panuje dramatyczna sytuacja - zwłaszcza w Domach Pomocy Społecznej i w szpitalach. No i się zaczęło. Posypała się lawina komentarzy, choć komentatorami było właściwie kilka osób. Pod adresem mojego tekstu padły takie określenia jak „mitologia” (o chrześcijaństwie), „agitprop religijny”, „namolny prozelityzm z wykorzystaniem propagandowych technik manipulacji”, no i wisienka na torcie: „święcone pierdololo”. Jeden z rozmówców wyraził obawę, że „zaraz wjedzie procesja, feretron, Matka Boska z odkręcaną koroną na wodę święconą and all that jazz”. Na czyjąś uwagę, że w moich tekstach nie ma żadnej indoktrynacji ani obrażania czyichś uczuć, zwłaszcza osób LGBT, czy przekraczania granic (bo i taki zarzut się pojawił) tenże rozmówca odpisał: „To, czy pani Baumann robi antygejowską propagandę, jest nieistotne w obliczu tego, że robi tu propagandową akcję kościoła, który robi antygejowską krucjatę. W kraju, gdzie kościół jest wszędzie, a biskupi nie tylko wyskakują nawet z lodówki, ale w dodatku w znacznej części ją opędzlowali, cenię sobie przestrzenie wolne od nachalnego prozelityzmu”. Pisownia oryginalna czyli „kościół” przez małe „k”. Oczywiście pojawiło się kilka głosów w mojej obronie – byłoby głęboką niesprawiedliwością nie wspomnieć o tych rozsądnych i kulturalnych wypowiedziach - ale tamci ich przekrzyczeli.
Zamarłam. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomyliłam grupy. Bo fakt, że taki poziom się zdarza na „Rodzicach nastolatków”, grupach dla amatorskich pisarzy i różnego rodzaju „Kulturach w kwarantannie”, zdążyłam już zauważyć i chociaż trochę przykro, to niespecjalnie mnie to dziwi. W takich grupach – pomimo ich szlachetnych założeń - pojawiają się bowiem przeróżni anonimowi myśliciele wylewający pomyje swoich frustracji z poczuciem doskonałej bezkarności. Ale tutaj? W grupie dla intelektualnych elit kraju? Nie, nie przesadzam. Stowarzyszenie przyjmuje naprawdę NAJLEPSZYCH uczniów z całej Polski, którzy potem stają się wybitnymi studentami, doktorantami, pracownikami naukowymi, artystami, pisarzami, politykami… I nie chodzi w tej „najlepszości” o średnią ocen, lecz o pasję: publikacje, osiągnięcia w olimpiadach, ciekawy problem, nad którym kandydat pracuje. Czytam czasem posty tych absolwentów. Przejrzałam też ich profile, również wyżej wymienionych komentatorów. Studia i stypendia zagraniczne. Sukcesy pisarskie i naukowe. Publikacje w cenionych czasopismach z branży oraz wydane książki. Współpraca z prestiżowymi firmami. Znani krytycy filmowi. Prawnicy. Lekarze. Ktoś tam jest w zespole pracującym nad szczepionką na COVID – 19 (tak, tak!). Doborowe towarzystwo.
Nie mogę się otrząsnąć. Nawet nie wiem, co powiedzieć z bezradności. Właściwie mam tylko kilka pytań: co się dzieje z tym światem? Co się dzieje z relacjami międzyludzkimi? Dokąd to wszystko zmierza? Czy tolerancja dotyczy tylko osób o niekatolickim światopoglądzie i LGBT? I gdzie są granice wolności słowa, jak ją w ogóle rozumiemy i czy ona jeszcze istnieje? Mało tego: gdzie się podziało coś takiego jak kultura osobista w publicznej dyskusji?
Znów wracają wspomnienia parku w miejscu naszych obozów naukowych. Symfonii Dworzaka „Z Nowego Świata”, której słuchaliśmy. Pasjonującego referatu dwóch moich zajmujących się historią kolegów o precyzyjnie opisanej bitwie starożytnej, której… nie było. Wieczorów poezji śpiewanej. Tego, jak graliśmy do białego rana w mafię. Kolegi o ksywie Witkacy, zakochanego na zabój w pewnej pięknej Klarze i powierzającego mnie – którą nazywał Ksieżną Iriną Wsiewołodowną Zbereźnicką Podberezką – swoje miłosne rozterki. Byliśmy młodzi i piękni w swoim idealizmie, i trochę „nieżyciowi”. Nie pamiętam żadnych dyskusji politycznych, żadnej słownej agresji, żadnego szufladkowania kogokolwiek. Nasze wzajemne zaciekawienie sobą było czyste i wzruszająco bezinteresowne, a dyskusje jedynie merytoryczne.
Gdzie się podział ten park i spacerujące po nim niedzisiejsze dzieci?




piątek, 24 kwietnia 2020



Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI Z CZASU ZARAZY.

