piątek, 3 maja 2024


 

Powiew COOL - tury

                          Jest ogień! (Święto ognia, reż. Kinga Dębska, 2023)

Przepłakałam prawie cały film. Potrzebne mi było to wzruszenie. Ale też jest czym się wzruszać: Kinga Dębska po raz kolejny pokazała, że potrafi zrobić dobre kino, które bawi, porusza i daje  do myślenia.

Święto ognia w tytule nawiązuje do fantazji choreograficznej Zygmunta Noskowskiego, która swoją prapremierę miała w 1902 roku w Operze Warszawskiej. Ogień porywa, fascynuje, ale może być także siłą destrukcyjną… Mamy więc pierwszą opowieść: o Łucji, młodej ambitnej baletnicy, która po latach harówy i morderczej walki z ciałem dostaje wreszcie główną rolę w tytułowym balecie w Teatrze Wielkim. Łucja ma jednak młodszą siostrę: Anastazję, która urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym. To właśnie z perspektywy Anastazji poznajemy całą historię. Ona również musi  się zmagać z własnym ciałem podczas długich godzin rehabilitacji i nauki komunikacji alternatywnej.

Można powiedzieć, że robimy z Łucją dokładnie to samo… Obie siłujemy się  ze swoim ciałem i próbujemy je zmusić do czegoś, czego ono wcale nie chce, ale nie wiem… może o to chodzi w życiu? – mówi nasza narratorka.

 A jednak Anastazja jest szczęśliwa i ma bogaty świat wewnętrzny, który stopniowo przed nami odkrywa. Czego nauczyła mnie Anastazja? Uważności. Ma dużo czasu, więc obserwuje rzeczywistość wokół siebie: ludzi na ulicy, sąsiadów, członków rodziny. Żeby „widzieć więcej”, trzeba zapomnieć o sobie, a skupić się na przedmiocie obserwacji. Delikatnie, bez „rzucania się”, tak, jakby się skradało… To bardzo ważna lekcja smakowania chwili. Anastazja uczy mnie także radości, wdzięczności i tego, że zamiast koncentrować się na własnym cierpieniu i ograniczeniach, warto walczyć o swoje marzenia w ramach swoich możliwości. I docenić to, co się ma. Samo imię „Anastazja” jest jak życie, światło, nadzieja, bo oznacza „zmartwychwstanie”. I taka też jest bohaterka filmu.

Tymczasem ciało Łucji - dla której balet jest całym życiem! - nagle odmawia posłuszeństwa. Tuż przed premierą, która jest dla niej przepustką do kariery solistki baletu. Musi się zatrzymać. Posłuchać siebie. Być może podejść do swojego życia, które było do tej pory powierzchowne, pozbawione relacji, zapchane szybkimi, mocnymi wrażeniami, inaczej, nieco uważniej, z takim właśnie „skradaniem”?

Och, jak ja dobrze rozumiem rozpacz i frustrację Łucji! Aktualnie jestem w takim właśnie granicznym momencie, kiedy musiałam się zatrzymać. Odłożyć na bok swoją pasję, skoncentrować się na zupełnie innych rzeczach niż do tej pory, zacząć żyć bez planów. Tylko DZISIAJ. I dobrze wiem, jakie to „dzisiaj” jest trudne dla kogoś, kto całe życie zajmował się udowadnianiem, że w czymś jest najlepszy, a w gruncie rzeczy uciekał przed tym, co najważniejsze: konfrontacją z sobą i budowaniem relacji…

W świetnej adaptacji powieści Jakuba Małeckiego odkrywamy jeszcze kilka innych ważnych wątków: niepełnosprawności i ciężkiej choroby w rodzinie (a więc tematyka podobna jak w Chce się żyć Marka Pieprzycy, Strzępach Beaty Dzianowicz i Śubuku Jacka Lusińskiego), miłości, przyjaźni, rodzinnej tajemnicy, która wychodzi na jaw po latach (trochę, moim zdaniem, niewykorzystany i uproszczony wątek…).

Film Dębskiej jest zbudowany na kreacjach aktorskich. Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście dwie główne bohaterki, Anastazja i Łucja. Obie zasługują na wielkie brawa i kolejne propozycje filmowe. Rola Pauliny Pytlak (Łucji), studentki Akademii Teatralnej w Warszawie, to efekt długiej, mozolnej i bardzo wnikliwej podróży do świata osób z niepełnosprawnością. Widać, że – podobnie jak jej bohaterka – niespiesznie się „skradała” do tematu, zapominając o sobie, „ale tak dokładnie”. Jej Anastazja to kreacja porównywalna z rolą Dawida Ogrodnika w Chce się żyć czy Wojtka Dolatowskiego w Śubuku, ale widać, że jest rezultatem własnych, twórczych poszukiwań.

Na wielki szacunek zasługuje także Joanna Drabik w roli Łucji. Nie jest przecież zawodową aktorką, lecz baletnicą, naprawdę zatrudnioną jako koryfejka w Teatrze Wielkim. Tymczasem poza zaprezentowaniem mistrzowskich umiejętności tanecznych zbudowała pełnokrwistą postać, z całą gamą emocji, którą ja po prostu polubiłam i bardzo mocno się z nią utożsamiam! Drabik gra poniekąd samą siebie…

Oczywiście warto wymienić znakomitą Kingę Preis w roli ekscentrycznej, ale bardzo pozytywnej sąsiadki Józefiny, Tomasza Sapryka jako Poldka, ojca dziewcząt, barwną i nieco neurasteniczną Karolinę Gruszkę jako Lenę, matkę bohaterek, oraz drugoplanowych, lecz charyzmatycznych mistrzów baletu: Katarzynę Herman w roli Kownackiej i Mariusza Bonaszewskiego jako Piłata.

Całości dopełnia nostalgiczna, wyrazista muzyka Bartosza Chajdeckiego.

Podsumowując: jest ogień w Święcie ognia! Idealny film na majowy wieczór. Długo zostaje w sercu. Na tyle długo, że chcę do niego wrócić.



Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/%C5%9Awi%C4%99to+ognia+Zwiastun+nr+1-66528

niedziela, 14 kwietnia 2024


 

Powiew COOL- tury

 Niepokój wdziera się przez okno

(Strefa interesów, reż. Jonathan Glazer, 2023)

Interesy idą świetnie. Rudolf jest szefem filii wielkiej europejskiej korporacji, ma oddaną żonę, gromadkę dzieci i willę z ogródkiem. Żona ten ogródek pielęgnuje z pomocą ogrodnika i służby. Często mąż jej przynosi z pracy w prezencie eleganckie ubrania, a nawet piękne futra. Szczęśliwa małżonka rzuca to i owo z tych darów służącym. Dzieci chodzą do szkoły. Tato jest zapracowany, ale zawsze znajduje czas, żeby poczytać córkom bajki na dobranoc, a starszego syna zabrać na konną przejażdżkę po okolicy. Słowem: trochę oldschoolowa sielanka, jak gdyby żywcem wyciągnięta ze starych elementarzy naszych dziadków
i pradziadków.

Tyle że ta okolica to rozległy i coraz sprawniej funkcjonujący obóz koncentracyjny KL Auschwitz, willa bezpośrednio graniczy z murem obozu, do malowniczego ogrodu
i wygodnych sypialni dochodzą strzały, krzyki, płacz dzieci z „sąsiedztwa”, ujadanie psów
i dymy z krematoryjnych kominów, ubrania i futra pochodzą z „Kanady” czyli obozowego magazynu rzeczy skonfiskowanych Żydom wysłanym prosto z transportu do komór gazowych, szkoła dla dzieci jest oczywiście narodowosocjalistyczna, a konne przejażdżki
z synem mają na celu wtajemniczenie chłopaka w specyfikę wzorcowego funkcjonowania placówki. Ojcem rodziny jest Rudolf Höss, komendant KL Auschwitz.

