czwartek, 11 sierpnia 2022


 

Powiew COOL – tury

 

Nawet kanarka nie można zabrać do raju

(„Marzec 68”, reż. Krzysztof Lang, 2022)

 Film zaczyna się jak musical. Piękna dziewczyna i sympatyczny chłopak śpiewają lekki, dynamiczny duet. Okazuje się, że to zajęcia w szkole teatralnej, gdzie studiuje Hania. Po zajęciach dziewczyna pędzi do teatru. Jest spóźniona, ale na ulicy zdąży jeszcze wpaść na Janka - miłość swojego życia. Oboje lądują w kulisach Teatru Narodowego. Trwa spektakl „Dziadów” Kazimierza Dejmka, których wystawienie zapoczątkowało tragiczne wydarzenia marca 1968 roku. Słyszymy, jak Gustaw Holoubek nie kończy Konradowej myśli oskarżającej Boga, ale robią to za niego złe duchy:

„… żeś Ty nie ojcem świata, ale…

- Carem!”.

Janek zdobywa dla Hani autograf Dejmka na egzemplarzu reżyserskim i tym jej imponuje. To ważny szczegół. Równie ważny, jak to, że chłopak stwierdza beztrosko na studenckiej imprezie: „Przecież żadna rewolucja nie zaczęła się przez teatr!”.

Tragedia marca’68 pokazana jest tak, jak najbardziej lubię: z perspektywy jednostki uwikłanej w historię i miłości, która nie może się skończyć happy endem. Kilkanaście lat temu, w „Różyczce” Jana Kidawy – Błońskiego pokazano miłość na tle tych samych wydarzeń w sposób bezwzględny, cyniczny, podeptaną i wyplutą jak śmieć. Tutaj mamy dwoje niewinnych młodych ludzi, którzy chcą być po prostu szczęśliwi. Poza systemem. Ale system ich wchłania i niszczy.

Kiedy oglądałam ten film, to wstrząsnęła mną jedna scena: kontrola Żydów przed przymusowym wyjazdem z Polski do Izraela. Mieli oddać prawie wszystko. Bezduszny funkcjonariusz każe oddać bohaterce także egzemplarz „Dziadów’ z autografem Dejmka i aktorów.

- Rękopisów też nie wolno!

- Ale to maszynopis!

Funkcjonariusz (w tej roli znakomity Dariusz Chojnacki) przegląda scenariusz i trafia na autografy.

- To są dedykacje – tłumaczy bohaterka.

- No właśnie. A rękopisów nie wolno.

Przypomina mi się wiersz Zbigniewa Herberta „U wrót doliny” – wstrząsający i ironiczny obraz Sądu Ostatecznego:

 

„idą spuściwszy głowy na znak pojednania

ale w zaciśniętych pięściach chowają

strzępy listów wstążki włosy ucięte

i fotografie

które jak sądzą naiwnie

nie zostaną im odebrane”

W wierszu widzimy drwala, który nie chce rozstać się z siekierą, i staruszkę, która rozpaczliwie przyciska do piersi zwłoki kanarka. Ale nic nie można ze sobą zabrać do raju… Wiersz powstał dziesięć lat przed wydarzeniami, o których opowiada film Krzysztofa Langa, i odnosi się do koszmaru II wojny  światowej, ale jest przerażająco aktualny. Również dzisiaj.

Myślę o uchodźcach z Ukrainy. Ludziach, którzy ukończyli wyższe uczelnie, mieli doktoraty, byli właścicielami firm i pięknych domów. Z dnia na dzień musieli to wszystko zostawić i przy dobrym szczęściu są teraz w gościnnym, ale obcym kraju, gdzie nie znają języka i muszą się odnaleźć w nie swojej rzeczywistości. Kilka dni temu szukałam w przydomowym markecie sosu pomidorowego. Zapytałam obsługującej ekspedientki. Była przerażona i bezradna. Wskazała mi półkę z ketchupem. Mówiła z ukraińskim akcentem. Wieczorem, na krakowskich Plantach, zaczepiła mnie inna kobieta z wózkiem po obwarzankach. Szukała hotelu Royal. Być może musiała tam odprowadzić ten wózek po całodziennym utargu. Prawie płakała. Też miała ukraiński akcent.

