niedziela, 31 stycznia 2021


 

Niedzielnie…

Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. (Mk 1, 22)

Spotkanie z Jezusem zawsze zaczyna się od zdumienia. Że popatrzył z miłością właśnie na mnie. Nie na moją współsiostrę, koleżankę, sąsiadkę, nie na głodne dzieci w Afryce – choć to wszystko prawda – ale na mnie. Zdumienie to potężna siła, która mnie pcha, żeby zrobić krok w stronę Jezusa. Z tego zdumienia rodzi się moja wiara. Doświadczyłam tego jako 21 – letnia dziewczyna, kiedy podjęłam decyzję o byciu w Kościele.

Ale potem muszę zaufać. Pójść za tym zdumieniem w nieznane.  To już dużo trudniejsze. To chodzenie za Mistrzem małymi kroczkami, dzień po dniu, w szarzyźnie, a czasem ciemności. Czasem Go nie widać. Czasem Jego nauka powszednieje i wydaje się, że traci moc. Czasem się wydaje, że złe duchy mają się świetnie i zadomowiły się w moim życiu. Wtedy trzeba zawrócić do początku drogi. Miejsca, gdzie zaczęło się zdumienie. W księdze Apokalipsy padają mocne słowa:

mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości.
Pamiętaj więc, skąd spadłeś,
i nawróć się,
i pierwsze czyny podejmij!
(Ap 2, 4 – 5)

Większość ludzi w synagodze zatrzymała się tylko na poziomie sensacji – tego właśnie zdumienia – ale nie poszła dalej. Kiedy emocje opadły, zapomnieli o Kimś, kto miał moc odmienić ich życie. Może nawet stali w tłumie krzyczących „Ukrzyżuj!”.

A ja? Gdzie moje zdumienie? Czy odczytuję ewangelię Jezusa ciągle na nowo? Czy idę za Mistrzem nawet wtedy, gdy wokół mnie jest ciemno i nie ma emocjonalnych i duchowych fajerwerków?

niedziela, 24 stycznia 2021


 

Niedzielnie…

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. (Mk 1, 14 – 17).

Kiedy się wydaje, że wszystko stracone albo nic nowego się już nie wydarzy, wtedy do akcji wkracza Jezus.

Jan został uwięziony. Koniec z kolejkami do proroka, który w Jordanie dokonywał tajemniczego obrzędu: dla jednych rzeczywiście chrztu nawrócenia, dla innych zapewne magicznej praktyki, która miała posmak nowości i mogła zapewnić dobre samopoczucie.

Skończyło się.

Trzeba było wrócić do swoich nędznych chat i nieurodzajnej ziemi. A tu nagle pojawia się Ktoś nowy i głosi Dobrą Nowinę. Mało tego: dzieją się cuda, o jakich świat nie słyszał.

Przyszli uczniowie Jezusa, którzy na razie są rybakami na nic nie znaczącej rzymskiej prowincji, w krainie pogardzanej przez pobożnych Żydów, zarzucali sieci. Jak co dzień. Wykonywali tę czynność już setki razy,  pewnie od momentu, kiedy nauczyli się chodzić. Czasem się udawało, a czasem nie. Ot, rutynowe zajęcie, jakich wiele. A tu nagle przychodzi Ktoś, kto wywraca im świat do góry nogami tym jednym zdaniem: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. Ile musiało być mocy w słowach i spojrzeniu Jezusa, skoro młodzi rybacy nie popatrzyli na Niego jak na wariata, tylko tak po prostu zostawili sieci i poszli za Nim? Nawet się nie przebrali i nie spakowali, nie mówiąc już o pożegnaniu ze zirytowanym zapewne Zebedeuszem, któremu zostawili na głowie całą tę robotę i zarządzanie firmą.

Zostawili dotychczasowe życie. Zostawili coś, na czym się dobrze znali i co sprawiało, że czuli się bezpiecznie. Pozwolili Jezusowi otworzyć w ich życiu nowe, nieznane drzwi…

Nie wspominajcie wydarzeń minionych,
nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy.
Oto Ja dokonuję rzeczy nowej:
pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?
Otworzę też drogę na pustyni,
ścieżyny na pustkowiu.