I na tym właśnie polega siła tego filmu. Nie ma tam jasno zarysowanej fabuły, wartkiej akcji ani żadnych „ozdobników”, które by mogły film uatrakcyjnić. Strefa interesów jest przerażająca w swojej surowości. Trochę jakby ktoś wszedł z ukrytą kamerą do posiadłości Hössów i nagrał ich zwykłe życie, dialogi przy stole, wieczory, poranki, zabawy dzieci… Ot, dom nie różniący się niczym od innych domów, gdyby nie te
niepokojące odgłosy zza muru…

Nie jest to pierwszy film opowiadający o Holokauście z innej perspektywy. Wystarczy wspomnieć Życie jest piękne Roberto Begniniego, gdzie bohater tłumaczy kilkuletniemu synkowi, że obóz koncentracyjny to taki rodzaj zabawy w chowanego, i Chłopca w pasiastej piżamie Marka Hermana, gdzie podobnie jak w Strefie interesów mamy obraz „porządnej” niemieckiej rodziny, której ojciec jest komendantem obozu. Jednak w odróżnieniu od tych skądinąd świetnych filmów, obraz Glazera ukazują jedynie brutalną prawdę historyczną, bez retuszu i właściwie bez komentarza. Widzimy jedynie zbiór obrazów, w których liczy się każdy detal. Dym i płomienie za oknem. Dziewczynę podrzucającą jabłka dla więźniów obozu (bardzo ciekawe zdjęcia kontrastujące z kolorowymi obrazami życia rodzinnego Hössa, bo zrobione w negatywie). Niańki kąpiące najmłodsze dzieci komendanta w wannie
i przebitka: Höss myjący ręce, z których spływają do odpływu umywalki resztki popiołu… Podekscytowany syn komendanta, dzieciak jeszcze, może dwunastoletni, oglądający coś w nocy w sypialni w świetle lampki nocnej. Czyżby coś czytał? A może oglądał zakazane gazetki pornograficzne? Niezbyt to chwalebne, ale w tym wieku, zwłaszcza u chłopaków, częste… Otóż nie. To złote zęby wyrwane więźniom. Dzieci bawiące się w komorę gazową… Współczesne pracownice muzeum Auschwitz sprzątające komory gazowe, krematorium, gabloty pełne butów, walizek, kul i innych przedmiotów odebranych ofiarom, przypominającym aktualnie szarą, bezkształtną masę…

Muzyka, ostra, psychodeliczna, przyprawiająca o ciarki - trochę jak muzyka Wendy Carlos
i Rachel Elkind w Lśnieniu - pojawia się tylko czasami i na krótko. Najlepszym komentarzem w tej opowieści jest cisza. Cisza umierania. Cisza tych, który WIEDZIELI, a NIE REAGOWALI. Cisza teściowej Hössa, która wyjeżdża z willi bez słowa i zostawia list. Nie dowiemy się, co napisała, ale możemy się domyśleć… Cisza, która nagle pojawia się
w głowie bohatera na narodowosocjalistycznym bankiecie nazistowskich oficjeli, i zagłusza cały zgiełk imprezy, a potem się dowiadujemy, że przyglądał się gościom i zastanawiał się,
w jaki sposób można by było sprawnie zagazować tak wielką liczbę ludzi…

Koniecznie trzeba wspomnieć o znakomitych rolach Christiana Friedela (Rudolf Höss)
i Sandry Hüller (hedwig Höss). Para aktorów gra oszczędnie i przez to siła rażenia tych postaci jest ogromna. Rozmawiają o zagładzie, tak, jak się rozmawia o pogodzie, zakupach albo pracy w biurze. Bez emocji. Niepokój wdziera się tylko przez okno – razem z dymem
i odblaskami ognia w piecach. A tak przy okazji: bardzo ciekawy w tym filmie jest obraz żon nazistów, łącznie z główną bohaterką, Hedwig Höss. Przedstawione są w taki sposób, że przełamuje to powielany w wojennych filmach stereotyp zjawiskowej, smukłej, wyprostowanej jak struna i ufryzowanej blondynki o twarzy porcelanowej lalki. Te Niemki są brzydkie, chodzą jak kaczki, a futra i suknie, w które są ubrane, wyglądają, jakby należały wcześniej do kogoś innego… I tak mają właśnie wyglądać.

Film Glazera wart jest Oskara za najlepszy film międzynarodowy. Wbija w fotel, pozostaje
w sercu, zostawia widza z pytaniami bez odpowiedzi, które jednak wracają i nie dają spokoju: jak to możliwe, że w cywilizowanym świecie wydarzyło się tak niewyobrażalne zło? Jak to możliwe,
że cywilizowani ludzie ot, tak po prostu, na to pozwolili? Jak to możliwe, że można mieszkać za murem wielkiej katowni, słyszeć krzyki, WIEDZIEĆ i przymierzać futra po ofiarach?

Pytania, które nie dotyczą jedynie wydarzeń sprzed osiemdziesięciu lat. Wojna puka
do naszych drzwi…


Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/Strefa+interes%C3%B3w+Zwiastun+nr+1+polski-68085

niedziela, 7 kwietnia 2024






 Powiew COOL- tury

 

Wyspiański nie umiera

(Proszę państwa, Wyspiański umiera, reż. Agata Duda – Gracz, Teatr im. Juliusza Słowackiego, premiera: 06.01.2024, Duża Scena)

Już wchodząc do teatru jesteśmy wciągnięci w Opowieść. Nawet bileterzy i szatniarze  ubrani są w stroje z epoki, a po scenie spacerują aktorzy będący już w swoich rolach: Matki, Cioci Janiny, Józefa Mehoffera z małżonką, Lucjana Rydla, Księdza Eustachego, Muzy, Wernyhory… Można ich szturchnąć, zagadać, zrobić sobie z nimi fotkę. Na szpitalnym łóżku – miejscu tytułowego umierania – przycupnęła Muza. Oszałamiająco śpiewa. Ta nieco psychodeliczna wokaliza będzie nas, widzów - ale też aktorów - prowadziła niemal przez cały spektakl. Jeśli w taki sposób śpiewały syreny podczas morskiej podróży Odysa, to nie dziwię się, że kazał się przywiązać do masztu. Wiedział, że nie wytrzyma pokusy i utonie w morskich odmętach… Śpiew w genialnym wykonaniu zjawiskowej Muzy - Mai Kleszcz (równocześnie współautorki muzyki do spektaklu) niepokoi, intryguje, ale też budzi tęsknotę za… Właśnie, za czym? Ja zatęskniłam za Krakowem sprzed ponad stu lat, za wspólnymi wypadami z mamą do teatru i za teatrem w ogóle, za swoją studencką młodością, ale chyba przede wszystkim: za niebem. A te tęsknoty mogą być różne. Może warto zajrzeć do własnego serca i zobaczyć, „co się komu w duszy gra” i co ten śpiew z nami robi…

Przypominają mi się słynne Dziady Konrada Swinarskiego, gdzie po foyer Teatru Starego snuli się wieśniacy gromadzący się na obrzędzie Dziadów… Niestety, urodziłam się zbyt późno, żeby zobaczyć ten legendarny spektakl na żywo. Musiało mi wystarczyć nagranie, dostępne aktualnie na VOD TVP w telewizyjnej reżyserii Laco Adamika. Tymczasem Wyspiańskiego… w Teatrze Słowackiego miałam szczęście doświadczyć w realu, przeżyć, dotknąć. Dosłownie.

