niedziela, 19 czerwca 2022


 

Powiew COOL - tury

Wszyscy jesteśmy z Teb

(Sofokles, Król Edyp, reż. Jacek Raginis – Królikiewicz, Teatr TVP, 2022)

Wczoraj obejrzałam Króla Edypa Sofoklesa w reżyserii Jacka Raginisa – Królikiewicza. Spektakl, który w tym roku zdobył Grand Prix na Festiwalu Dwa Teatry. W głowie kołacze mi się rytmiczna inkantacja chóru: „Teby, Teby giną! Teby, Teby giną!”. Słyszę przejmującą muzykę Antoniego Wojnara. Wracają obrazy zimnego, utrzymanego w szarobłękitnej tonacji pałacu króla Edypa, pełnego akwariów z groźnie wyglądającymi rybami, i ogrodów, po których fruwają kruki i spacerują słonie (spektakl był nagrywany w łódzkim Orientarium, co jest ciekawym pomysłem). Wciąż widzę zimne korytarze pałacu ozdobione współczesną galerią zdjęć królewskiej rodziny i szklanymi postumentami, na których stoją – zamiast popiersi władców – antyczne maski rodem z tragedii greckiej (brzęk tłuczonego szkła będzie miał istotne znaczenie w scenie rozpaczy tytułowego bohatera). Widzę też tłum zebrany przed pałacem – jakby z dwóch różnych epok: część w strojach antycznych, część – z elementami mody współczesnej (skórzane kurtki, spodnie, dredy). A przede wszystkim widzę wstrząsające obrazy sanitariuszy w covidowych kombinezonach, pakujących do plastikowych worków na zwłoki ciała kobiet, starców i dzieci. Ciał jest dużo. Wszak Teby opanowała zaraza… Tłum przed pałacem – czyli Chór – jest w tak dobrze nam znanych maseczkach. Ujęcie jest na tyle realistyczne, że część mieszkańców Teb ma te maseczki założone prawidłowo, część tylko na usta, a niektórzy wcale. Scenografia Justyny Elminowskiej i kostiumy Katarzyny Adamczyk na długo zapadają w pamięci… Reżyser spektaklu bardzo wyraźnie nawiązuje do aktualnej pandemii, ale w konwencji, jaką wybrał dla swojego spektaklu, wygląda i brzmi to naturalnie, bez nachalnego „przerabiania” klasyki literatury na współczesną modłę.

Na wielką pochwałę zasługuje tutaj aktorstwo. Edyp w interpretacji Marka Nędzy jest młodym, bardzo emocjonalnym i gwałtownym człowiekiem, pragnącym obsesyjnie dociec prawdy. Nawet, gdyby ta prawda miała go zabić. Jego rozwichrzona natura mocno kontrastuje z powściągliwością Jokasty Agnieszki Wosińskiej i Kreona Mariusza Jakusa. Cała trójka zagrała mistrzowsko. Ale najbardziej poruszył mnie Koryfeusz w wydaniu Marcina Czarnika. Jego rozdzierający śpiew, który jest błaganiem o litość, protestem, krzykiem rozpaczy, pytaniem o sens cierpienia, będzie mi się chyba śnił po nocach.

Król Edyp Raginisa nie jest prostym przeniesieniem tragedii antycznej do telewizyjnego studia. Aby dzisiaj uzyskać u widza katharsis, trzeb szukać nowych środków wyrazu, takich, które „trafiają” we współczesną wrażliwość i poczucie estetyki. Raginisowi – twórcy genialnego Dnia gniewu i Inspekcji – po raz kolejny się to udało. W spektaklu miesza style i konwencje, tak, że Sofoklesowe Teby są „wszędzie” i „nigdzie”, „kiedyś” i „teraz”. Chór to tłum sfrustrowanych i przerażonych globalnym nieszczęściem ludzi. Pałac to obca, zimna przestrzeń naznaczona luksusem i egzotyką. Jokasta ubrana jest raczej w suknię z dramatu Szekspira niż antyczny chiton, a Edyp – w awangardowy, trochę pretensjonalny garnitur rodem z okładki „Vogue”. Na głowie ma jednak – niczym rzymscy cesarze - złoty wieniec. Melorecytacja chóru przypomina raczej musicalową wokalizę, wspomaganą przez rytmiczne bicie w bęben, niż śpiew antycznego chóru. Chór jest zresztą tutaj raczej równorzędnym bohaterem zbiorowym niż – jak w teatrze greckim – komentatorem rzeczywistości. Taka poetyka sprawia, że spektakl ogląda się jednym tchem, jak dobry film, a chwilami nawet reportaż. Jedyne, co mi bardzo przeszkadzało, i czego kompletnie nie rozumiem, to mikroport, w który wyposażono aktora grającego Edypa. Po co? Telewizja ma takie możliwości udźwiękowienia spektaklu, że chyba nie jest to potrzebne, a jeśli był to świadomy zabieg reżysera, żeby pokazać sztuczność pałacowej egzystencji (?), to dlaczego tylko Edyp? A co z całą jego rodziną?