- mówi prorok Izajasz. (Iz 43, 18 – 19)

Ja też czuję się dzisiaj trochę jak uczniowie Jana: bezradni, zagubieni, pozbawieni proroka, którego zamknięto w więzieniu, być może przekonani, że to już koniec. Koniec historii ich życia. Koniec historii w ogóle. I trochę jak rybacy znad Jeziora Galilejskiego – przyzwyczajeni do swojego dotychczasowego małego świata, z sieciami w ręku, które tak trudno wypuścić i pójść za Jezusem…

Pandemia odebrała mi teatr, którym zajmuję się z młodzieżą, i wiele innych rzeczy, które są moją pasją, wydawały się pewne i czułam się w nich bezpiecznie. Nie wiadomo, kiedy się to skończy. Coraz częściej przeżywam chwile, w których nie widzę żadnego światła ani horyzontu, a informacje o nowej mutacji wirusa czy wzroście liczby zakażonych wśród zaszczepionych pierwszą dawką w Izraelu raczej nie pomagają w zmianie tego stanu rzeczy.

Jest ciemno. Coraz ciemniej. A tymczasem „czas się wypełnia i bliskie jest Królestwo Boże.” Jezus wyciąga rękę i mówi: „Pójdź za Mną.”

Czy zrobię kolejny krok w Jego stronę? Czy zaufam?

 

piątek, 22 stycznia 2021







 

Powiew COOL - tury

Teatr z tajemnicą czyli za co kocham Wierszalin

Czego w tych dziwnych czasach  życzyć teatrowi, który właśnie obchodzi swoje trzydziestolecie?  Oczywiście otwarcia.

Tylko że Teatr Wierszalin jest zawsze otwarty. Na przekór całemu światu. Otwarty, bo szuka relacji z widzami, bo ma coś ciekawego do zaproponowania w przestrzeni wirtualnej, bo inspiruje uczniów i nauczycieli poprzez spotkania z serii „Objazd mickiewiczowski - wzorem Reduty. Teatr Wierszalin w sieci”, bo pomaga przetrwać smutny czas zamkniętych scen…

Teatr kocham od zawsze, ale Wierszalin jakoś do tej pory skutecznie omijał mój życiorys. Czy może raczej ja omijałam Wierszalin? – sama nie wiem. Jako licealistka i studentka polonistyki niejeden raz słyszałam tę nazwę, ale w głowie włączały mi się od razu skojarzenia: alternatywa… abstrakcja… „Cricot 2” Kantora… „Laboratorium” Grotowskiego… To mnie na długie lata odstraszało.

Skojarzenia były słuszne. Tak, jest to teatr alternatywny, czy – jak to powiedziała moja znajoma polonistka z Podlasia – niszowy. Tak, zespół inspiruje się Kantorem i Grotowskim. I tak: oglądanie wierszalińskich spektakli to fascynująca, ale trudna przygoda. Jak ostra jazda z przeszkodami. Kiedy już jednak poczułam smak tej ostrej jazdy, to nawet podczas liturgii brewiarzowej, gdy akurat było wspomnienie pewnej dominikańskiej świętej, przyłapałam się na rozmyślaniu, jak by tę historię opowiedział Wierszalin…