O czym jest ten spektakl? Chyba równie trudno odpowiedzieć na to pytanie, jak na pytanie, które pada w spektaklu: o czym jest Wyzwolenie, ale „tak naprawdę”? Jeśli obecni na widowni pasjonaci teatru mają problemy z jednoznaczną odpowiedzią, to co dopiero „spocone polonistki” w szkole…

Pierwsza, najbardziej oczywista odpowiedź: o umieraniu. Oto trzydziestoośmioletni Wyspiański umiera w gorączce i potwornych męczarniach na syfilis. Jest w tym do bólu samotny, bo przecież w każde umieranie wpisana jest samotność. Nawet, jeśli konającemu towarzyszy rodzina i przyjaciele.

Druga, równie ważna kwestia to rozrachunek z przeszłością. Tutaj, niczym w drugim akcie Wesela, pojawia się cała plejada postaci, które zaludniają scenę: przede wszystkim Matka (znakomita Marta Waldera). Zaborcza, nadopiekuńcza, sfrustrowana, momentami groteskowa: bywa zakłamaną krakowską mieszczanką, twardą matką Polką pozbawioną złudzeń („ojciec wcale nie kończy swojego kolejnego dzieła, tylko znowu chleje…”), małą dziewczynką bawiącą się z własnym synem w berka i grającą w klasy, a nawet… kurą siedzącą na skulonym w łóżku Wyspiańskim jakby wysiadywała jajka… Pojawia się też jej siostra Janina, ćwierkająca co jakiś czas tak słodko, że aż upiornie: „Stasiu… Stasieeeeńku!”, ksiądz Eustachy, przyjaciele z dzieciństwa i wspólnej artystycznej drogi: Józef Mehoffer i Lucjan Rydel, wreszcie – teatralni współpracownicy, Helena Modrzejewska i Wanda Siemaszkowa (w tych rolach charyzmatyczne: Anna Syrbu i Agnieszka Przepiórska),
i Ludwik Solski w wykonaniu Tomasza Wysockiego (scena, gdy Solski „gra” swoją słynną rolę Starego Wiarusa z Warszawianki to artystyczna perełka!).

Wyspiański śmieje się, płacze, zwija z bólu, wścieka, bo dyrekcję teatru objął Solski, a nie on, bo zawieszono kurtynę Siemiradzkiego, a nie tę według jego projektu, bo Siemaszkowa wkłada w prapremierową rolę Panny Młodej z Wesela za mało energii, a powinna być zjawiskiem, jak Modrzejewska…

Czwarty Wieszcz przeżywa na nowo dawno minione historie, rozmawia z umarłymi, a także
z postaciami z własnych dramatów. I ciągle, jak refren, powtarza pytanie: a gdzie moje dzieci? Dzieci, Helenka (znowu znakomita Przepiórska!), Staś, Mieciu i Teoś pojawią się
w odpowiednim, bardzo przemyślanym momencie. Moment ten zostanie na długo w pamięci
i sercu widza…

Kwestia trzecia: teatr i sztuka w ogóle. Po co? Na co? Czy to jest komuś potrzebne poza wąskim gronem koneserów, groteskowych w swoim „odklejeniu” od rzeczywistości? Do Wyspiańskiego przychodzą twórcy, których on znać nie mógł, niektórzy też już nieżyjący: Tadeusz Kantor, Jerzy Grzegorzewski, Krystian Lupa czy krytyk Bartosz Szydłowski. Ich dyskusja o tym, kim dla nich jest Wyspiański i czym jest pojęcie wolności w Wyzwoleniu przeradza się w bełkot. To jedna z wielu scen w tym spektaklu, które śmieszą do łez, a zarazem pozostawiają gorzką refleksję…

Kwestia czwarta: spełnienie. Udane było to życie czy nie? Czy Wyspiański, podobnie jak Hrabia Henryk z Nie-Boskiej komedii zatracił się w swoim pragnieniu wielkości, i usłyszy niczym bohater dramatu Krasińskiego: Za to, żeś nic nie kochał, nic nie czcił prócz siebie
i myśli twych, potępion jesteś – potępion na wieki
?

A może jednak w ostatniej sekundzie życia wygrywa miłość?

To tylko kilka luźnych refleksji pisanych na gorąco. Myślę, że może być ich o wiele więcej. Spektakl Dudy – Gracz jest wielowymiarowy. Warto orientować się trochę w specyfice młodopolskiego Krakowa, twórczości Wyspiańskiego i historii polskiego teatru, żeby go pełniej odczytać, ale nie jest to konieczne. Widz wychodzi poruszony, a nawet wstrząśnięty. Bo to spektakl o każdym z nas: o naszym rodzeniu się i umieraniu. Każda krańcowa sytuacja egzystencjalna: choroba nasza czy kogoś z rodziny, śmierć bliskiej osoby, porażka, ale także większe czy mniejsze zwycięstwa może być jakimś rodzeniem się i umieraniem.

Koniecznie trzeba Wyspiańskiego zobaczyć! Dla mnie ten tytuł jest świetnym dopełnieniem Wyzwolenia w reżyserii Piotra Tomaszuka, które widziałam kilka miesięcy temu w Teatrze Wierszalin. Konrad Rafała Gąsowskiego jest w tym spektaklu cherlawym, umierającym Wyspiańskim z zabandażowanymi rękami i w koszuli nocnej, majaczącym i rozmawiającym z duchami… I też pyta, czym jest wolność.

A co do spektaklu Dudy – Gracz, to jeszcze dużo mogłabym pisać o świetnym scenariuszu oraz rewelacyjnej, minimalistycznej  scenografii, w której jednak było to, co najważniejsze (dotknięcie autentycznego stołka z kuchni Wyspiańskich w Węgrzcach, tym, na którym śpi Staś na słynnym portrecie Mistrza, było dla mnie ogromnym przeżyciem!) i bajecznych kostiumach (również autorstwa reżyserki), grotesce (wracając wieczorem z teatru z moim przyjacielem podśpiewywaliśmy sobie półgłosem hymn „Kraków, Kraków miastem wolnym od syfilisu!”), nawiązaniach do innych tekstów kultury (cytaty z dzieł Wyspiańskiego, żywe obrazy: Ołtarz Wita Stwosza czy Lekcja anatomii doktora Tulpa Rembrandta) i kreacji aktorskich: zwłaszcza Agnieszki Przepiórskiej w przejmującej roli Teodory Wyspiańskiej, brzydkiej, odrzuconej, uznanej za kocmołucha, wywalonej z roboty przez cnotliwą ciotkę Janinę za niemoralne prowadzenie się, którą jednak „artysta chciał”. Kobiety kruchej i twardej zarazem. Takiej, która czuje się bezradna, zagubiona i samotna, a z drugiej strony – potrafi pokazać tyłek tym, którzy nią gardzą. Takiej, która nie umie żyć bez Stacha, a równocześnie – uważa go za chuchro, które nic wokół siebie nie potrafi zrobić i jak jest chory, to nawet „za potrzebą” trzeba z nim iść, bo sam nie ma siły.

Dla mnie więc ten spektakl to nie jest opowieść o umieraniu. To jest opowieść o miłości, która „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję i wszystko przetrzyma” (1 Kor 13, 7), o sztuce, która pozostawia w nas ważne pytania, i o człowieczeństwie: tyleż marnym, co wielkim.  Wyspiański nie umiera. On nadal żyje w nas, proszę państwa!

Aha, i cieszę się, że w Teatrze Słowackiego jest tyle znakomitych reżyserek, a nie jedynie reżyserów. Z całą pewnością przejdą do historii polskiego teatru i może za kilkadziesiąt lat to właśnie one - Agata Duda – Gracz, Katarzyna Szyngiera czy Maja Kleczewska - a nie tylko Kantor, Grzegorzewski i Lupa, staną się osobami jakiegoś dramatu.



Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru im. J. Słowackiego w  Krakowie.