Król Edyp został nazwany przez Arystotelesa najpiękniejszą tragedią. Są takie teksty kultury, które się nie starzeją, bo zadają pytania dręczące ludzkość od wieków: skąd się bierze zło? Na ile jesteśmy odpowiedzialni za swoje wybory? Czy jest jakaś nadprzyrodzona siła, która determinuje ludzkie działania? Bohaterowie kilkakrotnie powtarzają, że nie wierzą w przepowiednie. Dziś być może powiedzieliby, że są ateistami. A jednak ich świat się rozsypuje, a oni zmierzają po równi pochyłej ku katastrofie…

Tragedia grecka ma to do siebie, że stawia bohatera w sytuacji beznadziejnej. Bez względu na to, co wybierze, jakie działania podejmie, skazany jest na porażkę. Tak postanowili bogowie i nie ma odwrotu. Najczęściej ponosi karę za nie swoje przewinienia. Tak jest też w wypadku króla Edypa, który urodził się naznaczony ponurą przepowiednią, że zabije własnego ojca i ożeni się z własną matką, więc całe życie ucieka, żeby uniknąć tego przerażającego losu. Nie udaje się… Zaraza, która dotyka społeczność Teb, jest właśnie karą za ojcobójstwo i kazirodztwo. A przecież i jedno, i drugie Edyp popełnił nieświadomie.

Skąd zatem zło? Jak je przezwyciężyć? Tragedia antyczna zadaje te kluczowe pytania, ale nie daje odpowiedzi. Dla mnie taką odpowiedzią będzie zawsze Ewangelia: opowieść o Tym, który jako jedyny może zwyciężyć zło tego świata i pokazuje, że nie ma sytuacji beznadziejnych, jeśli Mu zaufamy. Ale Edyp nie mógł tego wiedzieć.

I jeszcze jedno: „Teby, Teby giną! Teby, Teby giną!” brzmi wstrząsająco wobec aktualnej sytuacji w Ukrainie. Wszyscy jesteśmy z Teb. Wszyscy zadajemy sobie te same pytania, co ludzie kilka tysięcy lat temu.




czwartek, 16 czerwca 2022


 

Myśli niedorzeczne

 Wybaw nas, Panie. Boże Ciało 2022

 

To był trudny dzień. Z wielu powodów. Przykra sytuacja, w której dzisiaj uczestniczyłam. To, że martwię się o kogoś, kto jest mi bardzo bliski. No i po prostu nie lubię procesji Bożego Ciała. Stresuje mnie chodzenie w szeregu i pilnowanie dzieci, których zresztą w naszej parafii jest garstka. Przetrwać… przetrwać… - kołatało mi się dzisiaj w głowie.

A jednak kołatało mi się coś jeszcze. Wczoraj odprowadzałam na dworzec pewnego młodzieńca z grupy teatralnej po ważnym spotkaniu w Kłodzkim Ośrodku Kultury. Był piękny, ciepły, ale już późny wieczór. Młodzieniec bardzo konsekwentnie deklaruje swój ateizm. Szanuję to, choć czasem boli mnie serce. Jego pociąg za moment miał przyjechać. Co prawda tylko do Wrocławia, a za tydzień najprawdopodobniej znów się spotkamy, tak więc nie ma żadnego dramatu. Żadne rozstanie w stylu kultowych melodramatów typu Casablanca czy Pearl Harbor. Ale czułam w tym upalnym powietrzu ciężar metafizycznych niedopowiedzeń.

- Jutro Boże Ciało? – zapytał nagle.

- Tak.

- To ci życzę, żebyś usłyszała coś inspirującego na kazaniu.

- Ale ja tam nie idę, żeby usłyszeć coś inspirującego na kazaniu. Idę, żeby się spotkać z Jezusem.

Uśmiechnął się z jakimś dziwnym wyrazem, który trudno określić.

- To życzę, żebyś usłyszała coś inspirującego od Jezusa.

Pomyślałam: kurczę, jakie to proste. No bo czy nie o to właśnie chodzi? Wsłuchałam się więc w bogactwo dzisiejszych czytań. W opowieść z Księgi Rodzaju o tajemniczej ofierze Melchizedeka. W Ewangelię o przygotowaniu Paschy, rozmnożeniu chleba, drodze do Emaus i modlitwie Jezusa o jedność uczniów, ciągle tak trudną do osiągnięcia…

- Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas, Panie! – usłyszałam.

Słowa, na które nigdy nie zwracałam uwagi. Ot, archaiczna suplikacja kojarząca się ze zgrzebnym wiejskim ludem rodem z noweli Sienkiewicza.