ODSŁONA DWUDZIESTA ÓSMA. ZAKOŃCZENIE ROKU MATURZYSTÓW.

Dzisiaj byłabym w auli Arnoszta z Pardubic w moim liceum Chrobrego w Kłodzku. Byłyby łzy wzruszenia, uściski, słowa płynące prosto z serca i tradycyjne rozdanie Bolesławów. Ciekawe, kto by dostał „Bolka” w kategorii „Aktor”… cóż, nie dowiem się. Po części oficjalnej lub może przed spotkałabym się na chwilę z moimi maturalnymi aktorami z Dzikich Kotów. Muszą nam wystarczyć podziękowania wirtualne, takie trochę niepełne, niedokończone, pozostawiające jakąś lukę, pustkę, tęsknotę. Widzę ich twarze. Czuję te pierwsze emocje, kiedy prawie trzy lata temu zaczynałam z ówczesnymi pierwszoklasistkami przygodę z teatrem. Wszystkie byłyśmy wtedy niepewne, zagubione w nowej szkole, lekko przestraszone. Czuję na nowo radość z premiery musicalu „Ballady o Mistrzu” – czegoś, co po ludzku wydawało się w szkolnych warunkach niewykonalne. I te emocje związane z kolejnymi występami, premierami, wyjazdami…
I myślę też o moich katechizowanych uczniach, co w życiu wybiorą, jaką drogą pójdą, czy znajdą miłość i swoje miejsce na ziemi. A w niebie?
To pożegnanie musi pozostać niedopowiedziane, niedokończone, zawieszone w próżni przerwanego czasu. Przywołuję więc wiersz, który napisałam rok temu, ale on jest ciągle aktualny:

Do moich maturzystów

Pusto bez ciebie na szkolnym korytarzu
Młodości maturalna
pachnąca zielonym wiatrem
pewna siebie
omijająca znaki drogowe
Pusto bez ciebie
Młodości maturalna
zakochana z wzajemnością w sobie

Pusto bez ciebie
Młodości maturalna
która jeszcze nie wie że warto czasem przegrać
że wiosna się skończy
i kiedyś gałęzie drzew stwardnieją od zimna
że usta dziewczyny
mają tylko przez chwilę smak malin
a prawdziwa miłość czasem smakuje jak czerstwy chleb

Pusto bez ciebie
Młodości maturalna
utkana ze snów o potędze
i piękna jak niebo o brzasku

Pusto bez ciebie na szkolnym korytarzu
Młodości maturalna
pachnąca zielonym wiatrem
historii
wkradającym się
przez uchylone okno
czasu





czwartek, 23 kwietnia 2020


Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI Z CZASU ZARAZY.


ODSŁONA DWUDZIESTA SIÓDMA. KOŚCIÓŁ W KOMBINEZONIE.