Pomyślałam: może w TAMTYM życiu te kobiety były lekarzami? Może prawniczkami? Może artystkami? Zresztą nieważne: żyły w jakimś oswojonym świecie, miały swoje wydeptane ścieżki. Ale nie ma już tamtego życia.

Film „Marzec 68” jest dla mnie w tej chwili przypowieścią o utracie jakiegoś „tamtego” życia. Warto go obejrzeć. Choćby ze względu na znakomitą rolę Vanessy Alexander jako Hani. Dziewczyny tryskającej energią, pełnej życia, która na raty to życie traci, bo jacyś smutni panowie wymyślili sobie, że będą decydować, kto ma prawo być polskim obywatelem. Młoda aktorka przejmująco pokazuje przemianę postaci. To umieranie na raty.


Link do zwiastuna:

https://www.youtube.com/watch?v=zKS0Kxq__0k

 

niedziela, 7 sierpnia 2022


 

Niedzielnie…

 

„Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy bądźcie podobni do ludzi oczekujących swego pana…” (Łk 12, 35 – 36a).

Czy Kościół umiera? Nie. Dopóki ja i ty OCZEKUJEMY PANA – nie umiera. JA I TY -  nie rodzice, dziadkowie, sąsiadka, księża, biskupi, zakonnice, bliżej nieokreśleni „ludzie Kościoła”. Przepasane biodra są symbolem gotowości, jak wtedy, gdy naród wybrany miał wyjść z ziemi egipskiej. Podczas wieczerzy paschalnej nie wolno było Izraelitom rozsiadać się przy stole. Może się nam to wydać dziwne, ale uroczystą wieczerzę – tę, która dała początek największemu  żydowskiemu świętu - mieli spożyć w pospiechu, gotowi do podróży.

Dopóki moja postawa jest postawą pielgrzyma, człowieka w drodze – moja wiara jest żywa. Będę wiarygodnym świadkiem Chrystusa. Co to znaczy?

To znaczy, że nigdzie się nie rozsiadam. Że każda sytuacja, w której postawi mnie Jezus – czy to katecheza, za którą nie przepadam, czy teatr i pisanie, które kocham, czy sprzątanie, w którym, delikatnie mówiąc, nie jestem ekspertem – jest okazją do głoszenia Ewangelii. To znaczy, że czekam na Jezusa jak słudzy na swojego pana, a więc potrafię za Nim tęsknić. Nawet po dwudziestu latach bycia w klasztorze.

Wtedy moja pochodnia nie zgaśnie. Będzie dla innych ludzi światłem wskazującym drogę do Jezusa. Nawet, jeśli sami będą ateistami czy wręcz przeciwnikami Kościoła, i nie będą chcieli pójść ta drogą.

Jezu, niech moja tęsknota za Tobą będzie wciąż żywa i uważna.

środa, 3 sierpnia 2022


 

Myśli niedorzeczne

 

„Wygląda siostra, jakby siostra szła” – pielgrzymka dominikańska na Jasną Górę

 

Znowu poczułam ten duszący zapach kadzideł. A może to wzruszenie tak dławi mi gardło? Znowu zobaczyłam tłum ludzi z plecakami i chustkami pielgrzymkowymi w kościele dominikanów na ulicy Stolarskiej – uczestników XXXI Pieszej Pielgrzymki Dominikańskiej na Jasną Górę.  Warto było wstać na 7.00 rano, żeby ich odprowadzić swoją modlitwą i pomachać, kiedy zaczną wychodzić.

- Po dwóch latach znowu jesteśmy razem i idziemy! – powiedział ojciec Maciej Soszyński i w całym kościele rozległy się brawa. W ogromnym gotyckim oknie nad prezbiterium zajaśniało wschodzące słońce.