A dzisiaj zabrzmiało to porażająco aktualnie. Mamy za sobą doświadczenie „powietrza” – tak dawniej mówiło się na epidemię. Trwa wojna. Boimy się głodu. Niektórzy - nawet ci, którzy nie pamiętają, kiedy ostatni raz mieli w ręku Pismo Święte – przebąkują coś o jeźdźcach Apokalipsy. Na naszych oczach wali się nasz stary, może nieidealny, ale ustabilizowany świat. Wybuchają kolejne afery pedofilskie w Kościele. Media ujawniają bezduszność sióstr z Domu Pomocy Społecznej w Jordanowie opiekujących się dziećmi z niepełnosprawnościami.

Tymczasem Jezus idzie z nami. Jak wtedy, w drodze do Emaus, gdzie nie poznali Go uczniowie. Nie narzuca się. Po prostu JEST w tym małym, białym kawałku chleba. Jest dla mnie i dla ciebie. Dla mojego młodego ateisty i dla młodzieży z duszpasterstwa. Dla naszych sióstr z Domu Chłopaków w Broniszewicach, które nazywają swoich podopiecznych „synkami”, i dla sióstr z Jordanowa, które zachowują się w tak nieludzki sposób, jakby zostały zakonnicami za karę. Dla opętanego ludobójstwem Putina i dla tych, którzy z narażeniem życia pomagają ofiarom wojny.

JESTEM, KTÓRY JESTEM – powiedział Bóg w płonącym krzewie do Mojżesza i to spotkanie już na zawsze zmieniło człowieka, który całe życie ukrywał się i uciekał.

Może też zmienić mnie i ciebie. A wtedy przestaniemy uciekać. Zaczniemy ŻYĆ.

Wybaw nas, Panie. Naucz nas żyć.

sobota, 11 czerwca 2022


 Powiew COOL - tury

 Uciec od Rozpaczy

(Panie Malczewski, reż. Rafał Gąsowski, Instytut Grotowskiego i Teatr Wierszalin, premiera: 09. 06. 2022).

 Ale dlaczego? – pytałam samą siebie, kiedy zobaczyłam zapowiedź tego spektaklu. Oto mamy 200 lat polskiego romantyzmu. Mamy Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida. No, ewentualnie jeszcze Fredrę. Sama jestem świeżo po premierze Nie – Boskiej komedii, którą przygotowałam z moją młodzieżową grupą teatralną.

A tu nagle Malczewski i jego Maria – powieść poetycka, którą czytałam raz w życiu, 20 lat temu na studiach polonistycznych. Bo musiałam.

Pojechałam do Wrocławia, do legendarnego Teatru Laboratorium, na autorski spektakl Rafała Gąsowskiego i Katarzyny Wolak – Gąsowskiej Panie Malczewski z nadzieją, że uzyskam odpowiedź na to pytanie.

Dlaczego więc? Żeby sięgnąć po zapomniane dzieło z nurtu „romantyzmu ukraińskiego”, inspirowane autentyczną historią Szczęsnego Potockiego i jego żony Gertrudy, którą kazał zamordować przeciwny małżeństwu teść. Miała zaledwie siedemnaście lat i była w szóstym miesiącu ciąży. Tyle że Malczewski przeniósł akcję tej historii do czasów wojen z Tatarami w XVII wieku.  

 

Żeby opowiedzieć historię człowieka, który pisze dzieło swojego życia i wie, że jest skazany na porażkę. Żeby zostawić nam, widzom, do rozstrzygnięcia kwestię, co jest ważniejsze: „życie” czy „sztuka” i pokazać, że granice między jednym i drugim są płynne…

Od pierwszego momentu zostałam wciągnięta w tę niezwykłą opowieść. Zgasły światła. Zapaliły się przyćmione, niebieskie reflektory. Za podświetlonym elementem scenografii – warstwą folii z wkomponowanymi w nią suchymi gałązkami - ukazał się zarys kobiecej sylwetki i słychać było przejmującą wokalizę. I wtedy ni stąd, ni zowąd pomyślałam, że kto raz w życiu został zatruty teatrem, ten już nigdy od niego nie ucieknie. Przenigdy.

Spektakl Gąsowskich dzieje się na trzech planach: jest historią o autorze i jego kochance, Zofii Rucińskiej, o Reżyserze i Aktorce, którzy pracują nad adaptacją Marii, i o Wacławie i Marii - bohaterach powieści poetyckiej Malczewskiego.

Panie Malczewski – zdają się pytać Gąsowscy autora – Co nam chcesz powiedzieć dzisiaj?