Trailer spektaklu:


środa, 28 lutego 2024


 

Książka z duszą

 

Nie ma anioła – jest zmaganie

(Nie przyszedł do mnie anioł. O życiu, śmierci i nadziei wbrew wszystkiemu. Paweł Grabowski w rozmowie z Agatą Puścikowską, Wydawnictwo Esprit, 2023)

O Pawle Grabowskim dowiedziałam się po raz pierwszy od mojej przyjaciółki, Kasi Wolak – Gąsowskiej, aktorki supraskiego Teatru Wierszalin: że taki cudowny, że człowiek – orkiestra, że jest lekarzem, a równocześnie poetą, że założył jakieś hospicjum na Podlasiu. Mimo że bardzo cenię wrażliwość i mądre przemyślenia Kasi, i bardzo liczę się z jej zdaniem, to te rewelacje nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Zwłaszcza gdy usłyszałam o tym hospicjum. Nie moja bajka – mówiłam sobie, bo tak to już jest, że jeśli nas jakaś sprawa osobiście nie dotyczy, to często ją bagatelizujemy. Rzecz jasna, nie wszyscy i nie zawsze, ale ja niestety mam takie brzydkie tendencje…

Nie moja bajka – powtarzałam, a tak naprawdę chciałam uciec od tego tematu. Panicznie się go bałam.

Tymczasem cierpienie to nie bajka i nie da się od niego uciec. Ciężka choroba, umieranie i związana z tym wszystkim mała apokalipsa w rodzinie to temat do bólu (nomen omen) realny i wcześniej czy później będzie dotyczył każdego z nas… Diagnoza brutalnie wkracza w nasze życie i wywraca świat do góry nogami. Bez względu na to, czy chorzy jesteśmy my, czy ktoś z naszych bliskich.

No i znalazłam się w takiej sytuacji. Zachorowała bliska osoba. Trzeba było przeorganizować i przewartościować swoje życie. Wtedy właśnie wpadł mi w ręce wywiad – rzeka Agaty Puścikowskiej z Pawłem Grabowskim Nie przyszedł do mnie anioł. Już sam tytuł przykuł moją uwagę. Jest w tym sformułowaniu coś przekornego, wręcz zadziornego, coś, co określa charakter bohatera książki. Bo Paweł Grabowski często jest idealizowany w mediach czy ludzkiej opinii: współczesny doktor Judym, który ze śpiewem na ustach poświęca się dla ludzkości, nigdy nie jest zmęczony, nie klnie, żywi się powietrzem i dla wszystkich jest miły. No i na pewno ukazał mu się jakiś anioł, a może nawet sam Pan Jezus, który rzekł: „Pawle, zrób mi małą przysługę i załóż hospicjum na Podlasiu. Wiesz, tak od zera, co to dla ciebie, raz, dwa i będzie gotowe!”.

Żaden anioł nie przyszedł, choć „doktor Judym” z Podlasia całe swoje życie postrzega z perspektywy wiary: i to takiej głębokiej, dojrzałej, pozbawionej naiwnego sentymentalizmu i taniego hurraoptymizmu. Wiary, która wie, że czasem jest ciężko, że są momenty ciemności, że lekarz nie jest bogiem, że umieranie jest częścią życia i że wiele rzeczy może się nie udać… Mimo to się nie poddaje, bo krzyż Chrystusa jest znakiem zwycięstwa nad złem i śmiercią, ale też, w związku z tym, jest częścią naszego ludzkiego losu.

Nie było więc anioła – było za to zmaganie. Z książki wyłania się fascynująca sylwetka człowieka o wszechstronnych zainteresowaniach i licznych pasjach, bogatym życiorysie (stomatolog, chirurg szczękowy, lekarz specjalizujący się w medycynie paliatywnej, poeta, dramatopisarz, pisarz ikon, a nawet… pszczelarz!). Czego w tej opowieści nie ma! Dowiadujemy się, że medycyna wcale nie jest niewinną panienką, bliżej jej do prostytutki (!), a jednak warto poświęcić dla niej całe życie, że wyrażenie „przegrał z chorobą” nie oddaje całej prawdy, czym jest umieranie, że są cuda „naturalne” i „nienaturalne”, dlaczego to właśnie prorok Eliasz jest patronem podlaskiego hospicjum i jednym z ulubionych świętych Pawła Grabowskiego, że chirurg może mdleć przy pobieraniu krwi, czy można przypadkowo stać się właścicielem trzech dobermanów, czy ktoś, kto chodzi na spotkania świeckiego karmelu, może nazwać kotkę Lolita, co to jest karawaka i modlitwa hezyhastyczna, czy precyzja chirurgiczna może się przydać przy pisaniu ikon, jak wierszyk o wyrostku robaczkowym może pomóc w zdaniu egzaminu, czy można pisać o śmierci w książeczce dla dzieci, co to jest węza, a co to miodarka, po co się odymia pszczoły w ulu i czy pszczoły urządzają krwawe rewolucje, czy zdarzają się przypadki wypisania pacjenta z hospicjum do domu, czy wolontariuszem w hospicjum można zostać ot tak sobie, „z ulicy”…

Jednak z tej różnorodności wyłania się spójny portret człowieka, który wie, czego chce od życia i bardzo konsekwentnie idzie swoją drogą. A jest to droga miłości, choć Paweł Grabowski nie znosi patetycznych określeń.

Poznajemy najważniejsze wątki z biografii szalonego lekarza, który, jak się okazuje, pochodzi z mojego rodzinnego Krakowa: marzenie o studiowaniu medycyny i wyboistą drogę do jego realizacji, pracę w warszawskim szpitalu i odkrycie prawdziwego powołania w dramatycznych okolicznościach, gdy sam otarł się o śmierć.

Przygoda z hospicjum zaczęła się piętnaście lat temu od założenia hospicjum domowego w kilku gminach powiatu hajnowskiego i białostockiego. Działalność zaczęła mieć coraz większy zasięg. Od niespełna dwóch lat we wsi Makówka funkcjonuje już także hospicjum stacjonarne. Wydawało się niemożliwe, żeby jeden człowiek zbudował tak wielkie dzieło w jakiejś wsi zabitej dechami i pokonał bezduszny system przepisów, które potrafią skutecznie ostudzić tego typu zapały. Przypominają mi się słowa mojej współsiostry, Elizy Myk, na temat Domu Chłopaków w Broniszewicach. Zabytkowy pałac nie spełniał wymogów przepisów przeciwpożarowych, trzeba było wybudować nowy dom dla chłopców z niepełnosprawnością, bo inaczej mieszkańcom groziło przeniesienie do państwowych placówek, siostry podjęły wyzwanie i… stał się cud. Nowy Dom Chłopaków powstał w trzy lata. „Zrób pierwszy krok, a Pan Bóg zajmie się resztą” – powiedziała mi wtedy siostra Eliza. Do dziś w trudnych sytuacjach powtarzam sobie to zdanie…

Podobnie było z podlaskim hospicjum.