A to oznacza jedno: wpadłam po uszy. Zakochałam się w tym niezwykłym, choć przecież malutkim i położonym na krańcu świata teatrze. Jak to się stało? Zaczęło się od Facebookowych zaprosin od Piotra Tomaszuka, współzałożyciela, dyrektora i reżysera teatru. Przejrzałam jego profil i pomyślałam: cóż za barwna postać! Z czasem do mnie dotarło, że to TEN Tomaszuk z TEGO Wierszalina. Ale prawdziwa przygoda zaczęła się dopiero, gdy ekipa z Supraśla ogłosiła inicjatywę on – line: „Objazd mickiewiczowski - wzorem Reduty”, nawiązując do inicjatywy działającego w dwudziestoleciu międzywojennym Teatru Reduta Juliusza Osterwy i Mieczysława Limanowskiego. Co łączy Wierszalin z przedwojennym zespołem oprócz rzucającego się w oczy, charakterystycznego logo? Oba teatry mają charakter laboratoryjny, a ich aktywność nie ogranicza się do „odhaczania” kolejnych pozycji w repertuarze, lecz obejmuje także ustawiczną, wręcz morderczą pracę aktora nad sobą, co owocuje czwartym, najwyższym poziomem sztuki aktorskiej: obrzędowością, działalność pedagogiczną, tworzenie środowiska przyjaciół teatru - a więc budowanie relacji – i objazdy po całej Polsce. Okazuje się, że Wierszalin też „jeździ” – co prawda na razie wirtualnie, ale bardzo wytrwale. Ekipa spotyka się z grupami młodzieży licealnej i nauczycieli, opowiadając o Mickiewiczu, różnych inscenizacjach Dziadów, swojej adaptacji Dziadów i procesie powstawania spektaklu. Z początku byłam ostrożna, ale Dziady Piotra Tomaszuka skradły moje serce. Już w momencie, gdy na samym początku Nocy pierwszej usłyszałam szept srebrnowłosego Guślarza, którego grał sam reżyser: „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…”. Zorganizowałam więc dwa spotkania: z klasą, którą uczę języka polskiego, oraz grupą teatralną Dzikie Koty. Obejrzeliśmy spektakl – długi i niełatwy w odbiorze, ale fascynujący – a potem rozmawialiśmy na ZOOMIE z zebranym w teatrze zespołem, przy akompaniamencie takich egzotycznych instrumentów jak lira korbowa czy cymbały białoruskie. Zastanawiałam się, jak przyjmie to moja młodzież. Czy wytrzyma. Nie tylko wytrzymali, ale dali się porwać przez piękno i niezwykłość tego, co prezentuje Wierszalin, i wtedy zrozumiałam, jak bardzo potrzebne są takie spotkania. Dowiedzieliśmy się na przykład, co to jest pentatonika i flet kościany, jaki instrument „grał” w spektaklu szklaną harmonikę wspomnianą w Wielkiej Improwizacji, a także na czym polega symultaniczność III cz. Dziadów i czy to ułatwia prace zespołowi, czy wręcz przeciwnie. Ale najważniejsze, że wytworzyła się między nami więź. Wspólnota ludzi kochających sztukę, która powstaje nie dla dekonstrukcji, lecz poszukiwania sensu. Nic mnie tak nie ucieszyło, jak komentarze moich młodych aktorów, że nie widzieli jeszcze tak porywającego wykonania Konradowej Pieśni Zemsty…  Moim marzeniem jest zabrać Dzikie Koty do Supraśla i dotknąć tego wszystkiego, przeżyć, nawdychać się do woli „wierszalińskiego” powietrza…

Doświadczyć.

Bo Wierszalina się nie ogląda. Wierszalina się właśnie DOŚWIADCZA. Takie jest moje odczucie po obejrzeniu Dziadów. Nocy pierwszej oraz Dziadów. Nocy drugiej, a także „wygrzebanego” na VOD TVP Boga Niżyńskiego. Nawet, jeśli to doświadczenie sprowadza się na razie do siedzenia przed monitorem laptopa, to jest w nim coś żywego, naturalnego, bezpośredniego. Jest to, za czym najbardziej tęsknimy, i to nie tylko w czasie pandemii: bliskość.

Brakuje tej bliskości przecież także we współczesnej kulturze, coraz bardziej nieludzkiej, oderwanej od rzeczywistości, wyobcowanej, niszczącej wszystko, co do tej pory mieściło się w kanonie piękna i było uznane za uniwersalną wartość. Na postmodernistycznym śmietniku ląduje antyk, Biblia, największe dzieła literatury polskiej i światowej, Bóg, dla którego już nie ma miejsca w zbiorowej świadomości, i człowiek, który traci swoją godność. Jak zauważa niedawno zmarły Maciej Zięba OP w Biało – czarnych zapiskach: W rezultacie stoimy bezradni na wielkim duchowym rumowisku, w każdej chwili oczekując spopielenia naszego świata. Dodajmy, że tę diagnozę dominikanin postawił prawie czterdzieści lat temu. Co by powiedział dzisiaj?

Tymczasem Wierszalin – którego nazwa nawiązuje do osady religijnej stworzonej w latach 30 XX wieku na Podlasiu  przez Eliasza Klimowicza, Proroka Ilję - to wszystko ocala. W spektaklach przesyconych obrzędowością, kulturą ludową, polifonicznymi śpiewami cerkiewnymi i muzyką z zaświatów jest miejsce dla Boga, który staje się punktem odniesienia, i dla człowieka, który odzyskuje swoją tożsamość. Padają fundamentalne pytania o życie, śmierć, miłość, sens istnienia, zgodnie z Szekspirowską dewizą, że zadaniem teatru jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno.