Siostra Małgorzata, moja przełożona z Kłodzka, wraz z siostrą Krystianą pojechały jako wolontariuszki do Domu Pomocy Społecznej w dla osób w podeszłym wieku w Kaliszu. Sytuacja dramatyczna: kilkadziesiąt przypadków koronawirusa, zarówno wśród mieszkańców jak personelu, i konieczność ewakuacji zarażonych. Przesyłają zdjęcia. Kombinezony, w które musiały się ubrać, wyglądają jak uniformy astronautów. Zastanawiam się, jak w tym oddychać, nie mówiąc już o poruszaniu…
Godzina spędzona samodzielnie w izolatce na karmieniu, myciu i goleniu zarażonego i niebywale zarośniętego pacjenta. Golenie mężczyzny - pierwszy raz w życiu.
Opatrywanie odleżyn wraz z pielęgniarką. Pierwszy raz.
Wiadomość, że pacjentka z niewydolnością oddechową z niedzieli jest pozytywna. Teraz w szpitalu, ale zdążyłam przy niej nabierać szlifów opieki przy łóżku.
Podglądanie pobierania wymazów u 14 pacjentów. Jutro podobno wszyscy będą to mieli.
Spotkanie z młodziutką pielęgniarką, która się właśnie zakłuła igłą chorej pacjentki
To z ciekawszych momentów długiego dnia.
Na koniec godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu. I Bóg odnawiający siły, zmieniający myślenie, Obecny…
- pisze siostra Małgorzata w smsie.
Nasze siostry pomagają w Domach Pomocy Społecznej dla osób starszych i przewlekle chorych fizycznie lub psychicznie w Bochni, Kaliszu, Stalowej Woli i w hospicjum w Warszawie, a także naszym Domu Chłopaków w Broniszewicach i Domu Pomocy Społecznej w Mielżynie dla dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością intelektualną. Sióstr wolontariuszek jest już 60. Ale trzeba też wspomnieć o siostrach i braciach z innych zgromadzeń: kapucynach, salezjanach, benedyktynach, felicjankach, urszulankach i loretankach. W Bochni pomaga także misjonarz z diecezji tarnowskiej, ks. Piotr Dydo – Rożniecki, a w jednym z krakowskich Domów Pomocy Społecznej mój dobry znajomy – salezjanin Maciek Sokalski.
Co robią w takich miejscach kapłani i zakonnicy, na co dzień zwykle zajmujący się czymś zupełnie innym? Wszystko. Pomagają w kuchni, dezynfekują pomieszczenia, sprzątają, zmieniają opatrunki, przewijają i myją chorych, organizują czas wolny niepełnosprawnym dzieciom, oczywiście na ile jest to możliwe w warunkach zbiorowej kwarantanny… A przede wszystkim: są z tymi ludźmi, dają im nadzieję, towarzyszą im dobrym słowem, modlą się wspólnie.
Pandemia jest dla Kościoła sprawdzianem z miłości. Szansą na to, aby stał się on rzeczywiście wspólnotą. Tęsknimy za takim właśnie obrazem Kościoła: żywego, odważnego i pełnego współczucia. Kościoła w kombinezonie, wśród zarażonych. Kościoła z uśmiechem, słowem nadziei i opatrunkami. Kościoła ludzkiego i Boskiego zarazem. Taki właśnie Kościół był bliski założycielce mojego Zgromadzenia, Matce Kolumbie Białeckiej, kiedy wraz z pierwszymi dominikankami pielęgnowała rannych powstańców styczniowych ukrywanych w klasztorze, a potem chorych na cholerę w Wielowsi i okolicznych wioskach. Taki obraz Kościoła pokazała moja współsiostra, bł. Julia Rodzińska, kiedy poszła opiekować się umierającymi na tyfus. Wiedziała, że zbliża się koniec wojny i nadzieja na ocalenie, a jeśli tam pójdzie, to nie przeżyje… Taki Kościół reprezentował założyciel salezjanów, św. Jan Bosko, kiedy wraz z chłopakami z oratorium pielęgnował chorych podczas epidemii cholery w Turynie. My tylko próbujemy ich naśladować. Bo nagle się okazuje, że stanęliśmy wobec bardzo podobnego wyzwania jak święci i założyciele naszych wspólnot zakonnych. Jezus ma dzisiaj spojrzenie bezradnego mieszkańca Domu Pomocy Społecznej, niepełnosprawnego dziecka, pacjenta szpitala…

Byłem głodny, a daliście Mi jeść,
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie

- mówi do mnie i do ciebie (Mt 25, 35 – 36).
Może jest starszą osobą, której trzeba zrobić zakupy. Może twoim domownikiem, do którego trzeba się uśmiechnąć, a może właśnie przerażonym pensjonariuszem domu opieki? Nie wiem. Każdy z nas otrzymuje od Pana Boga inny zestaw zadań na tym wielkim sprawdzianie z miłości, ale wszystkie są ważne.





Powiew COOL – tury


Opowieść o niekochaniu (Joker, reż. Todd Phillips, 2019)