Po spektaklu zostało mi kilka obrazów. To przyćmione światło i poczucie, że zostałam ZATRUTA sztuką… Na zawsze.  Prześwietlona folia, za którą widać sylwetki aktorów. Brama do nieba? Granica snu i jawy? Próg życia i śmierci? Przedsionek tajemnicy? Pewnie wszystko naraz. Krosna, które wypełniają teatralną przestrzeń: to na nich Malczewski (w tej roli genialny jak zawsze Rafał Gąsowski) próbuje się wznieść jakby do lotu, rozpaczliwego lotu kogoś, kto czuje się uwięziony w bylejakości i rutynie. To na nich bohaterowie – Wacław i Maria? Reżyser i Aktorka? Malczewski i Zofia? – podejmują miłosną grę przypominającą taniec. To one są wreszcie łożem, na którym leży ciało Marii, i ołtarzem w kościele.  
No i mistrzowska scena pojawienia się Masek – tajemniczej grupy postaci, która w utworze może być zarówno bandą nasłanych na Marię przez teścia morderców, jak jej własnymi demonami popychającymi dziewczynę do samobójstwa. Tutaj tę rolę pełni jeden aktor: Rafał Gąsowski, w bardzo ciekawej masce, nawiązującej do folkloru ukraińskiego. Dwuosobowa scena w miarę rozwoju nabiera dynamiki, tempa, napięcia, aż przekształca się w dance macabre. Maria z coraz większą bezradnością szamocze się w uścisku ponurego napastnika, aż opada bezwładnie na ziemię. 

Wreszcie najpiękniejsze: Maria w scenie śmierci zsuwająca czarną suknię i wyłaniająca się z tej czerni w jasnym, przejrzystym tiulu. Jak motyl uwolniony z kokonu. Jak piękna, czysta, nieśmiertelna dusza przekraczająca granicę życia i śmierci.   

Maria jest równocześnie tajemniczym Pacholęciem, które w utworze spotyka najpierw Miecznika, ojca Marii, a potem jej ukochanego Wacława. Nie wiemy, kim ono jest. To może być anioł albo zły duch. Złe przeczucie albo nadzieja. Głos Boga albo demon. Wiemy tylko, że porywa zrozpaczonego, świeżo owdowiałego Wacława i odjeżdżają konno w nieznanym kierunku…

W spektaklu nie ma oczywiście żadnych koni ani nawet sugestii podróży. Jest świeca, którą zdmuchuje postać w białym tiulu. I mocne, zaczerpnięte z tekstu słowa:

„«To czegóż chcesz, pacholę? ««Uciec od Rozpaczy«”.

I to równie dobrze mógłby być alternatywny tytuł spektaklu.

Panie Malczewski, jak uciec od rozpaczy? Jak pozostawić po sobie coś więcej niż dopalającą się świeczkę na nagrobku? Jak znaleźć prawdziwą miłość? Jak mądrze wybrać między sztuką a życiem? I czy w ogóle trzeba wybierać?

To, co mnie zachwyca w spektaklu Gąsowskich, to jego umowność, tajemniczość i nieoczywistość, która świetnie oddaje charakter dzieła Malczewskiego, też przecież pełnego niedopowiedzeń, o fragmentarycznej fabule i mrocznym klimacie zbliżającej się katastrofy. A przecież zadającego istotne pytania: na ile jesteśmy zdeterminowani przez los? Czy warto walczyć o swoją miłość? Czy ta miłość jest silniejsza niż śmierć? Czy zło ma zawsze ostatnie słowo?

Na koniec wielki ukłon w stronę wszystkich twórców. Scenografia Izabeli Stronias rewelacyjnie oddaje klimat mrocznego romantyzmu, ale też romantyczną fascynację ludowością (ach, te krosna!) i misteryjność spektaklu. Psychodeliczna muzyka Adriana Jakucia – Łukaszewicza bardzo dobrze wpisuje się w charakter inscenizacji. Aktorstwo Gąsowskich to mistrzostwo świata! Utrzymać uwagę widza przez półtorej godziny grając tylko we dwoje, zmieniając co chwilę rytm, tonację, środek ciężkości, napięcia, opierając wszystko na ruchu scenicznym, i nie tracąc przy tym lekkości, a nawet przyprawiając całość komizmem – to trzeba być tą parą aktorów! Cóż, oboje wychowali się w Teatrze Wierszalin, a to chyba najlepsza szkoła teatralna, jaką sobie można wyobrazić. Chciałabym się jednak zatrzymać przy bohaterce wykreowanej przez Katarzynę Wolak – Gąsowską. Aktorka stoi przed nie lada wyzwaniem: wciela się w trzy postacie naraz – chorą psychicznie Zofię Rucińską, Aktorkę pracującą nad rolą, zupełnie nie rozumiejącą, o co w tym wszystkim chodzi i zadającą sobie podobne pytanie jak ja – dlaczego Maria? – wreszcie samą Marię. Radzi sobie z zadaniem brawurowo. Tworzy fascynującą postać z całą gamą emocji, namiętności i jeszcze czymś, co trudno nazwać, ale określiłabym to jako przebłysk wieczności. Jest na scenie piękna, bo postać, jaką tworzy, nosi w sobie element tajemnicy. Wolak – Gąsowska ma po prostu sceniczny pazur i bardzo liczę, że zobaczę ją w innych tak soczystych, dużych, samodzielnych rolach. Zasługuje na to! A do tego jeszcze przejmująco śpiewa tym swoim czystym, głębokim głosem dotykającym serca.