„Dzięki serdecznej litości naszego Boga,

Z jaką nas nawiedzi z wysoka Wschodzące Słońce,

By oświecić tych, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają,

Aby nasze kroki skierować na drogę pokoju” (Łk 1, 78 - 79).

– mówię każdego ranka wraz z Zachariaszem słowa, które znam na pamięć i dawno przestały mnie zachwycać. A dzisiaj, na tej pielgrzymkowej mszy, w tłumie ludzi gotowych, żeby wyruszyć w drogę z Jezusem, te słowa ZOBACZYŁAM.

Rafael, Cisza, Dorośli, Beczka, Dziewiętnastka, dwie grupy Rodzinne i Pokuta wyruszyły. A ja zostałam. Czuję dławienie w gardle. Odżyły wspomnienia, obudziła się tęsknota i pragnienie, żeby iść za rok. Nie wiem, jak to zrobię. Nie mam pojęcia, jak pokonać własne ciało, które nie chce mnie słuchać, co zrobić z bolącym kolanem i kręgosłupem. Wiem, że serce się rwie i nie daje mi spokoju.

- Siostra też na pielgrzymkę? – pyta mnie jakiś dominikanin, którego nie znam.

- Nie – uśmiecham się – Nie tym razem.

- A wygląda siostra, jakby siostra szła.

A więc mam pielgrzymkowy wygląd. To już coś.

Liturgia słowa dała nam dużo nadziei:

„Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też podtrzymywałem dla ciebie łaskawość. Znowu cię zbuduje i będziesz odbudowana.” (Jr 31, 3 – 4). Może pielgrzymowanie jest właśnie po to, żeby coś w sobie odbudować? Żeby sobie przypomnieć, że jest Ktoś, dla kogo moje życie jest bezcenne, i ten Ktoś chce mnie prowadzić.

I Ewangelia o kobiecie kananejskiej. Tej, która błaga Jezusa o uwolnienie jej córki spod władzy złego ducha, a Jezus traktuje ją bardzo nieelegancko, bo mówi, że nie należy zabierać pokarmu dzieciom, a dawać psom. Kobieta jednak nie ustępuje i Jezus spełnia jej prośbę. Żadna interpretacja tej Ewangelii mnie jakoś do tej pory nie przekonywała. A dzisiaj na kazaniu usłyszałam, że to nie tylko przykład wiary, ale także MIŁOŚCI. Takiej miłości, która gotowa jest na wszystko, również na nieeleganckie potraktowanie, żeby walczyć o ukochaną osobę.

Pielgrzymowanie to zarówno akt wiary, jak miłości. Idę z konkretnymi intencjami – za tych, których kocham, i tych, którzy potrzebują mojej modlitwy. Idę, żeby być świadkiem wiary dla wszystkich, których spotkam po drodze. Idę, żeby na nowo zaprzyjaźnić się z Jezusem.

W tym roku duchowo, a za rok… Kto wie?

Serce się rwie i nie daje mi spokoju.




poniedziałek, 1 sierpnia 2022


 

Myśli niedorzeczne

 Dla kogo mogłabym żyć i umrzeć? Kilka słów o dzisiejszej rocznicy.

 Obejrzałam z mamą rocznicowo „Miasto 44” Jana Komasy. Jest tam taka scena: bohaterka opatruje rannych w szpitalu polowym i opowiada dzieciom bajkę o mieście, w którym wszyscy byli szczęśliwi, dopóki nie przyszedł zły król, co chciał zawładnąć całym światem.

- Zabronił mieszkańcom miasta wszystkiego: śmiać się, bawić, chodzić do szkoły, pracować… Jednej rzeczy nie mógł im zabronić: marzyć.

Nie mam pojęcia, co bym zrobiła, gdybym się znalazła w sytuacji tamtych ludzi. Może bym biegła ratować tych, których kocham, albo – obcych ludzi, bo akurat byliby najbliżej. A może bym siedziała skulona w jakiejś piwnicy i wyła ze strachu. Nikt z  nas tego nie wie.

