poniedziałek, 18 stycznia 2021


 

Powiew COOL - tury

Pęknięcie w duszy artysty

(Bóg Niżyński, scenariusz i reżyseria: Piotr Tomaszuk, Teatr Wierszalin 2006, realizacja TVP: 2018; dostępne na VOD TVP)

To tańczcie na moją pamiątkę – jedno z ostatnich zdań, jakie pada w tym spektaklu. Dla mnie wstrząsające. Zamyka w sobie przesłanie dramatu. Tak, Piotr Tomaszuk stworzył z dzienników rosyjskiego tancerza i choreografa Wacława Niżyńskiego dramat. Nie tylko w znaczeniu rodzaju literackiego. To przede wszystkim dramat człowieka skazanego na samotność i obłęd.

Nie jest to jedyna teatralna adaptacja Dzienników Niżyńskiego. Mniej więcej w tym samym czasie powstał monodram Kamila Maćkowiaka w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego (2005). Co sprawia, że spektakl Teatru Wierszalin jest wyjątkowy? Bóg Niżyński nie jest linearnie opowiedzianą biografią tancerza - skądinąd fascynującą - lecz jego wewnętrzną podróżą na dno własnych lęków. Coraz bardziej mroczną i zagmatwaną. Dla mnie to opowieść o przekraczaniu granic. I, jak to zwykle bywa w spektaklach Teatru Wierszalin, granice przekracza nie tylko bohater, ale też grający go aktor. Rafał Gąsowski tworzy z własnego ciała instrument, na którym – niczym wirtuoz – gra przejmujący koncert, w którym jest wszystko: samouwielbienie, pycha, postawienie siebie w miejscu Boga, poczucie niemocy i wynikająca z tego poczucia rozpacz, odrzucenie, tęsknota za nieskończonością, potrzeba odkupienia win. Przyznam, że nie znałam biografii Wacława Niżyńskiego. Byłam bardzo ciekawa, w jaki sposób Teatr Wierszalin opowie historię kogoś, kogo okrzyknięto „Bogiem tańca”. Oczywiście teatr z Supraśla jak zawsze opowiedział po swojemu. W ten jedyny, niepowtarzalny, „wierszaliński” sposób.

Co to znaczy? Po pierwsze: muzyczność. Każdy gest, ruch, sposób mówienia tekstu i oczywiście hipnotyzujący, polifoniczny śpiew cerkiewny jest podporządkowany granej na żywo, niepokojącej i trochę psychodelicznej muzyce Piotra Nazaruka, która jest jak mechanizm napędzający aktorów. Współtworzy z nimi akcję.

Po drugie: plastyczność. W scenografii Evy Farkasowej – podobnie jak w innych spektaklach Wierszalina - wykorzystano naturalne elementy dekoracji i rekwizyty takie jak płótna, sznury, dzwonki, deski, a także inspirowane kulturą ludową, nieco upiorne maski. Tworzą one tę charakterystyczną, tajemniczą scenerię, którą można zaobserwować również w Dziadach i innych przedstawieniach zespołu: rumowiska, kaplicy, cmentarza, może jakiegoś starego wnętrza mieszkalnego? Do tego jeszcze przyćmione światło i mamy atmosferę idealną do wywoływania duchów!

Nie jest to skojarzenie przypadkowe. Spektakl zaczyna się od słów: „Diagilew nie żyje.” Siergiej Diagilew był dyrektorem Baletów Rosyjskich, a Niżyński – choreografem. Łączyła ich nie tylko praca, ale także toksyczny związek. Opowiadana przez Wierszalin historia to sześć tygodni dzielące Niżyńskiego od ostatniego występu do zamknięcia w sanatorium dla umysłowo chorych w Kreutzlingen. To także – trochę jak w Dziadach – obrzęd wywoływania duchów. Przede wszystkim zmarłego Diagilewa, ale także żony Niżyńskiego, węgierskiej tancerki Ramoli de Pulszky, i widzów podziwiających baletmistrza i jego role w Pietruszce, Popołudniu fauna czy Święcie wiosny. Ale to wszystko już minęło. Przywoływane przez ogarniętą obłędem wyobraźnię Niżyńskiego postacie i zdarzenia należą do przeszłości. Są jak duchy. W role tych „duchów” wcielają się pacjenci szpitala psychiatrycznego, którzy uczestniczą w zainicjowanym przez Niżyńskiego dziwacznym obrzędzie w opuszczonej kaplicy. A może wręcz przeciwnie: to duchy opętały pacjentów? Granice między rzeczywistością a urojeniem coraz bardziej się zacierają. Niżyński opowiada swoją historię, ale nie ma ona więzi przyczynowo – skutkowej. To raczej rwane wątki, strzępki wspomnień, psychodeliczne obrazy, „szumy, zlepy, ciągi” – jak w prozie Mirona Białoszewskiego.