Film zaczyna się od wyśmiania i pobicia ofiary, a kończy spektakularnym morderstwem na oczach tysięcy widzów. Ofiara staje się katem…
Czy można opowiedzieć o popularnym, znanym z komiksów upiornym klownie, przeciwniku Batmana, w taki sposób, żeby ta historia poruszała, dotykała najbardziej osobistych aspektów naszego życia i miała charakter uniwersalny? Reżyser Todd Phillips i odtwórca tytułowej roli, Joaquin Phoenix - który zresztą został za nią uhonorowany Oscarem - udowadniają, że można.
Film nie jest krwawym katalogiem wyrafinowanych zbrodni ani komiksową opowiastką z oczywistym podziałem na „dobrych” i „złych”. I nie ma tu Batmana ani jakiegokolwiek innego rycerza dzielnie broniącego bezpieczeństwa niewinnych obywateli. Jest tylko Joker. Samotny, odrzucony, odpychający ze swoim histerycznym, nieadekwatnym do sytuacji śmiechem. A obywatele wcale nie są tacy niewinni. Bohatera poznajemy najpierw jako nieudacznika, który nie może spełnić swojego największego marzenia: wystąpić w autorskim programie komediowym, i dorabia jako „reklamowy” klown do wynajęcia, ale i tu się kompletnie nie sprawdza. Jest życiowym wykolejeńcem, korzystającym z pomocy społecznej, mieszkającym ze schorowaną matką, aż do chwili, gdy kolega z pracy ofiaruje mu rewolwer. To jest ten moment, w którym twórcy filmu mogliby pójść w stronę taniej sensacji albo kolejnej wersji komiksu z happy endem. Geniusz Jokera polega na tym, że zaskakują widza. Opowiadają zupełnie inną historię. Bardzo smutną, bo o odrzuceniu i głodzie miłości, głodzie, który – niezaspokojony – może przerodzić się w rozpacz, chorobę psychiczną, a wreszcie: destrukcję.
Joker Phillipsa zaczyna się bardzo ciekawym obrazem katastrofy, z jaką nie mogą sobie poradzić mieszkańcy miasta Gotham: zalewu śmieci. W śmieciach wylęgają się szczury, których zastraszająco przybywa, a te z kolei mogą stać się nośnikiem epidemii… Władze miasta chcą wprowadzić stan wyjątkowy. Brzmi niezwykle aktualnie, choć twórcy filmu nie mogli przewidzieć tej aktualności. Potem jest tylko gorzej. Z zalewu śmieci wyłania się psychopatyczny morderca, którego działanie staje się inspiracją do zamieszek w mieście czyli powszechnego wołania o miłość wszystkich wykolejonych, odrzuconych, niekochanych, zepchniętych na margines. Symbolem tego wołania staje się maska klowna wykrzywiona w grymasie groteskowego uśmiechu. Wszyscy anarchiści zakładają takie właśnie maski. Gotham zalewają nie tylko śmieci, ale tłum rozwścieczonych klownów… Zaczyna się apokalipsa na miarę prowincjonalnego miasta, ale, że zacytuję Czesława Miłosza: innego końca świata nie będzie. Apokaliptyczny nastrój znakomicie podkreśla niepokojąca muzyka Hildura Guðnadóttira. Nic dziwnego, że twórca dostał za nią Oscara.
Śmieci i anarchia: symbol współczesnego świata. Rozkładu relacji międzyludzkich. Chaosu, do którego doprowadził człowiek. Wszystkich wojen, rewolucji i totalitaryzmów, które miały zniszczyć jakiś system, a wprowadzały nowy, jeszcze gorszy. A w samym środku tego piekła zagubiony bohater, który wcale nie chciał być mordercą. Chciał być zauważony, zaakceptowany, dla kogoś ważny, pokochany – jak każdy z nas. Joaquin Phoenix słusznie dostał Oscara za tytułową rolę. Jego Joker jest wyobcowany, niedostosowany społecznie, ale tak naprawdę pozwala się oswoić. Zrozumieć. Wywołuje u widza współczucie. Można w tej tragicznej postaci odnaleźć własną opowieść o niekochaniu. Joker Phoenixa jest tak naprawdę małym, porzuconym chłopcem. Nawet wtedy, gdy zabija.
Film mocno przygnębia, ale prowokuje do zadania sobie najważniejszego pytania: czy kocham i jestem kochany. I co mogę zrobić ze swoim niekochaniem, żeby powstrzymać w moim życiu anarchię?

Link do zwiastuna:


środa, 22 kwietnia 2020


Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI Z CZASU ZARAZY.

ODSŁONA DWUDZIESTA SZÓSTA. ROZMOWY NIEDOKOŃCZONE.