Trudno nie wspomnieć także o młodej scenarzystce: Annie Wieczorek. To ona wykreowała dla nas te trzy opowieści. Historię rozgoryczonego romantyka, który wie, że będzie zapomniany (Rafał Gąsowski tak to zagrał, że aż chciałam tego jego Malczewskiego przytulić!), Wacława żegnającego się ze swoją żoną w pełnej namiętności grze miłosnej i sfrustrowanego Reżysera, który tłumaczy aktorce, że sztuki nie trzeba ROZUMIEĆ. Trzeba ją PRZYJĄĆ.

I może właśnie tak należy potraktować ten spektakl. Przyda się tutaj choćby elementarna znajomość kontekstu. Ale jeśli nie zdążyliśmy przeczytać Marii (jest na Wolnych Lekturach!) albo przynajmniej sprawdzić w Wikipedii, o co tam z grubsza chodzi, to nie szkodzi. Dajmy się porwać Panu Malczewskiemu. I Państwu Gąsowskim.

Nie pożałujemy, bo to kawał dobrego teatru.


Fot. Rafał Gąsowski.

                                                                                                                   

sobota, 19 marca 2022


 

Powiew COOL - tury

 

Bóg na szczęście nie jest carem

(Adam Mickiewicz Dziady, reż. Maja Kleczewska, Teatr w Krakowie im. Juliusza Słowackiego, premiera: listopad 2021)


Obejrzałam z młodzieżą TE "Dziady". Tę słynną, obrazoburczą prowokację, z powodu której trzeba było wszcząć postępowanie odwołujące dyrektora teatru.

Przyznam, że bałam się tego spektaklu. Nie lubię nachalnego mieszania polityki i antykościelnej propagandy do sztuki, która moim zdaniem powinna przede wszystkim kształtować wrażliwość i uczyć patrzenia na rzeczywistość sercem, a tego za pomocą topornej retoryki będącej agitacją czy „anty – czymś tam” po prostu zrobić się nie da. Bałam się też profanacji tego, co dla mnie najważniejsze: obrazów i symboli związanych z moją wiarą. Nie dźwignęłabym tego.

Miałam więc wątpliwości. Radziłam się przyjaciół, którzy na spektaklu byli, w tym Nauczyciela Roku 2021, wspaniałego polonisty Darka Martynowicza. Uznał, że to nie jest krzywdzące dla młodzieży. Zabierając ich na taki spektakl, daję im bezcenną lekcję krytycznego myślenia. Stwarzam warunki do konstruktywnej dyskusji i samodzielnego wyciągania wniosków. A spektakl zrobiony jest ze smakiem.

Zaufałam mądrym ludziom, którzy Dziady Kleczewskiej widzieli, i nie żałuję.

Czy zgadzam się z przesłaniem Mai Kleczewskiej? Nie we wszystkim. Odczułam ogromny smutek, że reżyserka w taki sposób przedstawia postać Księdza Piotra: łajdaka, który nic nie ma wspólnego z powołaniem kapłańskim. Że subtelne, liryczne, mistyczne widzenie Ewy w spektaklu Kleczewskiej ukazuje dramat dziewczynki skrzywdzonej przez księdza, który nigdy nie powinien był zostać księdzem. Że nie ma mojego ukochanego fragmentu o tym, że nasz naród jest jak lawa...

Chciałabym zobaczyć inny obraz Księdza Piotra. Taki właśnie, jaki proponuje autor dramatu. Taki, jaki sama dobrze znam dzięki temu, że spotkałam w życiu mnóstwo wspaniałych, oddanych Bogu i ludziom kapłanów. Pełnych pasji głoszenia Słowa, empatii do wszystkich, którzy potrzebują pomocy, narażających zdrowie i życie najpierw na oddziałach covidowych, a teraz – pomagając Ukrainie…

Chciałabym też zobaczyć inny obraz naszego narodu: „twardej i plugawej lawy”, lecz przecież z „wewnętrznym ogniem” – czyli z ogromnym potencjałem. To, co aktualnie się dzieje w naszym społeczeństwie: masowa pomoc dla Ukrainy na tak wielu płaszczyznach, od przyjmowania uchodźców, poprzez zbiórki, zawożenie darów do Ukrainy, często z narażeniem życia, organizowanie imprez kulturalnych, których dochód w całości poświęcony jest na potrzeby pokrzywdzonych, dowodzi, że słowa Mickiewicza się nie zestarzały, nabierają aktualności… Zawsze będzie „towarzystwo stolikowe”, które dba jedynie o własny komfort, i ci, którzy stoją przy drzwiach i widzą więcej… Zawsze będą podziały, bo taki chyba jest nasz narodowy charakter, ale też zawsze zapanuje jedność w przypadku jakiejś wielkiej katastrofy.