Trzecia rzecz: obrzędowość. Cały spektakl utrzymany jest w konwencji liturgii Mszy Świętej, nabożeństw i procesji. Dlatego siedziałam w napięciu i czekałam, kto w finale okaże się Bogiem.

Czwarta kwestia: poetyka moralitetu. Byłam ciekawa, w jaki sposób reżyser Piotr Tomaszuk i odtwórca głównej roli, a równocześnie – co bardzo istotne – odpowiedzialny za ruch sceniczny Rafał Gąsowski pokażą taniec, który przecież dla Niżyńskiego był sensem życia. Twórcy spektaklu nie próbowali udawać specjalistów od baletu. Zresztą w inscenizacji Tomaszuka zupełnie nie o to chodzi. Taniec w scenicznej opowieści o mistrzu baletu jest odarty z atrakcyjności, chropowaty, odpychający. Przypomina raczej konwulsyjne ruchy człowieka opętanego – na pół nagiego, w strzępach koszuli, wysmarowanego popiołem, wykrzywionego przez ból, z którym sobie nie radzi. Pomyślałam, że granice między pięknem a brzydotą w sztuce są kruche. Jak w życiu… Co jednak opętało Niżyńskiego? Co czy raczej kto jest jego „szatanem”? On sam. W pewnym momencie bohater wypowiada zdanie: „Dla siebie tańczył Niżyński, nie tańczył dla Boga” i w tym zdaniu zawiera się cała jego rozpacz i szarpanina z sobą, która go w końcu doprowadza do obłędu. Dla mnie ta historia jest przypowieścią o geniuszu, który próbuje sam dla siebie być bogiem. Nieprzypadkowo spektakl nosi tytuł Bóg Niżyński. Kiedy człowiek próbuje sięgać po nieskończoność bez Boga, musi się to zakończyć klęską. Jest to także opowieść o pęknięciu w duszy artysty, tym wiecznym niepokoju, który mu każe przekraczać siebie i balansować na cienkiej linii pomiędzy uwielbieniem Boga w talencie, jaki od Niego otrzymał, a zatraceniu się we własnej twórczości.

Punktem kulminacyjnym jest finał spektaklu: powtórzenie Drogi Krzyżowej i przybicie do krzyża Niżyńskiego – Chrystusa. Misterium pasyjne, które odgrywają w opuszczonej kaplicy szpitala obłąkani pacjenci. Ukrzyżowany bohater łagodnieje. Mówi jakby z zadziwieniem: „Kocham. Ja, Niżyński, kocham… Nowe życie nadchodzi… Ojcze…”. Słowa wypowiadane w takim kontekście przez Rafała Gąsowskiego, w sposób bardzo intymny, brzmią przejmująco. Nie wiemy, czy umiera, czy tylko zaczyna coś więcej rozumieć. Kto jest więc tutaj Bogiem? Chrystus czy Niżyński? A może Diagilew, który umarł i Niżyński tańczy na jego grobie? A może wszyscy trzej? Reżyser pozostawia mnie z tym pytaniem. Może po to, żebym zadała je jeszcze raz samej sobie: kto jest moim Bogiem? Ba! – czuję się przyparta tym pytaniem do muru. Osaczona. Aż się duszę…



niedziela, 17 stycznia 2021


 

Niedzielnie…

Chodźcie, a zobaczycie. (J 1, 39)

Te słowa Jezus mówi do dwóch uczniów Jana, którzy stali się potem apostołami. Co by było, gdyby nie poszli? Gdyby nie chcieli zobaczyć? No cóż. Jezus by ich na siłę nie ciągnął. On może tylko zaprosić. Ale wtedy nie przeżyliby przygody życia: przyjaźni z Jezusem. Czegoś, co było równie piękne, jak trudne. Wywróciło ich mały świat do góry nogami. Zaprowadziło ich w rejony, w które nigdy nie zapuściliby się sami. I sprawiło, że osiągnęli pełnię człowieczeństwa: świętość.

Chodź i zobacz – te słowa mówi Jezus także do mnie, każdego dnia. Chodź i zobacz, gdzie mieszkam: w tabernakulum, w Twojej współsiostrze, w lekcjach religii, które Ci tak trudno prowadzić, w codziennych obowiązkach, ale także w tym, co kochasz i jest Twoją pasją.

Mieszkam we wszystkim, co Ciebie dotyczy, bo uczestniczę w Twoim życiu. Chcę w nim działać. Chcę sprawić, żeby stawało się coraz piękniejsze i pełne sensu.