Tak, Teatr Wierszalin jest otwarty na Boga, człowieka i świat. Na przekór pandemicznej pustce. Tymczasem  ja odkryłam to miejsce zaledwie przed kilkoma miesiącami – dopiero i aż. Dopiero – bo historia Wierszalina sięga 1990 roku. Zespół ma na swoim koncie trzy nagrody Fringe First na najważniejszym międzynarodowym festiwalu teatralnym w Edynburgu i udział w wielu innych polskich i międzynarodowych imprezach. Aż – bo patrząc na to, co Piotr Tomaszuk wyczynia z zespołem, odczuwam dokładnie to, co czułam jako ośmioletnia dziewczynka, kiedy oglądałam w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu Niemców Kruczkowskiego czy Don Juana Moliera - spektakle, w których grała moja mama, o wiele „za duże” dla dziecka w tym wieku. Siedziałam oniemiała, wbita w fotel, z dziecięcym zadziwieniem.

Spektakle Wierszalina też są dla mnie „za duże”. Powróciło dziecięce zadziwienie sprzed lat. I może właśnie o to chodzi. Jest w supraskim teatrze tajemnica, która nęci, żeby ją ciągle odkrywać.

Czekam więc na spotkanie w przestrzeni realnej i cieszę się, że istnieje taki mały skrawek kulturalnego nieba na ziemi. Wszystkiego najpiękniejszego, Wierszalinie!

Fot. Magdalena Rybij, Wojciech Ziemski.





poniedziałek, 18 stycznia 2021


 

Powiew COOL - tury

Pęknięcie w duszy artysty

(Bóg Niżyński, scenariusz i reżyseria: Piotr Tomaszuk, Teatr Wierszalin 2006, realizacja TVP: 2018; dostępne na VOD TVP)

To tańczcie na moją pamiątkę – jedno z ostatnich zdań, jakie pada w tym spektaklu. Dla mnie wstrząsające. Zamyka w sobie przesłanie dramatu. Tak, Piotr Tomaszuk stworzył z dzienników rosyjskiego tancerza i choreografa Wacława Niżyńskiego dramat. Nie tylko w znaczeniu rodzaju literackiego. To przede wszystkim dramat człowieka skazanego na samotność i obłęd.

Nie jest to jedyna teatralna adaptacja Dzienników Niżyńskiego. Mniej więcej w tym samym czasie powstał monodram Kamila Maćkowiaka w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego (2005). Co sprawia, że spektakl Teatru Wierszalin jest wyjątkowy? Bóg Niżyński nie jest linearnie opowiedzianą biografią tancerza - skądinąd fascynującą - lecz jego wewnętrzną podróżą na dno własnych lęków. Coraz bardziej mroczną i zagmatwaną. Dla mnie to opowieść o przekraczaniu granic. I, jak to zwykle bywa w spektaklach Teatru Wierszalin, granice przekracza nie tylko bohater, ale też grający go aktor. Rafał Gąsowski tworzy z własnego ciała instrument, na którym – niczym wirtuoz – gra przejmujący koncert, w którym jest wszystko: samouwielbienie, pycha, postawienie siebie w miejscu Boga, poczucie niemocy i wynikająca z tego poczucia rozpacz, odrzucenie, tęsknota za nieskończonością, potrzeba odkupienia win. Przyznam, że nie znałam biografii Wacława Niżyńskiego. Byłam bardzo ciekawa, w jaki sposób Teatr Wierszalin opowie historię kogoś, kogo okrzyknięto „Bogiem tańca”. Oczywiście teatr z Supraśla jak zawsze opowiedział po swojemu. W ten jedyny, niepowtarzalny, „wierszaliński” sposób.

Co to znaczy? Po pierwsze: muzyczność. Każdy gest, ruch, sposób mówienia tekstu i oczywiście hipnotyzujący, polifoniczny śpiew cerkiewny jest podporządkowany granej na żywo, niepokojącej i trochę psychodelicznej muzyce Piotra Nazaruka, która jest jak mechanizm napędzający aktorów. Współtworzy z nimi akcję.

Po drugie: plastyczność. W scenografii Evy Farkasowej – podobnie jak w innych spektaklach Wierszalina - wykorzystano naturalne elementy dekoracji i rekwizyty takie jak płótna, sznury, dzwonki, deski, a także inspirowane kulturą ludową, nieco upiorne maski. Tworzą one tę charakterystyczną, tajemniczą scenerię, którą można zaobserwować również w Dziadach i innych przedstawieniach zespołu: rumowiska, kaplicy, cmentarza, może jakiegoś starego wnętrza mieszkalnego? Do tego jeszcze przyćmione światło i mamy atmosferę idealną do wywoływania duchów!