Książka porusza też kluczowe kwestie dotyczące opieki nad chorym, takie jak:

  1. Szacunek do pacjenta. Niby to oczywiste, a przecież ciągle w szpitalach, domach opieki czy hospicjach zdarza się, że personel medyczny zwraca się do pacjentów w trzeciej osobie liczby pojedynczej, zupełnie jak w słynnej scenie z filmu Pora umierać z Danutą Szaflarską, gdzie lekarka mówi do bohaterki: „Niech się rozbierze i położy”, na co bohaterka z subtelnym wdziękiem odpowiada: „Niech się pocałuje w d..pę." I wychodzi.
  2.  To, że eutanazja wcale nie jest synonimem godnej śmierci, lecz morderstwem, a współcześnie medycyna paliatywna jest na tak wysokim poziomie, że naprawdę da się zredukować cierpienie terminalnie chorych do minimum, a nawet do zera.
  3. To, że hospicjum wcale nie musi być „umieralnią” ani ponurym miejscem, gdzie się „oddaje” członka rodziny, lecz miejscem nadziei i kompleksowej opieki medycznej, psychologicznej, a nawet duchowej nie tylko dla pacjenta, lecz także dla członków jego rodziny.
  4. Istota powołania lekarza. Bo to jest powołanie: do walki z chorobą, na ile to jest możliwe, niesienia ulgi, uśmierzania bólu. Bardzo mnie poruszył rozdział dotyczący zachowań lekarzy w czasie pandemii, w którym Grabowski przyznaje, że służba zdrowia nie zdała egzaminu…

To, co robiliśmy, nie było bohaterstwem. I nie zgadzam się ze słowami, że „w dobie koronawirusa, z uwagi na własne bezpieczeństwo, pracownicy służby zdrowia mogą odmówić pomocy." Otóż nie, nie mogą! I nie mogli. Oprócz litery prawa jest jeszcze duch prawa. Odejście od pacjenta, niezależnie od powodu, jest nieetyczne. To tchórzostwo (…). Gdybym wybrał zawód strażaka tylko dlatego, ze ślicznie wyglądam w galowym mundurze, lecz nie jeździłbym do pożaru, bo jest to zbyt niebezpieczne, byłbym fajtłapą i kłamcą, a nie strażakiem. – mówi dobitnie Grabowski.

Myślę, że te słowa świetnie podsumowują istotę bycia lekarzem, nie tylko w czasie pandemii.

Nie przyszedł do mnie anioł to książka, która w trudnym momencie życia dała mi siłę. Pokazała, że może anioł do mnie nie przyjdzie, ale Bóg będzie przy mnie zawsze. Ta książka była dla mnie jak rozmowa z przyjacielem.

Koniecznie trzeba przeczytać!

 

niedziela, 28 stycznia 2024


 

Powiew COOL-tury

 

Wygrzebać się z dołu na zwłoki (Mistrz, reż. Maciej Barczewski, 2021)

 

Piotr Głowacki stworzył tutaj kreację. Cały film Macieja Barczewskiego opiera się właśnie na nim: prawdziwy mistrz!

Obraz opowiadający o prawdziwej postaci: Tadeuszu Pietrzykowskim, „Teddym” - bokserze, który po kampanii wrześniowej chciał się przedostać do Francji, żeby walczyć w formującym się tam wojsku polskim, ale został schwytany przez węgierską żandarmerię i trafił jako jeden z pierwszych do Auschwitz - jest przejmujący. Obejrzałam go dopiero wczoraj, w rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz – Birkenau.

Wszystko tutaj jest dopracowane i przemyślane tak, żeby wyeksponować dramat głównego bohatera, a równocześnie pozostawić widza z uniwersalnymi przemyśleniami dotyczącymi czasów, w których żyjemy dziś: scenariusz, reżyseria, aktorstwo, „bura”, depresyjna kolorystyka, poruszająca muzyka Bartosza Chajdeckiego…

Nie zobaczymy tu linearnej biografii „mistrza”. Właściwie tylko wycinek: poznajemy Pietrzykowskiego już w Auschwitz. Więźniowie nie mają tam wielkiego wyboru: mogą się załamać i biernie czekać na śmierć, oddać życie za współwięźniów jak Maksymilian Kolbe (którego zresztą „Teddy” spotkał osobiście w obozie, ale w filmie tego wątku nie ma) lub za wszelką cenę walczyć o przetrwanie. „Teddy” wybiera trzecią opcję. Co to oznacza? Spokojne patrzenie, jak umierają inni. Zjadanie własnej porcji, nawet, jeśli ktoś obok umiera z głodu, a czasami i cudzej. Obojętne słuchanie wrzasków ludzi w komorach gazowych, którym powiedziano, że czeka ich kąpiel i ciepły posiłek… Mistrz długo nie wytrzymuje. Zaczyna dostrzegać współwięźniów, kraść dla nich jedzenie i leki, opiekować się osieroconym chłopcem… Domyślamy się, że za wrażliwość w takim miejscu trzeba drogo zapłacić: jeśli nie własnym życiem, to bolesną stratą. Mistrz jest gotowy zapłacić każdą cenę. A przy okazji wychodzi na jaw jego talent. Staje się zabawką, która w każdej chwili może się znudzić nazistowskim panom życia i śmierci. I walczy: już nie o medale, puchary i światową sławę, lecz o zachowanie godności i człowieczeństwa, o nadzieję dla współwięźniów, a czasem także o czyjeś życie. Ten drobny człowieczek (wagi „koguciej”) pokonuje na ringu niemieckich osiłków z międzynarodowymi sukcesami…

Wydaje się, że o wojnie już powiedziano wszystko. Mało: przez ostatnie kilka lat stała się „modnym” tematem różnego rodzaju bestsellerów w „empikach”. Mamy więc „tatuażystów z Auschwitz”, „położne z Auschwitz”, a nawet – „przedszkolanki z Auschwitz” i „bibliotekarki z Auschwitz”. Wreszcie – przekłamane powieści Maksa Czornyja. Niektóre z tych pozycji to jednak naprawdę wartościowe książki, jak choćby Położna z Auschwitz Magdy Knedler, opowiadająca prawdziwą historię Stanisławy Leszczyńskiej, ale tytuły już są marketingowym chwytem…

Zawsze mnie zastanawiało, skąd we współczesnej popkulturze ta fascynacja złem i zagładą. Jak to możliwe, że z tragedii milionów ludzi robi się sensacyjne czytadła? Zauważyłam też, że pozycja najlepiej się sprzedaje, gdy w tytule pojawia się nazwa obozu: najlepiej Auschwitz, ale może być też, dajmy na to, Buchenwald. Nie mam na to odpowiedzi. Film Barczewskiego jednak nie jest tanią popularyzacją zagłady. Jest pytaniem o to, czy godność, człowieczeństwo i nadzieję da się ocalić w każdych warunkach. Pytaniem, które ciągle powraca, także w kontekście współczesnych wojen w Ukrainie i Strefie Gazy.

Piotr Głowacki poprzez oszczędne, ale genialne aktorstwo odpowiada na to pytanie twierdząco. Na jego zmaltretowanej twarzy widać całą gamę emocji i postaw: strach i odwagę, rezygnację i wolę walki, rozpacz i nadzieję, bezsilność i wewnętrzną siłę, która każe mu po raz kolejny dźwignąć się z dołu, w którym są palone zwłoki, i pójść do walki. Jeszcze ten jeden raz… Bo na tym polega prawdziwe mistrzostwo: na podźwignięciu się, gdy inni już nie mają siły, jeszcze raz… ten jeden… ten ostatni. Scena, w której bohater wstaje i wygrzebuje się ze zbiorowej mogiły, poruszyła mnie najbardziej. Daje nadzieję, że warto. Nawet, jeśli po ludzku walka jest przegrana.  

Film Barczewskiego opowiada więc o nadziei. Ale także o wrażliwości na drugiego człowieka, możliwej nawet w największym piekle. „Jedenaste przykazanie: nie bądź obojętny” – apelował były więzień KL Auschwitz Marian Turski w słynnym przemówieniu Auschwitz nie spadło z nieba.

Święty Paweł ujął to jeszcze bardziej dobitnie:

Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość.

Z nich zaś największa jest miłość. (1 Kor 13, 13)

Nie ma w Pawłowym fragmencie nic na temat odpowiednich warunków, w jakich ta „wiara, nadzieja i miłość” ma trwać. Każde warunki są odpowiednie. Każdy czas jest właściwy. Zawsze, gdy obok jest drugi człowiek, słabszy i potrzebujący pomocy.

Krótko mówiąc: warto Mistrza zobaczyć! To kawał znakomitego kina, które daje do myślenia i po prostu wzrusza. Nie tylko w rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz. Przesłanie jest uniwersalne przez cały rok.


Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/Mistrz+Zwiastun+nr+1-58223

niedziela, 21 stycznia 2024


 

Powiew COOL - tury

 

Wojna rozgrywa się przy kartach

(Kos, reżyseria Paweł Maślona, 2024)

Co w tym filmie jest świetne? Wszystko: scenariusz, reżyseria, aktorstwo, kostiumy, scenografia, muzyka… Na czymś jednak trzeba się skupić. Szłam do kina na pokaz przedpremierowy z mieszanymi uczuciami. Kościuszko… chłopi… powstanie… no i te Złote Lwy w Gdyni (dlaczego nie dla Chłopów?). Rok temu uhonorowano Silent Twins, film, który dla mnie był po prostu nijaki.

Już pierwsza scena chwyta widza za gardło. Potem chwyt jest coraz mocniejszy, aż się w finale całkowicie zaciska. Długo nie można złapać oddechu.

Wydaje się, że znamy temat od podstawówki. No, można dyskutować, czy i na ile go znają dzisiejsi nastolatkowie, ale mniej więcej wiadomo: oto jest rok 1794, między drugim a trzecim rozbiorem Polski, po przegranej wojnie z Rosją. Na ziemiach polskich pojawia się tytułowy bohater czyli Tadeusz Kościuszko (znakomity Jacek Braciak), żeby wzniecić powstanie przeciw Rosji. Dlaczego Kos? W Stanach Zjednoczonych, skąd właśnie wraca, wymówienie nazwiska „Kościuszko” graniczyło z cudem. Ja jednak miałam skojarzenie z leśnym ptakiem, kosem, który zaczyna okres godowy w marcu, przyciągając swoim śpiewem ewentualną partnerkę i zaznaczając terytorium. Jest coś dzikiego i nieokiełznanego w słowie „kos”. Kos jest ptakiem wolnym. Powstanie wybucha właśnie wiosną, kiedy w przyrodzie budzi się życie. Prawdziwe życie, życie w pełni, jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy wolni. Ale „Kos” kojarzyć się może także z kosą: bronią używaną przez chłopów w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej…

Mamy więc film kostiumowy o powstaniu, o którym wiadomo, że upadło. Nie brzmi zachęcająco. Tymczasem w filmie właściwie nie ma - z małym wyjątkiem – scen batalistycznych. Nie ma nawet żadnych ważnych politycznych pertraktacji. Mało tego: nie ma wątku miłosnego! Żeby chociaż jakieś ciepło rąk, muśnięcie warg, gdzieś w hotelowym korytarzu krótka chwila - a tu nic! Posucha. Nie ma też prostego i tak lubianego - zarówno w świecie filmu jak w realu - podziału na „naszych” i „tamtych”. Ba! – nie ma heroicznej walki dobra ze złem i polskich bohaterów składających swoje życie na ołtarzu Boga, Honoru i Ojczyzny. Boga nikt tutaj nie traktuje zbyt serio, o honorze dawno zapomniano, a ojczyzna jest jedynie polem do rozgrywki interesów.

Gdzie zatem rozgrywa się walka, która decyduje o losach naszego kraju? Między konkretnymi ludźmi, i to nie zawsze tymi z pierwszego planu. Tylko czasami jest to walka w dosłownym tego słowa znaczeniu. Częściej do ostrej, zapierającej dech konfrontacji dochodzi w gestach, spojrzeniach, wypełnionym treścią milczeniu. Reżyser Paweł Maślona nie bierze jeńców. Każda sekunda filmu jest dokładnie przemyślana i trzyma w napięciu. Wojna polsko – rosyjska w Kosie rozgrywa się tak naprawdę w jednej scenie: kiedy w domu pułkownikowej Marii Giżyńskiej (w tej roli świetna Agnieszka Grochowska), przyjmującej w swoich progach dawnego kochanka Kosa i jego kompana Domingo, pojawia się nieproszony gość: rotmistrz Iwan Dunin (hipnotyzujący Robert Więckiewicz) ze swoją rosyjską zgrają żołdaków. Swoją drogą, wątek rosyjski jest tutaj od pierwszych chwil filmu pokazany genialnie, za pomocą kilku detali: jak choćby zakrwawionej szabli powoli ocieranej białą chusteczką przez rotmistrza Dunina. Biel i czerwień. Szabla i krew. Polskość i agresja rosyjska. W filmie pada też słynne „Idi na ch…j!” – wyraźne nawiązanie do wojny w Ukrainie.

Dunin poszukuje oczywiście Kościuszki. Grają w karty: najpierw o pieniądze, potem o broń. Wszyscy przed wszystkimi udają i cała zabawa polega na tym, kto pierwszy w tej absurdalnej mistyfikacji „pęknie”. Potem sprawy się mocno komplikują i w dworku pięknej pułkownikowej dochodzi do małej apokalipsy…

Trudno to wszystko jednak nazwać wojną. To tragiczna w skutkach wojenka: Polaków, którzy śnią o wolności, a nie potrafią z niej korzystać, i „Mateczki Rosji”. Szlachty między sobą. Szlachty i chłopów. Jak zauważa rotmistrz Dunin: „Polaczki” zawsze gloryfikują hasło „Bóg, honor, ojczyzna”, ale „honor” zawsze stawiają przed „ojczyzną”. Bo wolą się prać po mordach niż współdziałać w słusznej sprawie. Brzmi zadziwiająco aktualnie…

Zatrzymam się na chwilę przy wątku chłopskim – bardzo ważnym w Insurekcji Kościuszkowskiej, ponieważ wódz do powstania pozyskał chłopów. Była to w owych czasach granicząca ze skandalem nowość. Jeden z nich, Wojciech Bartos, został nawet mianowany przez Kościuszkę chorążym i otrzymał tytuł szlachecki i nazwisko Głowacki. Długo się nim nie nacieszył, ponieważ w czerwcu 1794 zginął w powstaniu.

W podstawówce na lekcji muzyki uczyłam się nawet takiej patriotycznej piosenki:

Bartoszu, Bartoszu,

Oj, nie traćwa nadziei,

Bóg pobłogosławi,

Ojczyznę nam zbawi!

 

Tam w górę, tam w górę,

Poglądaj do Boga,

Większa miłość Jego,

Niźli przemoc wroga!

 

Jeśli jednak ktoś się spodziewa wątku dzielnego chłopa - patrioty, który zostaje nagrodzony przez wodza za wierną służbę i ginie na polu chwały, to nic z tych rzeczy. Owszem, jest  kilkoro chłopskich bohaterów, spośród których wybija się jeden: Ignac Sikora (w tej roli przejmujący Bartosz Bielenia, który już w  Bożym Ciele pokazał na co go stać, i wydawało mi się, że to są już jego wyżyny, och, jakże się myliłam!). Chłopak jest nieślubnym synem szlachcica Duchnowskiego i chłopki. Głęboko wierzy, że ojciec mu zapisał w testamencie majątek i nadał szlachecki tytuł. Nie chce walczyć za ojczyznę ani nawet o poprawę losu chłopów. Chce tylko uprawomocnić ten dokument… Historia Ignaca jest wstrząsająca, bo przy okazji tej prostej fabuły widzimy porażające okrucieństwo, z jakim panowie szlachta traktowali swoich poddanych. Scena w karczmie, gdy szlachcic każe zbiegłemu chłopu warować i szczekać jak pies, przywodzi na myśl najbardziej brutalne sceny z filmów o drugiej wojnie światowej. Tylko że tam w podobnych rolach są pokazani Niemcy i Żydzi… Zresztą: czy to jakaś duża różnica? To samo zwyrodnienie, to samo upodlenie. Jak niewiele trzeba, żeby stać się katem albo ofiarą. Wszystko kręci się wokół tytułów i ról społecznych, co do których ktoś kiedyś się umówił i wprowadził sztywne podziały na ludzi lepszej i gorszej kategorii. Mocno do mnie przemówił też moment, gdy Ignac spotyka towarzysza Kościuszki - czarnoskórego Dominga ze Stanów Zjednoczonych (urzekający Jason Mitchell), i próbują się dogadać, choć tamten mówi jedynie po angielsku. Łączy ich jedno: blizny na plecach. Ignac był pańszczyźnianym chłopem, Domingo – niewolnikiem na plantacji bawełny. Czy to jakaś duża różnica?