Dzwonię do mamy codziennie. Taki obowiązkowy rytuał. Szósty tydzień siedzi sama w mieszkaniu. Kiedy z nią rozmawiam, to coraz częściej się zastanawiam, kto kogo wspiera. Mama to cudowny wynalazek. Zawsze pyta, czy się nie przeziębiłam, czy się wysypiam, czy mam zapas skarpet i ulubione kakao, i czy uważam na siebie.
Kiedy byłam dzieckiem, mama była jak Dobra Wróżka. Mieszkała wtedy w innym mieście, bo pracowała tam w teatrze, i każdy jej przyjazd, a jeszcze bardziej każdy mój wyjazd do niej, był wielkim świętem. Mogłam biegać po kulisach teatru, przymierzać peruki i czekać z zapartym tchem aż mama w bajecznie długiej sukni (bo w tamtych czasach kostiumy teatralne były porządne, solidne i oddawały ducha epoki) pojawi się na scenie. Poza tym bawiła się ze mną lalkami i czytała mi bajki w taki sposób, że wierzyłam w ich autentyczność.
Kiedy byłam nastolatką, mama została powierniczką moich młodzieńczych sekretów, szczególnie rozterek miłosnych. Poza tym spędzałyśmy długie godziny na czytaniu dzieł dramaturgów polskich i obcych, chodzeniu na wszystkie premiery w krakowskich teatrach i dyskusjach o ich treści i formie.
A teraz? Mama jest pierwszą czytelniczką moich dwóch powieści. Pamiętam, jak wstrząsnął nią pewien opis i potem nie mogła spać w nocy, tak bardzo to przeżywała. Jest także najbardziej gorliwym widzem premier, jakie przygotowuję z moją młodzieżową grupą teatralną Dzikie Koty. Potrafi przejechać pół Polski, żeby zostać w Kłodzku jedynie dwa dni, po to tylko, żeby zobaczyć przedstawienie. Potrafi też przedyskutować ze mną cały scenariusz, a nawet – kiedy akurat jestem w Krakowie -  zrobić ze mną w pokoju… próby sytuacyjne. Kiedy przyjeżdżam do domu, wita mnie, jakbyśmy się nie widziały dwadzieścia lat. Kiedy wyjeżdżam – żegna tak, jakbym wyruszała na wojnę. I zawsze mi robi krzyżyk na czole.
Wydawałoby się, że kiedy wszystko stanęło w miejscu, nie będzie wiele do powiedzenia. Tymczasem jest tak dużo… Te rozmowy zawsze są niedokończone.
Czasem jest tak, że nie mam siły. Wylewam wszystkie swoje żale i frustracje związane z niepewnością jutra i odwołanymi spektaklami naszego nowego przedstawienia oraz promocjami książki. A także tęsknotą, za tym, żeby „coś się działo”, i za normalnością. I wtedy mama wkracza w akcję: „Jakbyś była matką dwójki dzieci, która właśnie straciła pracę i została na lodzie z niespłaconym kredytem, to dopiero byś zobaczyła, co to jest tęsknota za normalnością. Idź z tym do Jezusa. Jemu oddaj te lęki i frustracje. Nie czekaj, aż cię to zacznie niszczyć, tylko Go wezwij.”
Te kilka słów to takie moje małe rekolekcje. Wystarczy, aby wrócić do Jezusa po siłę i nadzieję.
Mama to naprawdę cudowny wynalazek.




wtorek, 21 kwietnia 2020


Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI Z CZASU ZARAZY.

ODSŁONA DWUDZIESTA PIĄTA. DZIECI W AFRYCE GŁODUJĄ, A MY MAMY MELEKSY.


Meleksy  są dwa, a oprócz tego kilka działających na zasadzie rowerów gokartów. Szczególnie jeden meleks jest imponujący: duży, stylowy, z lśniącą, białą karoserią. Wygląda jak ekskluzywny powóz sprzed stu lat. Pasuje jak ulał do zabytkowego pałacu, w którym kiedyś mieszkali chłopcy z Domu Chłopaków, a teraz mieszczą się biura i warsztaty terapii zajęciowej. I do przestronnego parku z drzewami, z których niektóre pamiętają czasy, gdy parkowymi alejkami jeździły prawdziwe powozy i spacerowali dostojnym krokiem poprzedni mieszkańcy…