Łatwo oceniać z perspektywy nadal spokojnych ulic, ciągle jeszcze wygodnego fotela i póki co, spokojnego nieba nad Polską. Że powstanie było głupotą, że bezsensownie poświęcono miasto i tysiące ludzi, że cywile nie mieli nic do gadania. Jest w tym słuszność.

Czuję złość i przerażenie, kiedy czytam relacje o mordowaniu niemowląt na oczach ich matek czy gwałceniu kobiet przez zwyrodnialców Dirlewangera czy żołdaków RONA.  Nie byłoby tej apokalipsy, gdyby nie decyzja o godzinie „W”…

Ale nikt z nas nie był na miejscu tamtych ludzi, a oni nie mogli w stu procentach wiedzieć tego, co my wiemy dzisiaj: że Armia Czerwona będzie sobie cynicznie czekać, aż Polacy się wykrwawią, a Zachód będzie udawał, że to nie jego problem. Nikt z nas nie wie, jakie to uczucie żyć przez pięć lat w ciągłym strachu przed łapankami, rozstrzelaniami, wywózką do obozów czy na przymusowe roboty. Strachu i poczuciu upokorzenia. Oni mieli po prostu dość. Ale mieli jeszcze coś bardzo ważnego: nadzieję.

I ta nadzieja przetrwała: w tych młodych ludziach, którzy potrafili walczyć do końca. W artystach, którzy w tym piekle na ziemi potrafili tworzyć sztukę, żeby inni się nie załamali. W siostrach zakonnych, które z narażeniem życia pomagały powstańcom, ratowały cywilów, ukrywały Żydów…

Przeraża mnie, że dokładnie takie same obrazy dzieją się tuż obok, w 2022 roku. Że historia z taką bezwzględnością się powtarza. Tam, w Ukrainie, też są ludzie, dla których wartością nadrzędną jest wolność. Nawet za cenę życia.

Czym jest dla mnie dzisiejsza rocznica? Okazją do zadania sobie pytania, czy są takie wartości, dla których jestem gotowa zarówno żyć, jak umrzeć. Wierzę, że dla Jezusa: również obecnego w drugim człowieku. Mam nadzieję, że nie wyłabym ze strachu, skulona w piwnicy.

Nie mogę jednak mieć pewności. Nikt z nas nie może.

A film Komasy gorąco polecam. Nie tylko w rocznicę Powstania.

sobota, 30 lipca 2022


 

Niedzielnie...


„Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś?” (Łk 12, 21)

 Jest taka scena w Netflixowym serialu „Gambit królowej”: bohaterka, genialna szachistka, wygrywa partię z młodocianym geniuszem ze Związku Radzieckiego. Chłopak ma około 13 lat. Beth pyta dzieciaka, jakie są jego marzenia. Jeśli zostanie mistrzem swojego kraju, potem Europy, potem świata – co dalej? Chłopak nie umie odpowiedzieć.

Istnieje granica wypełniania pustki. Stoisz na rozdrożu i dociera do ciebie pytanie, co dalej. Masz wybór: albo nicość, albo miłość. Bo pustkę można wypełnić tylko miłością. Każde bogactwo ma sens tylko wtedy, jeśli służymy nim drugiemu człowiekowi, a wtedy – służymy także Jezusowi. Niezależnie od tego, co jest tym bogactwem: władza, pieniądze, sława, wpływy, talenty, wykształcenie, dobra praca, rodzina.

Komu przypadną w udziale spichlerze bogacza z dzisiejszej Ewangelii? Dla kogo obsesyjnie gromadził majątek? Komu przypadnie w udziale moje bogactwo, cokolwiek by to oznaczało?