Mieszkam także w tym, czego najbardziej się boisz. Mieszkam w Twoich lękach. Porażkach. Poczuciu nieprzydatności. Mieszkam w tej pustce, którą odczuwasz z powodu pandemicznego zastoju. Mieszkam w tej frustracji, kiedy Ci się wydaje, że odebrałem Ci to, co dla Ciebie cenne – a przecież tylko po to, żeby dać Ci o wiele więcej. Tam, gdzie mieszkam, zawsze dzieje się większe dobro niż to, które jesteś w stanie sobie wyobrazić.

Chodź i zobacz.

piątek, 8 stycznia 2021


 

Powiew COOL - tury

Spis lektur nieszkolnych

(Paulina Mikuła, Literatoura, Altenberg, Warszawa 2020)

Paulinę Mikułę poznałam dzięki jej kanałowi na YouTube: Mówiąc inaczej. Polecam, bo to bardzo ciekawe i rzeczowe podejście do kwestii poprawnej polszczyzny. Kiedy więc reklamowała swoją nową książkę, tym razem nie o języku, lecz literaturze, wiedziałam, że po nią sięgnę. Od razu miałam skojarzenie z rewelacyjnymi felietonami Wisławy Szymborskiej Lektury nadobowiązkowe.  

Moja pierwsza myśl po przeczytaniu Literatoury: ja bym to napisała inaczej. Inne byłoby moje spojrzenie na teksty literackie i pewnie zupełnie inny ich dobór. Tylko jeden wiersz Szymborskiej? Tylko Sezon burz Sapkowskiego? A gdzie Dziady?! I nie ma nic, absolutnie nic Brandstaettera? A Schulza? A potem pomyślałam: dzięki Bogu, że nie jestem Pauliną Mikułą. Nie zmienia to faktu, że Literatourę przeczytałam jednym tchem, nie tyle jako przewodnik po historii literatury polskiej, co – dziennik duchowy autorki.

Zupełnie się z nią nie zgadzam. Irytują mnie jej poglądy. Drażni ekshibicjonizm, gdy autorka przyznaje się, że w czasach studenckiej młodości dziarsko i odpowiedzialnie ruszyła po receptę na środki antykoncepcyjne, popiera Strajk Kobiet czy jest w trakcie terapii. Po prostu nie czuję potrzeby, żeby takie rzeczy na temat Pauliny Mikuły wiedzieć, ale rozumiem kontekst. Ma do tego prawo. Tak samo, jak ja mam prawo pisać o tym, co jest ważne dla mnie. Zresztą na moim blogu też pełno mnie i może to być dla niektórych czytelników irytujące. Nie da się tego uniknąć, gdy się pisze o czymś, co jest bardzo osobiste i bliskie. A taka może być przecież literatura i autorka świetnie to ukazuje. Chciałam opowiedzieć Wam o literaturze nie tak, jak robi się to w szkole. Chciałam pokazać, że z tych samych nudnych lektur da się wyciągnąć o wiele więcej niż może się wydawać. Starałam się udowodnić, że warto do nich wrócić, by odkryć je na nowo, bez pośpiechu i ryzyka, że zawalimy kartkówkę z treści – pisze autorka we wstępie.  I to jej się udało. Paulina Mikuła zaprasza nas w wyjątkową podróż po literaturze widzianej jej oczami. Poza takimi „pewniakami” jak Pan Tadeusz, Kordian czy Wesele, mamy tutaj galerię tytułów nieoczywistych, a nawet zaskakujących, ale takich, które mogą dużo powiedzieć o współczesnym świecie: Fejm Krzysztofa Kościelskiego, Twój ból jest lepszy niż mój Kazika Staszewskiego czy publicystykę – Pokochawszy. O miłości w języku Jerzego Bralczyka i Lucyny Kirwil w rozmowie z Karoliną Oponowicz i Young Power. 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat Justyny Sucheckiej.

Sięgnęłam po tę książkę myśląc, że jest historią literatury napisaną w języku młodzieżowym. Szybko się okazało, że ani to historia, ani literatury. To pamiętnik. Intymne zapiski autorki. Coś w rodzaju autoportretu. Irytowało mnie, że tak dużo pisze o sobie, ale ja potraktowałabym temat dokładnie w ten sam sposób. Tyle, że byłaby to historia zupełnie innej kobiety.