Poprzez wyeksponowanie bohaterów drugiego planu: niskich warstw społecznych i kobiet, Kos wpisuje się w modną ostatnio w popkulturze narrację „chłopską” i „herstoryczną”. Film Maślony nie jest jednak naiwną apologią „wykluczonych”. Opowiada o ludzkiej naturze: czasem heroicznej, czasem nikczemnej. Wszystko zależy od okoliczności. Opowiada też o tym, że wielka historia ma konkretne twarze: często anonimowych ludzi, z bliznami na plecach od pańszczyźnianego kija, uwikłanych w wydarzenia, w których niekoniecznie chcieli uczestniczyć, bo akurat mieli swoje własne marzenia, odbiegające od idei „Boga, honoru i ojczyzny”. Opowiada również o polskości – tej odartej z mitu, pominiętej w podręcznikach do historii, chamskiej i ubłoconej. Bardzo to aktualne, a przecież ciągle mieszczące się w kostiumie i konwencji epoki – w przeciwieństwie do bijącego ostatnio rekordy popularności serialu 1670, rażąco nawiązującego do współczesnych tematów i problemów, i wyszydzającego nasze narodowe wady w sposób tak nieprawdopodobnie toporny, że to jest po prostu niesmaczne…

Tymczasem Kos potrafi być i poruszający, i zabawny. Dialogi są tak dobrze napisane, a film tak znakomicie zrobiony, że co chwilę się śmiałam, choć wcale mi nie było do śmiechu… Gorzki finał nie pozostawia złudzeń: bohaterowie stoją otumanieni na pogorzelisku (jak do tego doszło: proszę obejrzeć film, nie będę spojlerować!). Domingo pyta Kosa: „I co teraz?”. Cisza. Czekamy na odpowiedź. Przypomina mi to zakończenie Wesela Wyspiańskiego: goście z bronowickiej chaty łączą się w chocholim tańcu. Przed chwilą mieli w ręku kosy, które im powypadały z rąk. Też czekają… Na co? Na jakiś znak? Cud? Charyzmatycznego przywódcę? A może na to, kto pierwszy „pęknie”? Kto przegra w karty swojego Boga, swój honor, swoją ojczyznę?

Bardzo ten film polecam! Złote Lwy za najlepszy film, nagroda dla Pawła Maślony za reżserię,  i nagroda dla Roberta Więckiewicza za drugoplanową rolę męską na 48. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w pełni zasłużone!



Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/Kos+Zwiastun+nr+1-67435

wtorek, 16 stycznia 2024


 

Powiew COOL- tury

 

„Teraz napiszę swoją bajkę”

(Akademia Pana Kleksa, reż. Maciej Kawulski, 2024)

 Nigdy nie miałam traumy po słynnym „marszu wilków” z Akademii Pana Kleksa Krzysztofa Gradowskiego. Może dlatego, że mama mi pozwalała oglądać zarówno w kinie, jak w teatrze dużo trudniejsze rzeczy, mocno wykraczające poza poziom kilkuletniego dziecka. Tak więc widziałam w sosnowieckim Teatrze Zagłębia Niemców Kruczkowskiego, w których mama grała główną rolę, ale z całego spektaklu zapamiętałam histeryczny śmiech jednej z drugoplanowych bohaterek, kiedy się dowiaduje, że jej kochanek, funkcjonariusz gestapo, nie pozwolił uciec pewnemu więźniowi, lecz go po prostu zabił… Długo nie mogłam się otrząsnąć po filmie Krzyżacy, który obejrzałam po raz pierwszy z mamą mniej więcej w tym samym czasie (miałam osiem, może dziewięć lat) – najbardziej po scenie pokazania Jurandowi na zamku krzyżackim obłąkanej, nieludzko zaniedbanej i poturbowanej dziewczyny, która rzekomo jest jego córką, i jak Krzyżacy potem mu wypalają oczy… W samej Akademii Pana Kleksa najbardziej przerażał mnie golarz Filip i jego mechaniczna lalka, Alojzy. Filip wydawał mi się bardziej okrutny niż wilki, bo wilki czuły się skrzywdzone przez ludzi, a Filipem kierowała zwykła, nikczemna zazdrość i postanowił zniszczyć Akademię od środka…

Takie to miałam przemyślenia w dzieciństwie. Pierwsza ekranizacja Akademii Pana Kleksa na długo została w mojej pamięci i sercu, i wróciłam do niej kiedyś, w ramach odstresowania, już jako siostra zakonna.

Kiedy więc pojawiły się informacje o nowej adaptacji powieści Brzechwy, ucieszyłam się jak dziecko. I wreszcie się wybrałam do kina.

Co mogę powiedzieć o filmie Macieja Kawulskiego? Cóż, można to streścić jednym zdaniem wypowiadanym przez Adę, główną bohaterkę: „Teraz napiszę swoją bajkę.” Bo na pewno nie jest to baśń Jana Brzechwy. Czy to źle? Niekoniecznie, choć nie jestem zwolenniczką „poprawiania” mistrzów, zwłaszcza w wypadku klasyki literatury, a opowieść Brzechwy można już do takowej zaliczyć. Ale scenarzysta i reżyser, robiąc adaptację, ma przecież prawo materiał skrócić, zmodyfikować, przekształcić, a nawet – jak w tym wypadku – stworzyć jedynie „wariacje na temat”.

Co jest dla mnie atutem tej produkcji:

1.     Dobrze się to ogląda: co prawda aż oczy bolą od nadmiaru bodźców i kolorów (przewaga różu, jak w Barbie…), ale montaż, scenografia, kostiumy, efekty specjalne są powalające! Bardzo ciekawa jest także ścieżka dźwiękowa: muzyka jest urywana, jak odległy, wewnętrzny głos, albo powracający sen, i momentami w sposób twórczy nawiązująca do znanych z filmów Gradowskiego kultowych piosenek: Pożegnanie z Bajką, Na wyspach Bergamutach czy Podróż w krainie baśni. Jest więc to wszystko postrzępione, pocięte, fragmentarycznie wplecione w akcję, jak skrawki wspomnień z dzieciństwa… Zamiast nostalgicznej Zdzisławy Sośnickiej (Smutna Księżniczka z Akademii Pana Kleksa) i zadziornej Małgorzaty Ostrowskiej (Królowa Aba z Podróży Pana Kleksa) mamy nieco psychodeliczną Sanah…  Zdecydowanie bardziej do mnie przemawia konwencja musicalu w wersji Krzysztofa Gradowskiego. No i zupełnie nie rozumiem, dlaczego Ralph Kamiński przez pół minuty pojawia się na ekranie jako jakiś epizodyczny wilk zamiast dać spektakularny popis swojego wokalu, choćby w roli tego wilka! Ech… ale by pięknie zawył!

 

2.     Dobrze, że dzieci wyjdą z kina z kilkoma ważnymi, wartościowymi treściami: czym jest empatia, na czym polega prawdziwa przyjaźń, dlaczego należy szanować i akceptować czyjąś odmienność, że bycie „czarnym charakterem” najczęściej ma jakąś swoją smutną historię, nad którą warto się pochylić, i że słowo „ale” należy zamienić na „więc”: Mam marzenie, WIĘC zamierzam o nie walczyć!