Moja pasją jest teatr. Od kilku lat prowadzę w liceum prężnie działającą grupę teatralną. Poza tym piszę: wydaję książki i prowadzę bloga. Często przyłapuję się na czymś, czego się bardzo wstydzę: głodzie popularności, poklasku, łatwego sukcesu, wygranych na festiwalach, lajków na portalach społecznościowych, zainteresowania mediów… Zazdroszczę świeckim koleżankom pisarkom spotkań autorskich w atrakcyjnych miejscach, ciekawych festiwali i prestiżowych nagród literackich. I nagle dochodzi do mnie, że niczym się nie różnię od tego bogacza z Ewangelii. Buduję „spichlerze” swoich osiągnięć – ale dla kogo? Po co to robię? Czy po to, żeby pokazać piękno Ewangelii, czy po to, żeby wypełnić jakąś swoją egzystencjalną pustkę? Co jest w moim życiu takim „spichlerzem”?

Zostawiam dzisiaj z tym pytaniem siebie i ciebie, drogi Czytelniku. I życzę pięknej, twórczej niedzieli.

środa, 20 lipca 2022


Myśli niedorzeczne…
 
O czułości Olgi Tokarczuk i byciu idiotą
 
Od kilku dni w internetach huczy od wypowiedzi naszej noblistki o tym, że - jak uroczyście oznajmiła podczas festiwalu Góry Literatury - jej książki nie są dla idiotów.
Nigdy mi nie było po drodze z Olgą Tokarczuk. Kiedy studiowałam polonistykę, nie była w lekturach obowiązkowych. A że trzeba było przeczytać około 100 lektur rocznie razem z legendarnymi wstępami do "Beenek", a dodatkowo interesowałam się dramatem i teatrem, to zwyczajnie nie starczyło mi czasu...
Potem, w klasztorze, odkryłam zupełnie inne lektury: na przykład Romana Brandstaettera. I tak, jak w 1998 roku, kiedy dowiedziałam się, że Wisława Szymborska otrzyma Nobla, aż rzuciłam się na szyję osobie, od której to po raz pierwszy usłyszałam (zupełnie obcej!), to w 2019, kiedy świat obiegła wiadomość, że mamy kolejną polską noblistkę, zareagowałam konsternacją. Ale że kto? Tokarczuk?!
Tak, słyszałam to nazwisko. Tak, skończyłam polonistykę na uniwersytecie, który jest w czołówce polskich uczelni, i uważam się za osobę dobrze wykształconą i chyba nie idiotkę. I nie: nie przeczytałam żadnej książki tej pani. Nawet Nobel mnie nie zmobilizował.
Nie będę w związku z tym wypowiadać się na temat jej twórczości, bo to byłoby nieuczciwe. Zachowałabym się jak pewien znany reżyser, który nie widział "Dziadów" Mai Kleczewskiej, ale zwymyślał zespół Teatru Słowackiego od folksdojczów.
Jednak już same tytuły mnie zniechęcają do sięgnięcia po te dzieła: "Prowadź swój pług przez kości umarłych", "Księgi Jakubowe", "Empuzjon"...
Przeczytałam kilka pierwszych stron "Ksiąg Jakubowych". No nie. Nie jestem w stanie. To po prostu nie dla mnie. Mówimy innym językiem i nie próbuję tu wyrokować, który jest lepszy, a który gorszy.
Sama jestem autorką trzech książek. Czytają je zarówno gospodynie domowe, jak wykładowcy uniwersytetu. Jednych i drugich te książki poruszają. Czy są mniej ambitne i "elitarne" od książek pani Tokarczuk? Nie wiem. Może. Choć właściwie, kto wyznacza kryteria tej elitarności i na jakich zasadach?
Czytam bardzo różną literaturę: od Biblii poprzez romantyków, Szczepana Twardocha, Pawła Huelle, Andrzeja Sapkowskiego aż do Magdy Knedler, Marii Paszyńskiej czy Ałbeny Grabowskiej. Cieszę się, jak wpadną mi w ręce książki moich koleżanek ze studiów: Mai Wolny czy Dominiki Buczak.
Czego szukam w książkach? Wzruszenia i przesłania. Sama treść intelektualna to dla mnie za mało, bo w żaden sposób mnie nie dotyka. Samo wzruszenie to też za mało, bo łatwo je pomylić z tandetną ckliwością. Ale jeśli w literaturze znajduję te dwie rzeczy naraz - wzruszenie i treść - to po nią sięgam i do niej wracam.
Moją pierwszą miłością - poza Ewangelią - jest teatr. Zawsze powtarzałam w kontekście teatru - zarówno cudzego jak własnego: ZAKŁADAM, ŻE WIDZ NIE JEST IDIOTĄ.
Jest jednak subtelna różnica między założeniem, że odbiorca tekstu kultury nie jest idiotą, a osądem, że MOJE dzieła nie są dla idiotów.
Ktoś, kto napisał esej o wiele mówiącym tytule "CZUŁY narrator", powinien o tym wiedzieć.