No i ten właśnie meleks jest najbardziej oblegany przez najmłodszych chłopców, wolontariuszy, a nawet dwa psy: rozszczekaną, ruchliwą Bronię i spokojną, ufną Megi. Wszędzie go pełno. W całym parku niesie się echo pisków, śmiechów i radosnego szczekania.
Może powiesz, Czytelniku: nie przystoi. Świat rozpacza z powodu koronawirusa, a wy – zamiast przyłączać się do powszechnego festiwalu narzekania - urządzacie tutaj zabawy. Nie zdajecie sobie sprawy z powagi sytuacji?
Zdajemy. Dlatego przyjechało do pomocy 12 sióstr i 4 świeckich wolontariuszy. Dlatego Dom Chłopaków od kilku dni jest zamknięty, co oznacza, że przez dwa tygodnie wszyscy – łącznie ze świeckimi pracownikami – tutaj mieszkamy i nie możemy się stąd ruszyć ani na krok. Dlatego zarówno chłopcy, jak siostry i wolontariusze codziennie modlą się o to, żeby „kulka z czułkami” nie dotarła do Domu Chłopaków i o ustanie pandemii. Ale chcemy ten czas przeżywać z radością i nadzieją, a przede wszystkim dać tę radość i nadzieję chłopakom. Chociaż coraz częściej zastanawiam się, czy nie jest tak, że to oni nam bardziej ją dają niż my im…
Może powiesz, Czytelniku: dzieci głodują w Afryce, a siostry w Broniszewicach kupują meleksy. Otóż nie kupują, tylko otrzymują od ludzi, którzy chcą chłopcom z Domu Chłopaków podarować radość. Z dobrym skutkiem. Czasem ci ludzie mają poglądy dalekie od oficjalnego nauczania Kościoła i może gdzieś po drodze – bardzo krętej – zgubili Pana Boga, ale kiedy przyjeżdżają do Broniszewic, to jednogłośnie twierdzą, że to miejsce ich zmienia… Że tu się nie da nie wierzyć w Boga. Są jak celnik Zacheusz, który przyjął Jezusa rozradowany, choć raczej nie był znawcą Prawa i stałym bywalcem synagogi… I pomagają. Ta pomoc dotyczy zarówno podstawowych potrzeb, jak rzeczy, bez których z całą pewnością można przeżyć. Ale czy chodzi tylko o przeżycie? Dom Chłopaków wygląda jak ekskluzywny hotel. W pięknie urządzonych, dwuosobowych pokojach nawet fototapety są dostosowane do indywidualnych zainteresowań mieszkańców. Nie ma tu ani jednego elementu, który by nadawał temu miejscu charakter instytucji. Czy to już luksus? Jeśli radość, domowa atmosfera i podarowanie tym, których kochamy, tego, co najlepsze, jest luksusem, to tak. Przypomina mi się szczegół z życia siostry Julii. Jako kierowniczka Zakładu dla Sierot w Wilnie ubierała swoje wychowanki w radosne, kolorowe sukienki, zawsze najlepszej jakości, i to w czasach, gdy inne sierocińce stosowały szare mundurki. Te mundurki były na pewno tańsze i bardziej praktyczne, a także niezwykle przygnębiające.
Kiedy Jezus przybywa do domu swoich przyjaciół w Betanii, siostra Łazarza Maria wylewa na Jego włosy i stopy flakonik szlachetnego olejku. Dzisiaj kosztowałby pewnie kilka pensji. Na to odzywa się Judasz, że lepiej byłoby sprzedać pachnidło i pieniądze rozdać ubogim. Brzmi to bardzo rozsądnie, jeśli się nie weźmie pod uwagę jego intencji. Jezus odpowiada: Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie. (J 12, 7). Chwila, kiedy spotykam Jezusa w drugim człowieku, jest jedyna i niepowtarzalna. Warto być rozrzutnym. I przejechać się z naszymi chłopakami po broniszewickim parku.