Nie jest to skojarzenie przypadkowe. Spektakl zaczyna się od słów: „Diagilew nie żyje.” Siergiej Diagilew był dyrektorem Baletów Rosyjskich, a Niżyński – choreografem. Łączyła ich nie tylko praca, ale także toksyczny związek. Opowiadana przez Wierszalin historia to sześć tygodni dzielące Niżyńskiego od ostatniego występu do zamknięcia w sanatorium dla umysłowo chorych w Kreutzlingen. To także – trochę jak w Dziadach – obrzęd wywoływania duchów. Przede wszystkim zmarłego Diagilewa, ale także żony Niżyńskiego, węgierskiej tancerki Ramoli de Pulszky, i widzów podziwiających baletmistrza i jego role w Pietruszce, Popołudniu fauna czy Święcie wiosny. Ale to wszystko już minęło. Przywoływane przez ogarniętą obłędem wyobraźnię Niżyńskiego postacie i zdarzenia należą do przeszłości. Są jak duchy. W role tych „duchów” wcielają się pacjenci szpitala psychiatrycznego, którzy uczestniczą w zainicjowanym przez Niżyńskiego dziwacznym obrzędzie w opuszczonej kaplicy. A może wręcz przeciwnie: to duchy opętały pacjentów? Granice między rzeczywistością a urojeniem coraz bardziej się zacierają. Niżyński opowiada swoją historię, ale nie ma ona więzi przyczynowo – skutkowej. To raczej rwane wątki, strzępki wspomnień, psychodeliczne obrazy, „szumy, zlepy, ciągi” – jak w prozie Mirona Białoszewskiego.

Trzecia rzecz: obrzędowość. Cały spektakl utrzymany jest w konwencji liturgii Mszy Świętej, nabożeństw i procesji. Dlatego siedziałam w napięciu i czekałam, kto w finale okaże się Bogiem.

Czwarta kwestia: poetyka moralitetu. Byłam ciekawa, w jaki sposób reżyser Piotr Tomaszuk i odtwórca głównej roli, a równocześnie – co bardzo istotne – odpowiedzialny za ruch sceniczny Rafał Gąsowski pokażą taniec, który przecież dla Niżyńskiego był sensem życia. Twórcy spektaklu nie próbowali udawać specjalistów od baletu. Zresztą w inscenizacji Tomaszuka zupełnie nie o to chodzi. Taniec w scenicznej opowieści o mistrzu baletu jest odarty z atrakcyjności, chropowaty, odpychający. Przypomina raczej konwulsyjne ruchy człowieka opętanego – na pół nagiego, w strzępach koszuli, wysmarowanego popiołem, wykrzywionego przez ból, z którym sobie nie radzi. Pomyślałam, że granice między pięknem a brzydotą w sztuce są kruche. Jak w życiu… Co jednak opętało Niżyńskiego? Co czy raczej kto jest jego „szatanem”? On sam. W pewnym momencie bohater wypowiada zdanie: „Dla siebie tańczył Niżyński, nie tańczył dla Boga” i w tym zdaniu zawiera się cała jego rozpacz i szarpanina z sobą, która go w końcu doprowadza do obłędu. Dla mnie ta historia jest przypowieścią o geniuszu, który próbuje sam dla siebie być bogiem. Nieprzypadkowo spektakl nosi tytuł Bóg Niżyński. Kiedy człowiek próbuje sięgać po nieskończoność bez Boga, musi się to zakończyć klęską. Jest to także opowieść o pęknięciu w duszy artysty, tym wiecznym niepokoju, który mu każe przekraczać siebie i balansować na cienkiej linii pomiędzy uwielbieniem Boga w talencie, jaki od Niego otrzymał, a zatraceniu się we własnej twórczości.