 


piątek, 15 lipca 2022


 

Powiew COOL - tury

 

Kubek kawy ze swastyką

(Dominika Buczak, Całe piękno świata, Wydawnictwo Literackie, 2022)

 

„Całe piękno świata” pojawia się w powieści Dominiki Buczak jak refren. Przywołuje mi na myśl sielskie krajobrazy rodem z książek mojego dzieciństwa:  Polyanny Eleanor H. Porter czy Ani z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery.

W żadnym wypadku nie jest to jednak książka dla dzieci, a świat, który opisuje – chociaż sielski – nie jest piękny. Jest obcy i okrutny.

Bohaterkami są dwie kobiety: Polka Dorota i Niemka Eva.  Mamy rok 1946, kiedy Europa liże rany po wojnie. Dolny Śląsk zgodnie z decyzją konferencji w Poczdamie przechodzi w ręce Polaków. A co z Niemcami mieszkającymi we Wrocławiu, Legnicy, Kotlinie Kłodzkiej? Mają się wynieść. Tak po prostu.

Eva i Peter nie chcą się wynieść z Lichtenwalde, swojej małej ojczyzny. Nie chcą słyszeć, że Lichtenwalde od jakiegoś czasu nazywa się Poręba, pobliskie Glatz – Kłodzko, zamiast eleganckich niemieckich szyldów pojawiły się polskie koślawe napisy, a niemieckich sąsiadów z każdym dniem ubywa… Nie chcą słyszeć, że ich świata już nie ma. Zostały tylko groby z gotyckimi napisami na nagrobkach, które z roku na rok będą coraz bardziej nieczytelne dla nowych mieszkańców. Nie będą wiedzieli, że matka Evy lubiła bratki i co roku na wiosnę trzeba je sadzić na jej grobie, a mały Ervin urodził się z wodogłowiem, więc na jego pogrzebie była tylko garstka ludzi, bo takie wybrakowane dzieci nie pasowały do wizji idealnego społeczeństwa III Rzeszy…

Dorka i Stach chcą zacząć od nowa. Nie są przesiedleńcami z Kresów Wschodnich jak większość nowych mieszkańców Ziem Odzyskanych. Przyjechali z Podhala z własnego wyboru. Nie znaczy to jednak, że nie przywieźli ze sobą wojennej traumy…

Obie rodziny są na siebie skazane przez prawie rok mieszkania pod jednym dachem w leśniczówce na wzgórzu, z którego widać tytułowe „całe piękno świata”. I okazuje się, że nie ma tu katów i ofiar, zwycięzców i przegranych. W każdym z bohaterów wojna zniszczyła jakąś cząstkę duszy i nie ma sensu roztrząsać, komu bardziej, a komu mniej.

Temat powieści jest mi szczególnie bliski, ponieważ od pięciu lat mieszkam w Kłodzku i choć urzekło mnie urokliwymi uliczkami, kamieniczkami, rynkiem, Mostem Świętego Jana, to cały czas miałam poczucie, że jest to miejsce puste. Bez historii. Doklejone do mapy Polski. Z obcą historią, która mnie nie wzrusza i niezbyt obchodzi. Że duchy, które przechadzają się po jego ulicach, nie są „moimi” duchami.