poniedziałek, 20 kwietnia 2020


Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI Z CZASU ZARAZY.

ODSŁONA DWUDZIESTA CZWARTA. PIEKŁO KOBIET.

Zaraz po świętowaniu Życia, które pokonało śmierć, pojawia się w Internecie akcja „Piekło kobiet” czyli ciąg dalszy Czarnego Protestu. Petycja przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Czerwona błyskawica na czarnym tle, bardzo przypominająca emblematy SS, choć absolutnie nie podejrzewam autorów tego logo o świadome nawiązania. A jednak wyszło bardzo wymownie…
Do protestu przyłącza się mnóstwo moich wspaniałych znajomych, ludzi kreatywnych, żyjących z pasją, o szerokich horyzontach: artystów, dziennikarzy, nauczycieli, a co najbardziej boli - moich uczniów. Jeden z nich, bardzo mi bliski, który jeszcze dwa lata temu pomimo dość liberalnych poglądów był przeciw aborcji, pisze: „Zmieniłem zdanie. Płód nie jest człowiekiem. Co do mnie, to fajnie że żyję, ale równie dobrze mógłbym nie żyć”.
Nie, nie będę się tutaj zagłębiać w gąszcz przepisów prawnych ani tym bardziej w politykę. Jedno i drugie jest mi kompletnie obce. Na prawie się nie znam, a do polityków wszelkiej maści dawno już straciłam zaufanie. Ale nie mogę przejść obojętnie obok akcji, która w założeniu broni praw człowieka kosztem innego człowieka: najbardziej bezbronnego. Trafiam na czyjś mocny komentarz: „Piekło to miały kobiety w Ravensbrück i do dzisiaj mają chrześcijanki w krajach radykalnego islamu. Dlaczego o tym milczymy?”.
Dzieci, u których PODEJRZEWA SIĘ chorobę. Czy jestem panem życia i śmieci, żeby wiedzieć, że na pewno umrą, kiedy umrą albo że urodzą się martwe? Czy nie kończyłoby się to niejednokrotnie eliminowaniem wybrakowanych „egzemplarzy”?
Dzieci poczęte z gwałtu. Tutaj nie będę się wymądrzać. Jak się czegoś samemu nie przeżyło, to najlepiej po prostu zamilknąć. Ale gdybym to ja była takim dzieckiem? Albo ty?
Żeby było jasne: to są jedynie luźne refleksje pisane z pozycji kogoś, kto raczej pyta niż zalewa odbiorcę zestawem Jedynie Słusznych Poglądów na Wszystko. Raczej milczy wobec niezawinionego cierpienia niż osądza. Raczej dzieli się swoim doświadczeniem niż wypowiada się za cały świat. A moje doświadczenie jest takie: aktualnie jestem w Domu Chłopaków. Miejscu, gdzie cały czas świętujemy Życie. Tutaj panuje nieustanna Wielkanoc, nawet w dobie pandemii. Nasi chłopcy nie pójdą na uniwersytety, ale kiedy na nich patrzę, to często mam wrażenie, że wiedzą wszystko, co powinien wiedzieć człowiek, żeby być szczęśliwy. Wiedzą, że jest Bóg i nie potrzebują dowodów. Wiedzą, że w życiu liczy się gonitwa z psem po parku, koncert ukochanego zespołu i przejażdżka melexem czyli to, co sprawia radość. I wiedzą, że są kochani. Nasi chłopcy nie zrobią kariery, ale też nie interesuje ich kariera innych. Nasi chłopcy mają czas na kontemplowanie życia, a nie tracą czasu na robienie tego, co jest opłacalne, ale odbiera im siły. Nasi chłopcy przyjmują każdego człowieka takim, jakim jest, i nie pytają o jego pochodzenie, poglądy, wpływy i status materialny. Nasi chłopcy po prostu bezinteresownie cieszą się ISTNIENIEM: swoim i innych. Co z tego, że dwudziestotrzyletni Darek fascynuje się baśnią o Śpiącej Królewnie i Smerfami, a jego rówieśnik Krzyś potrafi godzinami bawić się plastikowym samochodzikiem, bo fascynuje go dźwięk obracających się kółek? To jest ich własna, wyjątkowa opowieść o życiu, o tym, jak je smakować i czerpać z niego pełnymi garściami. Kiedy ja ostatnio fascynowałam się intensywną zielenią kwietniowej przyrody? Wschodem słońca? Kiełkami konwalii? Ciszą wieczoru? Kiedy ostatnio odpuściłam sobie zapełnianie grafika, planowanie, podporządkowywanie życia celom, które za wszelką cenę MUSIAŁAM osiągnąć? Nasi chłopcy uczą mnie, że nic nie muszę. Trudna to lekcja, ale być może najważniejsza, jaką otrzymałam w życiu. Na moich oczach sprawdzają się tutaj słowa Jezusa: W tej właśnie chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom.(Łk 10, 21).
I tyle w temacie. Nie zmienię myślenia moich światłych znajomych protestujących przeciw ustawie antyaborcyjnej. Napisałam to wszystko po to, żeby podzielić się moim osobistym doświadczeniem afirmacji ŻYCIA. W tym miejscu ono nabiera sensu.


niedziela, 19 kwietnia 2020

Niedzielnie...

WYZNANIE NIEWIERNEGO TOMASZA

Zmartwychwstanie
przytrafiło się nam mimochodem
między ciszą szabatu
a tą godziną
kiedy trzeba wstać do pracy
z ciężkimi od niewyspania powiekami
Włożyć tę najbardziej szarą tunikę
pośpiesznie zawiązać sandały
i wyjść na ulicę
po której chodzą ludzie
dla których nic się nie wydarzyło


Moi przyjaciele zamknęli się
w sali na piętrze
gdzie dokonała się Wieczerza
każdy z nich śpiewa
Pan mój i Bóg mój
powietrze jeszcze pachnie winem
a oni czekają
aż zapach stanie się ciałem
a może po prostu nie mają dokąd iść


Nie ma mnie z nimi
zdążyłbym nim zamkną drzwi
ale kiedy podniosłem się z łóżka
po tym wszystkim
z ciężkimi od niewyspania powiekami
zrozumiałem
że nie ma dowodu
że niczego nie widziałem
oprócz
garncarzy
ogrodników
faryzeuszy
celników
prostytutek
stołów z towarem na dziedzińcu świątyni
I tak będzie do końca świata
czyli bez końca


Trzeba wziąć się w garść
wypłynąć na głębię
zarzucić sieci
ale tylko po to
żeby mieć z czego żyć


I wtedy oni powiedzieli
nie było cię z nami
w sali gdzie dokonała się Wieczerza
chodź
zobacz
poczuj jak powietrze pachnie winem
uwierzysz


Poszedłem
nawet nie wiem po co
może dlatego
że serce płakało
i nie chciało dowodu
lecz dotknięcia

Poszedłem
nawet nie wiem po co
może dlatego
że kramy
cebula
sprzedaż ryb
były jak ucieczka
w ślepy zaułek


Poszedłem
nawet nie wiem po co
może dlatego
że bez Niego
wszystko we mnie umiera
na raty


Poszedłem
zobaczyłem
drzwi zamknięte
twarze zszarzałe od lęku
i podszyte zaledwie tlącą się nadzieją
mój rozsypany świat


Poszedłem
zobaczyłem ranę w boku
dotknąłem
w niej była moja własna rana
w niej były rany moich przyjaciół
w niej były rany
garncarzy
handlarek
ogrodników
w niej były rany całego świata


Wszystko się rozjaśniło
zmartwychwstało
we mnie




Mówienie prozą…



CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI Z CZASU ZARAZY.