Punktem kulminacyjnym jest finał spektaklu: powtórzenie Drogi Krzyżowej i przybicie do krzyża Niżyńskiego – Chrystusa. Misterium pasyjne, które odgrywają w opuszczonej kaplicy szpitala obłąkani pacjenci. Ukrzyżowany bohater łagodnieje. Mówi jakby z zadziwieniem: „Kocham. Ja, Niżyński, kocham… Nowe życie nadchodzi… Ojcze…”. Słowa wypowiadane w takim kontekście przez Rafała Gąsowskiego, w sposób bardzo intymny, brzmią przejmująco. Nie wiemy, czy umiera, czy tylko zaczyna coś więcej rozumieć. Kto jest więc tutaj Bogiem? Chrystus czy Niżyński? A może Diagilew, który umarł i Niżyński tańczy na jego grobie? A może wszyscy trzej? Reżyser pozostawia mnie z tym pytaniem. Może po to, żebym zadała je jeszcze raz samej sobie: kto jest moim Bogiem? Ba! – czuję się przyparta tym pytaniem do muru. Osaczona. Aż się duszę…



niedziela, 17 stycznia 2021


 

Niedzielnie…

Chodźcie, a zobaczycie. (J 1, 39)

Te słowa Jezus mówi do dwóch uczniów Jana, którzy stali się potem apostołami. Co by było, gdyby nie poszli? Gdyby nie chcieli zobaczyć? No cóż. Jezus by ich na siłę nie ciągnął. On może tylko zaprosić. Ale wtedy nie przeżyliby przygody życia: przyjaźni z Jezusem. Czegoś, co było równie piękne, jak trudne. Wywróciło ich mały świat do góry nogami. Zaprowadziło ich w rejony, w które nigdy nie zapuściliby się sami. I sprawiło, że osiągnęli pełnię człowieczeństwa: świętość.

Chodź i zobacz – te słowa mówi Jezus także do mnie, każdego dnia. Chodź i zobacz, gdzie mieszkam: w tabernakulum, w Twojej współsiostrze, w lekcjach religii, które Ci tak trudno prowadzić, w codziennych obowiązkach, ale także w tym, co kochasz i jest Twoją pasją.

Mieszkam we wszystkim, co Ciebie dotyczy, bo uczestniczę w Twoim życiu. Chcę w nim działać. Chcę sprawić, żeby stawało się coraz piękniejsze i pełne sensu.

Mieszkam także w tym, czego najbardziej się boisz. Mieszkam w Twoich lękach. Porażkach. Poczuciu nieprzydatności. Mieszkam w tej pustce, którą odczuwasz z powodu pandemicznego zastoju. Mieszkam w tej frustracji, kiedy Ci się wydaje, że odebrałem Ci to, co dla Ciebie cenne – a przecież tylko po to, żeby dać Ci o wiele więcej. Tam, gdzie mieszkam, zawsze dzieje się większe dobro niż to, które jesteś w stanie sobie wyobrazić.

Chodź i zobacz.

piątek, 8 stycznia 2021


 

Powiew COOL - tury

Spis lektur nieszkolnych

(Paulina Mikuła, Literatoura, Altenberg, Warszawa 2020)

Paulinę Mikułę poznałam dzięki jej kanałowi na YouTube: Mówiąc inaczej. Polecam, bo to bardzo ciekawe i rzeczowe podejście do kwestii poprawnej polszczyzny. Kiedy więc reklamowała swoją nową książkę, tym razem nie o języku, lecz literaturze, wiedziałam, że po nią sięgnę. Od razu miałam skojarzenie z rewelacyjnymi felietonami Wisławy Szymborskiej Lektury nadobowiązkowe.  

Moja pierwsza myśl po przeczytaniu Literatoury: ja bym to napisała inaczej. Inne byłoby moje spojrzenie na teksty literackie i pewnie zupełnie inny ich dobór. Tylko jeden wiersz Szymborskiej? Tylko Sezon burz Sapkowskiego? A gdzie Dziady?! I nie ma nic, absolutnie nic Brandstaettera? A Schulza? A potem pomyślałam: dzięki Bogu, że nie jestem Pauliną Mikułą. Nie zmienia to faktu, że Literatourę przeczytałam jednym tchem, nie tyle jako przewodnik po historii literatury polskiej, co – dziennik duchowy autorki.