 

3.     Kilka kreacji aktorskich, które budzą mój zachwyt: Tomasz Kot jako Kleks – czuły, ojcowski, dużo bardziej subtelny niż genialny poprzednik w pierwszej adaptacji, ale jednak mi czegoś brakowało… Chyba za bardzo „ginął” na drugim planie, a  to jednak Pan Kleks powinien być osią tej opowieści. Charyzmatyczna Danuta Stenka i hipnotyzujący Daniel Walasek jako przywódcy wilków (czy raczej „wilkusów”): z przyjemnością ich oglądałam!  Stenka – wiadomo, ale ten młody… Nie mam pojęcia, skąd go wytrzasnęli, ale chcę go więcej w kinie i teatrze! No i, rzecz jasna, Piotr Fronczewski jako… właśnie, kto? Doktor Paj–Chi–Wo? Tajemniczy sąsiad Ady? Sam Brzechwa? „Stary” Pan Kleks ustępujący miejsca „nowemu”? Pewnie wszystko po trochu. Jest na pewno kimś, kto otwiera Adzie drzwi do innego świata i uczy ją, że można i warto w nim zamieszkać, bo tak naprawdę cały czas ma się go w swoim sercu… Mistrz gra to pięknie, po królewsku, z sobie właściwą klasą.

 

Co mnie rozczarowało?

 

1.     Miejsce akcji w Nowym Jorku. Po co? Mieszkamy w Polsce, książka, na podstawie której powstał film, dzieje się w Polsce. Czy naprawdę nie da się zbudować pasjonującej historii w naszych realiach? Niekoniecznie siermiężnych, powojennych lat 40. XX wieku, kiedy Brzechwa wydał powieść, czy posępnych lat 80. późnego Peerelu, jak u Gradowskiego, ale tych dzisiejszych.

 

2.     Rozumiem, że w Akademii są dzieci płci obojga i że wśród nich jest także chłopiec na wózku. To dobrze. Ważne, żeby dzieci uczyły się wzajemnej akceptacji. Ale jeszcze obowiązkowo MUSZĄ być z różnych stron świata. Czy naprawdę jest to konieczne, żeby wszędzie aż tak mocno wciskać inkluzywność? Samo przesłanie powieści Brzechwy, mówiące o sile wrażliwości i wyobraźni, pięknie dziecięcych marzeń, i współdziałaniu w grupie jest już chyba na tyle „inkluzywne”, że nie trzeba aż tak mocno „wjeżdżać” z dydaktyką…

 

3.     Wątek przyjaciela Ady. Ten chłopiec jest nieco dziwny. Z fabuły wynika, że jest czymś w rodzaju mechanicznej lalki. Czy to nawiązanie do postaci Alojzego  z oryginalnej powieści Brzechwy? Jeśli tak, to po co, skoro Alojzy – w przeciwieństwie do Alberta -  jest bohaterem z gruntu negatywnym? Nie rozumiem. Być może zostanie to wyjaśnione w planowanej drugiej części filmu.

 

4.     Film Kawulskiego serwuje nam popkulturową papkę. Czego tu nie ma! Trochę tu Harry’ego Pottera (nawet się pojawia aluzja do mojego ulubionego zaklęcia Expecto Patronum!), trochę Opowieści z Narnii, trochę Avatara, trochę Netflixowych seriali, gier komputerowych, a nawet… Titanica (jest taka jedna scena na zamarzniętym jeziorze, a jakże! – z lodową krą w roli głównej!). W rezultacie cierpi na tym to, co najważniejsze w opowieści Brzechwy: baśniowość. A baśniowość zakłada kluczową rolę wyobraźni. Film nas dosłownie zalewa obrazami, efektami specjalnymi, cytatami, aluzjami, kalkami tego, co znane i lubiane, i pozostaje bardzo niewiele miejsca na – jak to mówi Ada Niezgódka – „napisanie własnej bajki”. Szkoda…

 

5.     Rola Antoniny Litwiniak czyli filmowej Ady Niezgódki. Wybaczam twórcom, że wymyślili sobie Adę zamiast Adasia. Rozumiem też motywy: wszędzie się wkrada modna „herstoria” czyli promocja BOHATEREK. Trend nie ominął też bajek. Ale skoro tak, i jeszcze do tego na tej postaci opiera się CAŁY film - bardziej niż na Kleksie! - to niech ta dziewczyna tę rolę rzeczywiście ZAGRA, a nie przestoi, przesiedzi, przepłacze i przesnuje! Główna bohaterka jest dla mnie całkowicie bezbarwna, pozbawiona wyrazu, nie ma tego „pazura”, który by podkreślał jej indywidualność. Nie chce mi się śledzić jej losów. Nie przekonuje mnie jej historia. Myślę, że tutaj zawiniła reżyseria.  

 

6.     Choć twórcy filmu zdecydowali się w całej opowieści najbardziej wyeksponować historię księcia Mateusza, historię, która zawsze mnie poruszała, to tak naprawdę w filmie jej… nie ma. Są jakieś humanoidalne wilki rodem z kina fantasy, które mają świetne kostiumy, są dobrze zagrane przez aktorów i nawet – ciekawy pomysł! – mówią własnym językiem przypominającym nieco „starszą mowę” elfów z Wiedźmina, ale nie ma królewskiego pałacu, tragedii zdemolowanego przez wilki państwa i samej postaci księcia. Tak, wiem, że to ten kolorowy, infantylny, trochę irytujący ptak, ale przez to tragizm tej historii gdzieś się rozmywa…

 

7.     Wreszcie – ostatnia rzecz, dla mnie najważniejsza: przesłanie. Uczniowie Akademii z Kleksem na czele nie WALCZĄ ze złem, które uosabiają wilkusy. Oni z nim NEGOCJUJĄ. Każdy jest z natury dobry i to dobro da się z niego wydobyć. Wystarczy pogadać. Wszystko i wszystkich da się ocalić. Nie będzie ofiar. Czyżby? To w takim razie skąd się wzięła wojna w Ukrainie i Strefie Gazy? Dlaczego tyle zła i wzajemnej nienawiści jest w naszym kraju? Dlaczego tyle zła jest w rodzinach i najmłodsi odbiorcy Akademii Pana Kleksa często sami tego doświadczają? W oryginalnej baśni Brzechwy jest mądre, ponadczasowe przesłanie, że warto ocalić w sobie dziecko, ale jest także PRAWDA. Nikt nie negocjuje ani z wilkołakami, ani z golarzem Filipem (którego w nowej adaptacji nie ma, za to zapowiada go tytuł mającej wyjść za rok drugiej części), a Pan Kleks bez wahania niszczy Alojzego – upiorną, mechaniczną lalkę, która miała być dla Akademii „koniem trojańskim”. W Opowieściach z Narnii Aslan unicestwia Białą Czarownicę, w Harrym Potterze tytułowy bohater zabija Voldemorta. Sam Jezus nie dyskutuje z Szatanem, lecz mówi ostro: „Idź precz!”, a w księdze Apokalipsy jest wzmianka o wojnie w niebie i strąceniu Szatana i jego demonów…  Od zła można się tylko odciąć i nie da się udawać, że go nie ma.

Dobra baśń zawsze zawiera prawdę: może czasem trudną, może nie zawsze przyjemną, ale taką, która uczy czegoś bardzo ważnego. Akademia Pana Kleksa w oryginalnym dziele Brzechwy zostaje jednak zniszczona. Do dziś jest mi z tego powodu smutno. Ale Adaś Niezgódka wychodzi z niej jako inny człowiek. Ocalił w sobie dziecko czyli to, co najczystsze i najpiękniejsze, i wraca z tym do „swojej” rzeczywistości.

W adaptacji  Kawulskiego brakuje mi takiego właśnie przesłania. A ten fałsz, plastikowy i różowy jak trawa na terenie nowej Akademii, jest bardzo niebezpieczny. Mimo wszystko warto iść do kina - z dziećmi, młodzieżą, dorosłymi albo samemu - a potem porozmawiać o tym filmie.




 Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/Akademia+pana+Kleksa+Zwiastun+nr+2-67433