ODSŁONA DWUDZIESTA TRZECIA. BOCHNIA.

Dowiadujemy się, że Dom Pomocy Społecznej dla przewlekle chorych psychicznie pozostał bez pracowników. Zarazili się koronawirusem. Część pacjentów też. Pilnie potrzebna pomoc, a nie ma chętnych do takiej pracy, w dodatku w dość ekstremalnych warunkach. I oto niespodzianka: zgłasza się siedem sióstr z naszego zgromadzenia. Matka generalna pisze do nas wszystkich list, w którym pojawiają się mocne, poruszające słowa: Spodziewam się, że tych próśb będzie coraz więcej. Kto ma na nie odpowiedzieć, jak nie my - które przecież oddałyśmy swoje życie na służbę Bogu i człowiekowi? Dlatego piszę tę prośbę do każdej z Sióstr zdolnej do takiej posługi, by być w gotowości. Za nami rok, podczas którego bardziej jeszcze starałyśmy się zjednoczyć z naszą Błogosławioną Siostrą Julią. Co zrobiłaby na naszym miejscu? Nikt chyba nie ma wątpliwości.
Nie mam wątpliwości. Kiedy pisałam powieść o Siostrze Julii i opisywałam epidemię tyfusu, nie przypuszczałam, że sama będę świadkiem epidemii, w dodatku ogólnoświatowej. Sytuacja z Bochnią wynikła akurat w Wielki Piątek, w dzień, kiedy Jezus woła z krzyża: „Pragnę”. Pragnienie Ukrzyżowanego okazuje się bardzo konkretne: ma spojrzenie pozostawionego bez opieki pacjenta, który może nosić w sobie wirusa. Odpowiedź wymaga odwagi i wykroczenia poza pobożne litanie i nowenny do siostry Julii czy pisanie scenariuszy i powieści na jej temat. Duma mnie rozpiera, że właśnie siostry dominikanki… że znowu media interesują się pozytywną stroną Kościoła… że świadectwo wiary i miłości bliźniego dla tylu ludzi, szczególnie tych „antykościelnych”…
Jestem w Domu Chłopaków, gdzie – dzięki Bogu – nie ma koronawirusa, chociaż Dom jest już zamknięty i pracownicy na dwa tygodnie muszą pozostać na miejscu. Ale nie wiadomo, co przyniesie każdy kolejny dzień… Wojna z niewidzialnym wrogiem przyśpiesza.


sobota, 18 kwietnia 2020



Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI Z CZASU ZARAZY.




ODSŁONA DWUDZIESTA PIERWSZA. SPOTKANIA ZE ZMARTWYCHWSTAŁYM.

Dom Chłopaków, alejki w parku, piwnica, gdzie trzymamy warzywa, a nawet farma i królestwo Krzysia, gdzie chowa swoje rupiecie i narzędzia, zamieniły się w Jerozolimę i drogę do Emaus. Niezawodny Kamil jako Jezus ukazuje się przyjaciołom ubrany w dżinsy i bluzę z kapturem. Uczniowie zresztą też są wystrojeni w zupełnie niebiblijne spodnie i koszule. Tylko Adrian i Kacper, dwaj żołnierze, co to przegapili zmartwychwstanie, mają na sobie mundury i wojskowe berety, których okazałą kolekcję posiada Adrian, miłośnik militariów. A w ręku trzymają kolorowe, plastikowe karabiny. Daniel i Mariusz jako Piotr i Jan urządzają sobie najprawdziwsze wyścigi do „grobu” (czyli piwnicy na ziemniaki), Kazio i Radek w drodze do Emaus bardzo szczerze marudzą, a mnie jak zwykle przypada rola narratora. Powstaje Facebookowy filmik. Nasza wersja Ewangelii o zmartwychwstaniu. Prosta, trochę naiwna, pozbawiona kostiumów i charakteryzacji, bez dbałości o historyczne detale, i może dlatego tak autentyczna. Bo NASZA. Bo dziejąca się tu i teraz. Bo o nas.
Też trudno nam zobaczyć Zmartwychwstałego. Też marudzimy. Też nie zawsze łatwo Go rozpoznać, a przecież On ciągle przychodzi i nie zraża się naszym niedowiarstwem.