Chciałabym zobaczyć inną wizję obrzędu Dziadów. U Kleczewskiej to jest po prostu manifa narodowców. Pomiędzy nimi snują się Żydzi, osoba innej orientacji seksualnej, która zresztą zaraz zostaje skopana, i umalowane dziewczęta z Instagrama. Jest także słynna miss Polski w kiczowatej sukni z orłem, w której wystąpiła latem 2021 na wyborach Miss Supranational. Cały czas trzyma w ręku aparat z kijkiem do selfie i wydaje się, że poza tym nie ma innych zainteresowań…

To nie są Dziady obrzędowe, na których zbiera się gromada, żeby rozmawiać z umarłymi, tak, jak to ma miejsce w przepięknej, mistycznej inscenizacji Dziadów. Nocy pierwszej i Dziadów. Nocy drugiej Teatru Wierszalin.

To jedynie obraz wszystkiego, co w naszym narodzie najbardziej upokarzające: podziałów, powierzchowności i zwykłego chamstwa. Taki katalog narodowych grzechów.

Czy mam o to wszystko pretensje do reżyserki? Nie. Uważam, że twórca spektaklu – ba! każdy twórca! -  ma prawo przekazać to, co jest ważne dla NIEGO. Wydobyć te treści, które jego zdaniem zasługują na szczególną uwagę. Jeśli środki, jakich używa, są przemyślane, to ja taką sztukę szanuję. Mogę z nią dyskutować, ale nie mogę jej negować. A tutaj język teatru – a więc reżyseria, ruch sceniczny, rytmiczność i muzyczność spektaklu, który momentami przypomina musical (rewelacyjna scena pieśni więziennych i Pieśń Zemsty Konrada!) – jest przemyślany i konsekwentny. Bardzo w tym pomaga znakomita, przejmująca muzyka. I – uwaga! – nie ma tutaj tandety. Jestem wdzięczna Kleczewskiej za to, że więźniarki w celi Konrada nie mają emblematów Strajku Kobiet, a scena gwałtu pokazana jest bez niesmacznej dosłowności, choć porażająco czytelna.

Świat przedstawiony w Dziadach Kleczewskiej nie jest światem bez Boga i za to też jestem wdzięczna pani reżyser.  Przez cały spektakl – zwłaszcza w Wielkiej Improwizacji -  przebija ogromna tęsknota za Bogiem i szacunek dla sacrum oraz Mickiewiczowskiego tekstu. Jeden z moich młodych aktorów, Kacper, w drodze powrotnej powiedział z lekkim zawodem: „Ech, szkoda, że Konrad jednak nie kończy tego zdania. Tęsknię za inscenizacją, w której wreszcie Konrad wypowie w całości to słynne żeś Ty nie Ojcem świata, ale carem”. A ja nie tęsknię. Ja się cieszę, bo to oznacza, że Bóg w tych Dziadach jest obecny, tylko ludzie czasem zachowują się tak, jakby Go nie było. A to przecież prawda. Bolesna, taka, o której chcielibyśmy zapomnieć – zwłaszcza my, ludzie Kościoła – ale prawda…

Czy przeszkadza mi, że Konrad jest kobietą? Zupełnie. To nie jest nowy pomysł. Już w Hamlecie Andrzeja Wajdy w latach 90. tytułową rolę zagrała brawurowo Teresa Budzisz - Krzyżanowska. Wtedy też mi to nie przeszkadzało. Dostrzegłam w tym Hamlecie po prostu CZŁOWIEKA. Płeć miała tu znaczenie drugorzędne.

Tak samo odbieram zabieg obsadzenia w roli Konrada Dominiki Bednarczyk. Jest w tej postaci kruchość i wewnętrzna moc. Konrad A.D. 2022 porusza się o kulach, zmaga się z własnym ciałem, ale ma piękną, silną duszę.

Kiedy wychodzi, żeby powiedzieć słynne "samotność, cóż po ludziach?" na widownię, przy częściowo zapalonym świetle, mam dreszcze.

Całym sercem czuję tę Konradową samotność i myślę o wszystkich moich samotnościach.

Bardzo ciekawym pomysłem jest dla mnie wykreślenie IV cz. dramatu. Tutaj nie ma Gustawa. Jest od razu Konrad. Przynajmniej w warstwie werbalnej spektaklu. A niewerbalnej? Jest u Kleczewskiej bardzo ciekawa postać będąca kimś w rodzaju alter ego Konrada. Jego (jej) udręczona dusza? A może właśnie Gustaw? Po scenie obrzędu, gdy pojawia się milczące Widmo czyli Konrad o kulach, na scenę wychodzi także ta druga postać, też o kulach. Wije się, walczy z ograniczeniami ciała, wreszcie tańczy – jakby chciała samej sobie udowodnić, że jest wolna. Ten sam Kacper wpadł na pomysł, że to jest właśnie słynne Gustavus obiit – hic natus est Conradus, lecz w formie pantomimicznej.