Autorka porusza kilka istotnych zagadnień: patriotyzmu i tożsamości narodowej, poczucia własnej wartości, życiowych wyborów, zwłaszcza z perspektywy kobiecej, miłości i jej braku, rodziny, przemocy, a nawet zespołu Tourette’a. To pomaga sobie uświadomić, że literatura, nawet, jeśli jest pisana w trudnym języku, którego czasem trzeba się uczyć jak obcego, dotyka życia. I to nie „jakiegoś” życia oddalonego od naszej epoki o miliony lat, lecz Twojego i mojego. Co najważniejsze: Mikuła uczy samodzielnej lektury. „Odczarowuje” pisarzy, ściąga ich z pomnika i pokazuje, że też byli ludźmi. Zamiast się zastanawiać, co poeta miał na myśli, możemy pomyśleć, co my w jego utworze dostrzegamy, co możemy z niego wyciągnąć i uważam, że to lepsza zabawa niż sztywna interpretacja pod klucz – pisze w rozdziale o Mironczarni Mirona Białoszewskiego. I to jest w jej podejściu bezcenne! Dzięki Mikule odkryłam, że Gabriela Zapolska jest autorką bardzo smutnego, ale niestety oddającego realia tamtej epoki (czy tylko tamtej?) tekstu Z pamiętników młodej mężatki, Eliza Orzeszkowa napisała ponure opowiadanie Ascetka, utrwalające niestety stereotypowe przekonanie, że do klasztoru idzie się z powodu nieszczęśliwej miłości i życiowych niepowodzeń, a Maria Konopnicka poza nowelami, wierszami, za którymi nigdy nie przepadałam, i wiekopomnego dzieła O krasnoludkach i sierotce Marysi, jest autorką świetnych reportaży Za kratami i Na normandzkim brzegu. Przy okazji zrobiłam sobie listę kilku tytułów, które mnie zaintrygowały i chętnie je przeczytam: Rejwach Mikołaja Grynberga, Między nami dobrze jest Doroty Masłowskiej, Jak zawsze Zbigniewa Miłoszewskiego, Inna dusza Łukasza Orbitowskiego, Sońka Ignacego Karpowicza, opowiadań Joanny Rudniańskiej, Pypcie na języku Michała Rusinka.

Szkoda, że sporo też w tych interpretacjach płycizny. Świtezianka jako przykład „shit testu”? Lalka jako antyprzepis na trwały związek? Interpretacja słów Cypriana Kamila Norwida: Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł w kontekście.. przepisów ruchu drogowego? To moim zdaniem bardzo zuboża to, co w tych tekstach najpiękniejsze…

Szkoda, że autorka odrzuca religijność widząc w niej jedynie pusty rytuał przy jednoczesnym zapewnieniu, że w „coś” wierzy: w Anioła Stróża, który jest jej zmarłą babcią, w jakieś słowa szamana, w bliżej nieokreśloną „energię”. Szkoda, że zamiast Brandstaettera w książce pojawia się Boy z Piekłem kobiet.

Ale największy smutek wzbudził we mnie rozdział o Sezonie burz Andrzeja Sapkowskiego. Przyznaję, że Wiedźmina przeczytałam dopiero trzy lata temu. Pokonanie pięciu tomów sagi i kilku tomów opowiadań z gatunku fantasy, za którym nie przepadam, zawdzięczam mojemu uczniowi. Sama, bez „odgórnej” mobilizacji nigdy bym pewnie po tę pozycję nie sięgnęła. I dziękuję, Kacprze, bo zakochałam się w prozie Sapkowskiego! Fascynuje mnie podróż przez różne konwencje i epoki, mieszanie elementów współczesnych z historycznymi, intertekstualność i poruszanie zagadnienia dobra i zła, miłości i nienawiści, cynizmu i „sikania pod wiatr” czyli stawania w obronie słabszych, i wybierania takich nieopłacalnych wartości jak honor i przyjaźń. Miałam wielką nadzieję, że Mikuła zwróci na to uwagę. Cóż. Rozdział o Sezonie burz dotyczy w zasadzie niechcianej ciąży oraz jej zapobiegania i usuwania. A już kompletnie powaliła mnie konkluzja, że autorka nie chce mieć dzieci, ponieważ… światu grozi katastrofa klimatyczna.

Tak właśnie nazwałabym moje uczucie po lekturze tego rozdziału i niektórych innych fragmentów książki: smutek. Nie złość, nie pragnienie walki, nie chęć udowodnienia, że to ja mam rację, stojąc po stronie życia i oczekując od autorki przesłania nadziei. Zawsze w takich sytuacjach sobie powtarzam: ma do tego prawo. A ja mam prawo głosić, że Życie – świadomie pisane z wielkiej litery – pokonało śmierć. I przez pryzmat tej chrześcijańskiej nadziei czytam również literaturę.

A z książką Mikuły warto się zapoznać. Choćby po to, żeby wyrobić sobie własne zdanie. A może napisać swój osobisty dziennik literackiej podróży? Bo czytanie książek jest niczym innym jak właśnie fascynującą podróżą w rejony, w które być może nigdy byśmy się sami nie zapuścili. Dodajmy, że pozycja ma przepiękną okładkę i szatę graficzną Katarzyny Placek. Aż się chce po tę książkę sięgnąć!