Zupełnie się z nią nie zgadzam. Irytują mnie jej poglądy. Drażni ekshibicjonizm, gdy autorka przyznaje się, że w czasach studenckiej młodości dziarsko i odpowiedzialnie ruszyła po receptę na środki antykoncepcyjne, popiera Strajk Kobiet czy jest w trakcie terapii. Po prostu nie czuję potrzeby, żeby takie rzeczy na temat Pauliny Mikuły wiedzieć, ale rozumiem kontekst. Ma do tego prawo. Tak samo, jak ja mam prawo pisać o tym, co jest ważne dla mnie. Zresztą na moim blogu też pełno mnie i może to być dla niektórych czytelników irytujące. Nie da się tego uniknąć, gdy się pisze o czymś, co jest bardzo osobiste i bliskie. A taka może być przecież literatura i autorka świetnie to ukazuje. Chciałam opowiedzieć Wam o literaturze nie tak, jak robi się to w szkole. Chciałam pokazać, że z tych samych nudnych lektur da się wyciągnąć o wiele więcej niż może się wydawać. Starałam się udowodnić, że warto do nich wrócić, by odkryć je na nowo, bez pośpiechu i ryzyka, że zawalimy kartkówkę z treści – pisze autorka we wstępie.  I to jej się udało. Paulina Mikuła zaprasza nas w wyjątkową podróż po literaturze widzianej jej oczami. Poza takimi „pewniakami” jak Pan Tadeusz, Kordian czy Wesele, mamy tutaj galerię tytułów nieoczywistych, a nawet zaskakujących, ale takich, które mogą dużo powiedzieć o współczesnym świecie: Fejm Krzysztofa Kościelskiego, Twój ból jest lepszy niż mój Kazika Staszewskiego czy publicystykę – Pokochawszy. O miłości w języku Jerzego Bralczyka i Lucyny Kirwil w rozmowie z Karoliną Oponowicz i Young Power. 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat Justyny Sucheckiej.

Sięgnęłam po tę książkę myśląc, że jest historią literatury napisaną w języku młodzieżowym. Szybko się okazało, że ani to historia, ani literatury. To pamiętnik. Intymne zapiski autorki. Coś w rodzaju autoportretu. Irytowało mnie, że tak dużo pisze o sobie, ale ja potraktowałabym temat dokładnie w ten sam sposób. Tyle, że byłaby to historia zupełnie innej kobiety.

Autorka porusza kilka istotnych zagadnień: patriotyzmu i tożsamości narodowej, poczucia własnej wartości, życiowych wyborów, zwłaszcza z perspektywy kobiecej, miłości i jej braku, rodziny, przemocy, a nawet zespołu Tourette’a. To pomaga sobie uświadomić, że literatura, nawet, jeśli jest pisana w trudnym języku, którego czasem trzeba się uczyć jak obcego, dotyka życia. I to nie „jakiegoś” życia oddalonego od naszej epoki o miliony lat, lecz Twojego i mojego. Co najważniejsze: Mikuła uczy samodzielnej lektury. „Odczarowuje” pisarzy, ściąga ich z pomnika i pokazuje, że też byli ludźmi. Zamiast się zastanawiać, co poeta miał na myśli, możemy pomyśleć, co my w jego utworze dostrzegamy, co możemy z niego wyciągnąć i uważam, że to lepsza zabawa niż sztywna interpretacja pod klucz – pisze w rozdziale o Mironczarni Mirona Białoszewskiego. I to jest w jej podejściu bezcenne! Dzięki Mikule odkryłam, że Gabriela Zapolska jest autorką bardzo smutnego, ale niestety oddającego realia tamtej epoki (czy tylko tamtej?) tekstu Z pamiętników młodej mężatki, Eliza Orzeszkowa napisała ponure opowiadanie Ascetka, utrwalające niestety stereotypowe przekonanie, że do klasztoru idzie się z powodu nieszczęśliwej miłości i życiowych niepowodzeń, a Maria Konopnicka poza nowelami, wierszami, za którymi nigdy nie przepadałam, i wiekopomnego dzieła O krasnoludkach i sierotce Marysi, jest autorką świetnych reportaży Za kratami i Na normandzkim brzegu. Przy okazji zrobiłam sobie listę kilku tytułów, które mnie zaintrygowały i chętnie je przeczytam: Rejwach Mikołaja Grynberga, Między nami dobrze jest Doroty Masłowskiej, Jak zawsze Zbigniewa Miłoszewskiego, Inna dusza Łukasza Orbitowskiego, Sońka Ignacego Karpowicza, opowiadań Joanny Rudniańskiej, Pypcie na języku Michała Rusinka.