Nie sposób nie wspomnieć tutaj o kreacji Jana Peszka w roli Senatora – urzędasa owładniętego manią bycia bogiem dla wszystkich, którzy są od niego zależni. Senator Peszka jest demoniczny, ma w sobie jakiś rys psychopatyczny, w scenie snu, kiedy leży na stole, jakby był daniem na pożarcie dla diabłów, wije się jak schwytane zwierzę… Schwytane w co? We własne lęki, koszmary i wyrzuty sumienia. Jakże to aktualnie brzmi w kontekście obecnej sytuacji, kiedy car XXI wieku wywołał wojnę w Ukrainie… I ten salon kapiący od złota, i ta lustrzana posadzka, i sceny z Senatorem tuż po widzeniu Księdza Piotra, gdzie ksiądz, który nie powinien być księdzem, mówi słowa o mężu, który przejmie władzę nad światem…

I nie można było się nie wzruszyć, kiedy na początku spektaklu wyszedł Vitalik Havryla, ukraiński student Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, i przeczytał po ukraińsku wiersz Do przyjaciół Moskali...

A najbardziej się cieszę, że młodzież z grupy teatralnej, jaką prowadzę,  wyszła z teatru poruszona i chcieli o tym spektaklu porozmawiać. Jeszcze w drodze do autokaru.



 

wtorek, 1 marca 2022


 

Notatki z rekolekcji

 Jezusowi nie przeszkadza, że nigdzie nie pasuję

Usłyszałam dzisiaj słowa, których bardzo potrzebowałam. „Zawsze jesteś tu mile widziana, i rób to, co robisz” – powiedziała siostra Eliasza, przełożona klasztoru w Broniszewicach. Poczułam się PRZYJĘTA i ZAAKCEPTOWANA.

Rzadko mówimy sobie takie rzeczy. Nie wiem, czego się boimy. Śmieszności? Ckliwości? Tego, że ktoś nam nie uwierzy? Odmienności tej drugiej osoby, bo nie jest taka jak my i nie jest taka jak „wszyscy”?

Coraz częściej mi się wydaje, że nigdzie nie pasuję.

Nie pasuję do ultrakatolików, bo uważam, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to dobra inicjatywa, popieram szczepienia, nie walczę z ideologią LGBT, ani w ogóle z żadną inną ideologią, i nie słucham Radia Maryja, bo w zasadzie nie słucham żadnego radia.

Nie pasuję do „lewaków”, bo nie ma we mnie zgody na wyśmiewanie i profanację tego, co jest dla mnie święte, i takie zachowanie uważam za pospolite chamstwo.

Nie pasuję do własnego zgromadzenia, choć przecież je kocham. Ale mam wiecznie niedoprasowany habit z jakąś rzucającą się w oczy plamą, nie umiem równo przyklęknąć przed ołtarzem, niedokładnie sprzątam, kiepski ze mnie pedagog, no i nie przepadam za szkolną katechezą i gotowaniem. A wszystkie te rzeczy są przecież ważne i potrzebne. Porządkują zakonną rzeczywistość.

Nie pasuję do świata, który wydaje mi się coraz bardziej obcy i nieludzki.

Ale pasuję do Chrystusa. Tego, który mnie pierwszy wybrał i pokochał, właśnie z tym całym niedopasowaniem. Tego, któremu kompletnie nie przeszkadza, że nigdzie nie pasuję. On mówi do mnie z uśmiecham, jak dzisiaj siostra Eliasza: „Jesteś tu mile widziana. Zawsze. I rób to, co robisz.”

EDIT: po 24 lutego 2022 chyba przestałam się przejmować tym niedopasowaniem… Bo w końcu jakie to ma teraz znaczenie?

niedziela, 27 lutego 2022


 

Notatki z rekolekcji

 

Ćwiczenie niepamięci. O zakonnym ubóstwie.

Dzisiaj była konferencja o zakonnym ślubie ubóstwa. Wydaje się, że trudno cokolwiek nowego na ten temat powiedzieć. A jednak.

Ślub ubóstwa to tak naprawdę sztuka tracenia. W każdej sekundzie, minucie, godzinie, dniu tracę kawałek siebie. W zeszłym tygodniu w mojej szkole prowadziłam bardzo intensywne próby dla grupy teatralnej Dzikie Koty. Próby do nowego spektaklu:  „Nie – boskiej komedii”. Ale to już przeszłość. Pozostały zdjęcia i piękne wspomnienia. I owszem, będą kolejne próby (taką mam nadzieję), ale to już będą inne próby, inne spotkania, inny czas…

Z każdą minutą, godziną, dniem jest mnie coraz mniej dla mnie samej, a coraz więcej dla Boga.

„A pamiętasz, jak w postulacie poprawiłaś mi ważne przemówienie i potem było napisane taką piękną, elegancką polszczyzną?” – zapytała mnie siostra Eliasza. Nie pamiętam.

Tak, jak nie pamiętam, jaki był dzień tygodnia, kiedy pisałam maturę z historii, choć pamiętam temat pracy, w co byłam ubrana i jak się nazywali przywódcy powstania krakowskiego, bo miałam te nazwiska na ściądze pracowicie przygotowanej przez mojego ukochanego, który też zdawał maturę z historii, ale w innym mieście, i skorzystałam z tej ściągi, kiedy wyszłam do toalety.