I dlatego jedno mnie na pewno łączy z autorką Literatoury: przekonanie, że dzięki czytaniu możemy mieć nie tylko swój mały świat, ale wszystkie życia i wszystkie światy, jakie tylko zapragniemy. Tego nie odbierze nam nawet pandemia.

 

czwartek, 7 stycznia 2021



 

Powiew COOL - tury

Opowiedzieć swój świat

(koncert piosenek Ewy Demarczyk, reż. Robert Talarczyk, Teatr Śląski 2020)

Bardzo bym chciała napisać, że koncert piosenek Ewy Demarczyk w Teatrze Śląskim w Katowicach to artystyczna petarda, ale w moim odczuciu tak nie jest. Tutaj od razu się przyznam, że nie przepadam za koncertami, a szczególnie za pisaniem o nich. Nie czuję się wystarczająco kompetentna, żeby oceniać poziom wokalny wykonawców czy aranżacje. Znam się jednak trochę na teatrze. W tym „trochę” zawiera się pasja, jaką mnie zaraziła moja mama, aktorka z zawodu, jeszcze w dzieciństwie. Grała zresztą również w Teatrze Śląskim. Zapach teatralnych kulis, który będę pamiętać do końca życia. Dziesiątki, jeśli nie setki premier, na których miałam okazję być jako dziecko, potem przemądrzała nastolatka, studentka, aż w końcu (tak, tak!) – siostra zakonna. Próby Juliusza Cezara Szekspira w reżyserii Jerzego Golińskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie oraz Fausta Goethego w reżyserii Jerzego Jarockiego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, które jako bardzo młoda osoba miałam okazję obserwować od pierwszej próby analitycznej do premiery. Wreszcie: długie godziny morderczych prób, spektakli i teatralnych wyjazdów z moimi najwspanialszymi na świecie aktorami ze szkoły podstawowej, ośrodków dla niepełnosprawnych i aktualnie liceum w Kłodzku.

Tak więc jako ktoś, kto trochę zna się na teatrze, zabieram głos. Jeśli teatr decyduje się na stworzenie koncertu piosenek, które są już własnością zbiorowej wyobraźni, to nie wystarczy rozlać na scenie wodę, żeby było oryginalnie, oraz wypuścić tony sztucznej mgły i rzucić kolorowe oświetlenie, żeby było nastrojowo. Trzeba mieć coś do powiedzenia. Zadać sobie i zespołowi pytanie: dlaczego chcę wziąć na warsztat właśnie piosenki Demarczyk? Co one mówią współczesnemu widzowi? Co one mówią reżyserowi? Co one mówią zespołowi i poszczególnym aktorom? A tutaj zabrakło tego pytania. Zabrakło niepowtarzalnego, reżyserskiego klucza do interpretacji wierszy Baczyńskiego, Takiego pejzażu czy Grande Valse Brillante. Bo poprzez te piosenki można opowiedzieć na nowo świat. Swój świat. Oglądając ten koncert miałam przed oczami nie tyle Ewę Demarczyk (starałam się całkowicie wyłączyć w głowie „demarczykowy” filtr), ile różne aktorskie wykonania znanych piosenek. Szczególnie przejmujący Grande Valse Brillante Stanisławy Celińskiej, zaśpiewany a cappella z perspektywy starej kobiety, i szaloną wersję tej samej piosenki w wykonaniu Kingi Preis i Leszka Możdżera, którego akompaniament był kongenialny z interpretacją Preis. Wreszcie spektakl muzyczny Teatru Roma Tuwim dla dorosłych Jerzego Satanowskiego, który jest dla mnie dowodem, że piosenka może być naprawdę AKTORSKA.

Zastanawiałam się, czego mi w tym koncercie brakuje. Już wiem: organiczności. Aktorzy w większości ślizgają się po powierzchni, poprawnie i bez zaangażowania emocjonalnego wyśpiewując znane frazy. Wykonują te utwory w taki sposób, jakby dotyczyły kogoś innego. Oglądając i słuchając takiego spektaklu, bardzo szybko nabieram przekonania, że mnie to też nie dotyczy, i zaczynam się nudzić. Brakuje mi także teatralizacji: ruchu scenicznego, interakcji między wykonawcami, wrażenia, ze zespół na scenie to jeden żywy organizm. Nic takiego tutaj niestety nie dostrzegam. Wchodzi wokalista, śpiewa piosenkę i po prostu ustępuje miejsca kolejnemu wykonawcy. Być może reżyser postawił na prostotę, ale cóż: tkwienie przy ustawionym na statywie mikrofonie i statyczne wyśpiewywanie piosenki, którą zna cała Polska (a przynajmniej jej starsze pokolenie) to trochę za mało, o ile nie mamy do czynienia z hipnotyzującym głosem i niebanalną aranżacją. A nie mamy, bo jesteśmy w teatrze o profilu dramatycznym, nie muzycznym.