Dominika Buczak ożywia tę „martwą” historię. Wypełnia tę pustkę konkretnymi ludzkimi losami. Sprawia, że one mnie zaczynają obchodzić. Bo Niemcy też są ofiarami. Też będą całe życie nosić w sobie niezagojone rany. Też stracili wszystko. Świat, który na ich oczach rozpadł się na kawałki – przede wszystkim ten wewnętrzny, który budowali od pokoleń w sobie – jest nie do odzyskania.

Najbardziej cierpią kobiety. Książka Dominiki Buczak jest opowieścią właśnie o nich: o ich niespełnionych marzeniach, o ich własnym, niepowtarzalnym „całym pięknie świata” i o brutalności mężczyzn, którzy to piękno cynicznie depczą. Autorka porusza tematy, o których rzadziej się pisze w opracowaniach historycznych, a niekiedy wręcz przemilcza: gwałtów wojennych i przymusowej sterylizacji kobiet w III Rzeszy, jeśli im się zdarzyło urodzić „bezwartościowe” dzieci. Jedna z najbardziej wstrząsających scen w powieści to opowiadanie Hildy, małej niemieckiej dziewczynki o okrucieństwie „wyzwolicieli” z Armii Czerwonej, którzy nie oszczędzili ani jej matki, ani dwóch innych dziewczynek - „tej, która opowiadała o duchach” i „tej z jasnymi włosami”: „Mruga powiekami jakby chciała nimi wymazać obrazy, które ją męczą, ale to jej się nie udaje. Nigdy jej się nie uda. Będzie próbowała wytrwale jeszcze przez kolejne trzy albo cztery dekady. Na próżno. Nic jej nie pomoże. Ani szklanki piwa wypijane wieczorami, ani przypadkowi mężczyźni, z którymi pójdzie do łóżka. Nie pomoże nawet synek piękny, pyzaty, zdrowy. Za każdym razem (…) przed oczami stanie jej noc w stodole.”

Bohaterki powieści, również te drugo – i trzecioplanowe, nawet żona profesora, epizodyczna postać Polki wysiadającej na dworcu we Wrocławiu,  są potraktowane przez autorkę z uwagą i czułością. Każda z nich ma swoją opowieść. Bardzo smutną opowieść. Dlatego autorka posługuje się metaforą wewnętrznego sarkofagu.

A jednak nie wszystkie bohaterki zmagają się ze swoimi „sarkofagami” w ten sam sposób. Eva poddaje się i mentalnie zostaje na zawsze w swoim niemożliwym do odzyskania Lichtenwalde. Dorka zaczyna żyć. I w tym początku jest nadzieja, że nie ma takich traum, których nie dałoby się przejść, i takich demonów, których nie można by było pokonać. Ostatni raz widzimy ją na schodach poniemieckiego domu z kubkiem kawy, grzejącą się w letnim słońcu, w tym miejscu, z którego widać całe piękno świata. Już JEJ świata. Bo „nastał czas przyszły”.

Przypomina mi się wiersz mojej ukochanej Wisławy Szymborskiej Koniec i początek o tym, że „po każdej wojnie ktoś musi posprzątać”:

 

„Ci, co wiedzieli, o co tutaj szło,

Musza ustąpić miejsca tym,

Co wiedzą mało.

I mniej niż mało.

I wreszcie tyle, co nic.

W trawie, która porosła

przyczyny i skutki,

musi ktoś sobie leżeć

z kłosem w zębach

i gapić się na chmury.”


Wyjście z sarkofagu zaczyna się od gapienia na chmury z kubkiem kawy w ręku. Nawet, jeśli na spodzie tego kubka jest wygrawerowana swastyka po poprzednich gospodarzach. Z tej perspektywy można zobaczyć całe piękno świata i zacząć żyć. Nawet, jeśli boli.

Całe piękno świata Dominiki Buczak to lektura obowiązkowa. Zarówno ze względu na ważną treść – bo metafora „sarkofagów” nie dotyczy przecież jedynie przeżyć ludzi sprzed osiemdziesięciu lat, ale każdego z nas – jak po prostu na to, że książkę czyta się jednym tchem.