Nie pamiętam wszystkich zwrotek „Rorate caeli”, choć jeszcze kilka lat temu szczyciłam się, że umiem to zaśpiewać bez zająknienia.

Nie pamiętam nawet – o zgrozo! – niektórych szczegółów z własnych książek.

Ani o czym dokładnie rozmawiałam z moim tatą, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni w życiu w Teatrze Śląskim w sierpniu 2020. Dla mnie wtedy ważniejsza była radość, że otworzyli teatry, nie na długo zresztą, i tę radość, teraz zupełnie nieistotną, zapamiętałam. I jeszcze to, jak się pożegnaliśmy i powoli się oddalał, idąc korytarzem. Jak jego potężna, choć sponiewierana przez chorobę sylwetka, stawała się coraz mniejsza. A ja beztrosko mu powiedziałam: „Do zobaczenia!’, i teraz to brzmi jak okrutny żart.

Jest taki wiersz Stanisława Barańczaka, który mną wstrząsnął, kiedy go po raz pierwszy przeczytałam na muralu jednej z poznańskich kamienic:

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

Życie na ziemi to nieustanne ćwiczenie niepamięci. Żeby zrobić miejsce Bogu. Żeby Go usłyszeć. Jego czysty, niczym niezmącony głos. I zrozumieć język, którym On do mnie przemawia, język miłości, tej jedynej miłości, której nie da się stracić.

EDIT: wiersz Barańczaka stał się boleśnie aktualny po 24 lutego 2022…

 


sobota, 26 lutego 2022


 

Dziennik z czasów wojny

Pierwszy dzień końca świata

 Niebo 24 lutego jest wyjątkowo błękitne. Jakby nie wiedziało.

Ten malutki kawałeczek, jaki mam z domu do szkoły, wydaje się drogą bez końca. Wszystko nagle zgasło i przestało mieć sens. Rzeczywistość, jaką znałam z książek, spektakli teatralnych i filmów, nagle się zaczęła materializować na moich oczach. Z rozmyślań wyrwał mnie głos jednego z moich aktorów, Mateusza:

- Szczęść Boże! Na której lekcji mamy próbę?

I wszystko znów się rozjaśnia. Jeszcze mamy próby do przedstawienia. Jeszcze są lekcje w szkole. Jeszcze ludzie stoją w kolejce do cukierni po pączki, te najlepsze i najdroższe od „Maślanki”, bo dzisiaj tłusty czwartek, jeszcze w piekarni można dostać świeże bułeczki, których nie brakuje, a niebo nad Kłodzkiem jest spokojne…

- Ostatnio mi się śniło, że wybuchła wojna, a po lekcjach mieliśmy próbę – mówi do mnie Bartek. Sen się właśnie sprawdził.

Rosjanie zajęli dawną elektrownię w Czarnobylu. Istnieje obawa, że pył radioaktywny zasypie Ukrainę, Białoruś i kraje UE.

Kacper na Messengerze naszej grupy teatralnej pisze coś o jeźdźcach Apokalipsy. Kiedy go pytam, jak tam jego niewiara, odpisuje, że bardzo dobrze. Po prostu lubi Apokalipsę, a to także wątek jednej z gier komputerowych.

Na każdej lekcji religii modlę się z uczniami dziesiątką różańca o pokój. Śmieją się, kiedy im się mylą „zdrowaśki”. Nie traktują tej modlitwy zbyt poważnie. Jedna z uczennic wyraża ubolewanie, że gdyby jej kolega poszedł walczyć, to nie miałaby z kim chodzić na siłownię.

Siostry z Domu Chłopaków Broniszewicach organizują natychmiastową pomoc. Inne nasze siostry, te z Żółkwi i Czortkowa, zdecydowały się tam zostać. Z ludźmi. 

Temat pandemii w mediach przestał istnieć.

Za to prawie wszyscy moi znajomi dodają na Facebookowych profilówkach nakładki z flagą Ukrainy. Facebook tonie w błękicie i żółci oraz linkach, gdzie można znaleźć formy pomocy dla Ukrainy i uchodźców. W Polsce nagle znikają podziały na "lewaków" i "prawaków", „katotalibów” i „tęczową zarazę”, „pisiorów” i „zdrajców narodu”, "szczepionkowców" i "foliarzy". Znikają spory o Strajk Kobiet, Czarnka i „Dziady” w Teatrze Słowackiego.

Wszyscy zamilkli, sparaliżowani tym, co się wydarzyło dzisiaj o 3.45 w Ukrainie.

W czytaniach mszalnych padają słowa świętego Jakuba: „Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście sera wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabiliście sprawiedliwego. Nie stawiał wam oporu.” (Jk 5, 5 – 6).

Świat się znów zatrzymał.