W czym ta „organiczność” i „teatralizacja” miałaby się w takim razie przejawiać? W tym, że aktor poprzez piosenkę chce mi podarować kawałek swojej duszy. Na tym etapie życia, na jakim właśnie się znajduje. Ze swoim lękiem, porażkami, ale także tęsknotą, nadzieją i wszystkim, co kocha. Że chce opowiedzieć mi jakąś ważną dla siebie historię: może o stracie bliskiej osoby? Może o nieszczęśliwej miłości, ale nie tej, o której opowiadała Demarczyk w Pocałunkach, lecz swojej własnej? Może o tym, czym jest dla niego sztuka? Może o frustracji związanej z pandemią? Może o Bogu albo poczuciu Jego braku? Nie wiem. To tylko luźne refleksje. Podczas koncertu w Teatrze Śląskim miałam tylko dwa razy wrażenie, że aktor ze mną rozmawia. Że ma mi coś ważnego do przekazania. Pierwszy moment to Karuzela z Madonnami Kamila Franczaka. Była w tym wykonaniu taka energia i dynamizm, że aż słyszałam tętent koni i zakręciło mi się w głowie jak na karuzeli. Druga to przejmująca interpretacja Tomaszowa Agnieszki Radzikowskiej. Bardzo oszczędna w środkach, ale brzmiąca jak wyznanie. Wzruszyłam się, bo czułam, że to nie jest JAKIŚ Tomaszów. To jest osobisty „Tomaszów” aktorki, w którym zdarzyło się coś bardzo smutnego, ale przełomowego. I od razu pomyślałam o wszystkich swoich „Tomaszowach”, stratach, niedokończonych rozmowach. Dla tych dwóch piosenek warto było wysłuchać tego koncertu. A tak poza tym cieszę się, że Teatr Śląski działa w przestrzeni wirtualnej. Z nadzieją, że przyjdzie taki moment, gdy znów będę mogła zasiąść w fotelu katowickiego teatru. 

A może także poczuć zapach teatralnych kulis?

środa, 6 stycznia 2021


 

Świątecznie…

Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». (Mt 2, 7 – 8).

Zło często przybiera pozory dobra. Przecież Herod zapewnia mędrców, że chce pokłonić się nowonarodzonemu Królowi. Jakie były jego prawdziwe zamiary – to chyba każde dziecko wie, jeśli przynajmniej raz zetknęło się ze szkolnymi jasełkami czy Orszakiem Trzech Króli. „Donieście mi” – mówi jeszcze zagranicznym gościom. Każdy, kto pamięta czasy wojny czy PRL – u, wie, że z donoszenia nic dobrego nie mogło wyniknąć…

Zło często przybiera pozory dobra. Słowa „miłość”, „wolność”, „wybór” brzmią przecież szlachetnie. Można jeszcze dorzucić „równość”. Ale cóż: miłość coraz częściej jest rozumiana jako niezobowiązująca relacja, która w każdej chwili może się skończyć. Niech no tylko przestanie być przyjemnie i bezproblemowo. Wolność? Oznacza robienie tego, na co w danym momencie mam ochotę. I wtedy ta „ochota” zaczyna mną sterować, a to już nie jest wolność. Wybór staje się życiem bez odpowiedzialności. Równość – szacunkiem i akceptacją drugiego człowieka, o ile oczywiście myśli tak samo jak ja.

Pokłon Heroda jest tak naprawdę krwawą jatką, którą urządził przypadkowym dzieciom tylko dlatego, że urodziły się w złym czasie i złym miejscu.

Droga, która prowadzi do pałacu Heroda, jest drogą prowadzącą w pustkę. Mogę tak żyć, ale co to za życie? To raczej obsesyjna ucieczka przed cierpieniem i stratą, a to zawsze się wiąże z lękiem i poczuciem zagrożenia. Bo jeśli sama dla siebie jestem bogiem i nagle przytrafi mi się wypadek albo ciężka choroba, to co mi z tej „boskości” zostanie poza łóżkiem szpitalnym, cewnikiem i respiratorem? Lęk przed cierpieniem i stratą doprowadził Heroda do morderstwa, zresztą nie jednego, bo źródła historyczne przedstawiają go jako zabójcę własnej matki i żony.

Na szczęście mędrcy wrócili do swojego kraju inną drogą. Spotkanie z Chrystusem zmieniło ich serce. Sprawiło, że dostrzegli w zaproszeniu Heroda fałsz. Pozory dobra, za którymi kryła się pustka i śmierć.

Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. (Pwt 30, 15 – 16).

Mędrcy wybrali życie? A ja?

 

niedziela, 3 stycznia 2021


 

Powiew COOL - tury

Czy wszyscy zasługują na śmierć?

(Elegia dla bidoków, reż Ron Howard, Netflix 2020).

Ten film poraża autentycznością. Nie ma tutaj łatwych rozwiązań fabularnych, naiwny happy end  twórcy zastąpili zakończeniem otwartym, a zamiast cukierkowego wątku miłosnego widzimy głęboką przyjaźń, która daje szansę na stworzenie trwałego związku.  

Och, jak dobrze rozumiem głównego bohatera. Trzeba doświadczyć jakiejkolwiek dysfunkcji w rodzinie, żeby powiedzieć: tak, to jest absolutna prawda. Ta walka, żeby się wyrwać. Coś osiągnąć. Pójść inną drogą niż matka i babka, które jednak bardzo, bardzo się kocha. To rozdarcie pomiędzy faktem, że trzeba dojechać kilkaset kilometrów na rozmowę, od której zależy zawodowe być albo nie być, i tym, że matka właśnie odmówiła leczenia na odwyku i znów chce się zaćpać. Zająć się sobą czy ratować matkę? Być egoistą, który myśli tylko o służbowej kolacji, czy dobrym synem, będącym na każde zawołanie matki – narkomanki? I co znaczy być dobrym synem w sytuacji, gdy matka nie chce podjąć leczenia?

J.D. Vance służył przez kilka lat nie byle gdzie, bo w piechocie morskiej, a teraz jest studentem prawa uniwersytetu Yale. Cud, że się tam dostał. Cud, że się tam utrzymuje. Jemu podobni czyli mieszkańcy małych miasteczek - tytułowe „bidoki” - kończą jako żebracy lub przestępcy. Jak on to zrobił? Cóż,  służba w marines to była pewnie niezła szkoła przetrwania i samodyscypliny, ale jeszcze lepszą szkołę zafundowała mu wcześniej babcia, która wzięła chłopca na wychowanie, gdy matka z powodu nałogu okazała się niewydolna wychowawczo. Kiedy chłopak, który już wsiąkał w destrukcyjne towarzystwo, zobaczył, jak babcia dosłownie odejmuje sobie jedzenie od ust, żeby nakarmić wnuka, w jego życiu nastąpił przełom.

Elegia dla bidoków nie jest żadnym odkryciem ze względu na podejmowany temat. Uzależnienia? W kinie było już mnóstwo filmowych opowieści na ten temat, żeby wspomnieć tylko Kiedy mężczyzna kocha kobietę (rez. Luis Mandoki, 1994), Requiem dla snu (reż. Darren Aronofsky, 2000), Narodziny gwiazdy (reż. Bradley Cooper, 2018).  Życie niższych warstw społecznych na prowincji? Do historii kina już przeszło Co gryzie Gilberta Grape’a? (reż. Lasse Halström, 1993), nie mówiąc już o oscarowym Parasite (reż. Joon – ho Bong, 2019). Co więc jest wyjątkowego w „Elegii dla bidoków”? Sposób narracji. Bez koloryzowania, retuszu, wydumanej symboliki, zabawy z groteską czy absurdem, mieszania konwencji thrilleru, kryminału czy czarnej komedii. Reżyser i scenarzysta ani nie eksperymentują, ani nie karmią widza hollywoodzką papką. Po prostu opowiadają historię: mocną, poruszającą, taką, w której łatwo odnaleźć siebie.

Właściwie mamy tu kilka historii. Tak, jakbyśmy otwierali wielką skrzynię, która kryje kilka mniejszych szkatułek. Pierwsza dotyczy babci Mamaw (w tej roli kapitalna Glenn Close!) i jej nieudanego związku. Druga – matki J.D. Vance’a, Beverly, która jako dziecko musiała chować się w szafie przed agresywnym ojcem alkoholikiem. Trzecia – dorosłego bohatera, który musi wrócić do domu i zmierzyć się nie tylko z kryzysem w rodzinie, ale przede wszystkim z samym sobą. Jedyną drogą do wolności jest dla niego przebaczenie. Ten wątek przypomina mi trochę scenę z filmu Chata (reż. Stuart Hazeldine, 2017). Bohater, który stracił dziecko, uczy się przebaczenia. Trafia do groty, gdzie czeka na niego kobieta w bieli – uosobienie mądrości. Ukazuje mu historię życia seryjnego mordercy, który zabił jego córkę. Został skrzywdzony przez własnego ojca, który też miał tragiczne wspomnienia z dzieciństwa… i tak dalej. I co? – pyta Mądrość – wszyscy zasługują na śmierć?

Elegia dla bidoków to właśnie próba odpowiedzi na pytanie, czy „wszyscy zasługują na śmierć”, inaczej mówiąc: czy fakt, że ktoś pochodzi z rodziny dysfunkcyjnej, determinuje jego los. Film zostawia widza z nadzieją i przesłaniem, które można streścić w ten sposób: tak, miałeś fatalny start, ale ciąg dalszy jest już w twoich rękach. Możesz się rozczulać nad sobą i łykać prochy, które cię w końcu zaprowadzą na dno, a możesz pójść własną nieprzetartą ścieżką, jaką nie odważył się pójść nikt z twojej potrzepanej rodziny. Możesz wybrać śmierć albo życie.

Niewiele wiem o życiu biednych Amerykanów w małych miasteczkach, ale ich codzienne problemy bardzo przypominają to, z czym zmagamy się w Polsce. No i wzruszył mnie fragment listu świętego Pawła do Koryntian recytowany przez bohatera w szpitalu przy łóżku zmarłej babci:

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno,

Wtedy ujrzymy twarzą w twarz. (1 Kor 13, 12).

 

Dla wierzących  fragment odnosi się do wieczności. Tam spotkamy się z Bogiem osobiście i zrozumiemy wszystko. Również zmagania i porażki naszych bliskich, którzy nam dali tyle, ile byli w stanie. Dla niewierzących fragment może przypominać o odnalezieniu siebie i odpowiedzi na pytanie: jakie jest moje miejsce w świecie? Gdzie jest ta nieprzetarta ścieżka, której się tak bardzo boję? Może warto, żebym właśnie nią wyruszył w podróż życia i spotkał się twarzą w twarz z najgłębszą prawdą o sobie?

Elegia dla bidoków zasługuje na Oscara dla najlepszego filmu. Warto jeszcze wspomnieć o brawurowym aktorstwie Amy Adams w roli rozhuśtanej emocjonalnie Bev i Glenn Close, której po prostu… nie poznałam. To może świadczyć jedynie o tym, że stworzyła kreację. Wybaczę nawet scenarzystom, że w jej usta włożyli niesmaczny żart o Polakach.

Tak, ten film poraża autentycznością. Okazuje się, że jest ekranizacją pamiętników D.J. Vence’a o tym samym tytule. Najlepsze scenariusze pisze samo życie.

Link do zwiastuna:

https://www.youtube.com/watch?v=4zBdepqO_uQ


 

Niedzielnie…

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.
W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła.

(J 1, 1 – 5).

Uodporniliśmy się na słowa. Są coraz tańsze i coraz bardziej zbanalizowane niczym Piękna i Długa Reklama Apartu. Miłość może znaczyć zarówno głęboką relację jak – coraz częściej – pięciominutowe zauroczenie czy przygodny seks. Adoptować można dziecko albo zwierzaka. Pies umiera, natomiast płód zostaje usunięty. Przyjaciele to najczęściej 1500 znajomych z Facebooka. Nawet spektakl czy koncert modnie teraz określać projektem – a więc czymś niegotowym, niedokończonym, tymczasowym, bo takie jest przecież pierwotne znaczenie tego słowa.

Tak. Żyjemy w kulturze projektu, zalewani hasłami w rodzaju „możesz być tym, kim chcesz”, co oznacza, że dzisiaj jestem zakonnicą, a jutro – kto wie? Może sławnym podróżnikiem, fotomodelką, działaczką LGBT albo influencerką, cokolwiek by to oznaczało. Dzisiaj ktoś może być przykładnym mężem, a jutro żoną. Bo się okaże, że jednak czuje się kobietą. Dzisiaj jakiś ksiądz może porywać tłumy na swoim ewangelizacyjnym blogu czy vlogu, a jutro ogłosi, że przestało mu się podobać w Kościele i odchodzi.

Słyszymy mnóstwo słów, ale już ich nie słuchamy, bo po prostu jest ich za dużo i nie mają pokrycia w rzeczywistości.

Tymczasem dzisiejsza Ewangelia zaczyna się od zdania: „Na początku było Słowo.” Słowo, które było Bogiem. Słowo, dzięki któremu wszystko się zmieniło: ciemność ustąpiła miejsca światłości. Słowo  Boga jest trwałe i się nie zmienia. Bóg powiedział do mnie i do ciebie „kocham Cię” w momencie naszego poczęcia. Jesteśmy bytem nieprzypadkowym, upragnionym przez Boga, powołanym w konkretnym celu.  I Bóg nigdy nie zmieni zdania na nasz temat, nawet, jeśli od Niego odejdziemy. On traktuje mnie i ciebie bardzo poważnie. Zawsze dotrzymuje słowa, bo przecież:

Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, 11 tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa.

(Iz 55, 10 – 11).

Apostołowie mówią do Jezusa: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego.”. Słowo Boga jest słowem, które daje prawdziwą nadzieję i ma moc przywrócić mnie do życia.