Szkoda, że sporo też w tych interpretacjach płycizny. Świtezianka jako przykład „shit testu”? Lalka jako antyprzepis na trwały związek? Interpretacja słów Cypriana Kamila Norwida: Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł w kontekście.. przepisów ruchu drogowego? To moim zdaniem bardzo zuboża to, co w tych tekstach najpiękniejsze…

Szkoda, że autorka odrzuca religijność widząc w niej jedynie pusty rytuał przy jednoczesnym zapewnieniu, że w „coś” wierzy: w Anioła Stróża, który jest jej zmarłą babcią, w jakieś słowa szamana, w bliżej nieokreśloną „energię”. Szkoda, że zamiast Brandstaettera w książce pojawia się Boy z Piekłem kobiet.

Ale największy smutek wzbudził we mnie rozdział o Sezonie burz Andrzeja Sapkowskiego. Przyznaję, że Wiedźmina przeczytałam dopiero trzy lata temu. Pokonanie pięciu tomów sagi i kilku tomów opowiadań z gatunku fantasy, za którym nie przepadam, zawdzięczam mojemu uczniowi. Sama, bez „odgórnej” mobilizacji nigdy bym pewnie po tę pozycję nie sięgnęła. I dziękuję, Kacprze, bo zakochałam się w prozie Sapkowskiego! Fascynuje mnie podróż przez różne konwencje i epoki, mieszanie elementów współczesnych z historycznymi, intertekstualność i poruszanie zagadnienia dobra i zła, miłości i nienawiści, cynizmu i „sikania pod wiatr” czyli stawania w obronie słabszych, i wybierania takich nieopłacalnych wartości jak honor i przyjaźń. Miałam wielką nadzieję, że Mikuła zwróci na to uwagę. Cóż. Rozdział o Sezonie burz dotyczy w zasadzie niechcianej ciąży oraz jej zapobiegania i usuwania. A już kompletnie powaliła mnie konkluzja, że autorka nie chce mieć dzieci, ponieważ… światu grozi katastrofa klimatyczna.

Tak właśnie nazwałabym moje uczucie po lekturze tego rozdziału i niektórych innych fragmentów książki: smutek. Nie złość, nie pragnienie walki, nie chęć udowodnienia, że to ja mam rację, stojąc po stronie życia i oczekując od autorki przesłania nadziei. Zawsze w takich sytuacjach sobie powtarzam: ma do tego prawo. A ja mam prawo głosić, że Życie – świadomie pisane z wielkiej litery – pokonało śmierć. I przez pryzmat tej chrześcijańskiej nadziei czytam również literaturę.

A z książką Mikuły warto się zapoznać. Choćby po to, żeby wyrobić sobie własne zdanie. A może napisać swój osobisty dziennik literackiej podróży? Bo czytanie książek jest niczym innym jak właśnie fascynującą podróżą w rejony, w które być może nigdy byśmy się sami nie zapuścili. Dodajmy, że pozycja ma przepiękną okładkę i szatę graficzną Katarzyny Placek. Aż się chce po tę książkę sięgnąć!

I dlatego jedno mnie na pewno łączy z autorką Literatoury: przekonanie, że dzięki czytaniu możemy mieć nie tylko swój mały świat, ale wszystkie życia i wszystkie światy, jakie tylko zapragniemy. Tego nie odbierze nam nawet pandemia.

 

czwartek, 7 stycznia 2021



 

Powiew COOL - tury

Opowiedzieć swój świat

(koncert piosenek Ewy Demarczyk, reż. Robert Talarczyk, Teatr Śląski 2020)

Bardzo bym chciała napisać, że koncert piosenek Ewy Demarczyk w Teatrze Śląskim w Katowicach to artystyczna petarda, ale w moim odczuciu tak nie jest. Tutaj od razu się przyznam, że nie przepadam za koncertami, a szczególnie za pisaniem o nich. Nie czuję się wystarczająco kompetentna, żeby oceniać poziom wokalny wykonawców czy aranżacje. Znam się jednak trochę na teatrze. W tym „trochę” zawiera się pasja, jaką mnie zaraziła moja mama, aktorka z zawodu, jeszcze w dzieciństwie. Grała zresztą również w Teatrze Śląskim. Zapach teatralnych kulis, który będę pamiętać do końca życia. Dziesiątki, jeśli nie setki premier, na których miałam okazję być jako dziecko, potem przemądrzała nastolatka, studentka, aż w końcu (tak, tak!) – siostra zakonna. Próby Juliusza Cezara Szekspira w reżyserii Jerzego Golińskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie oraz Fausta Goethego w reżyserii Jerzego Jarockiego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, które jako bardzo młoda osoba miałam okazję obserwować od pierwszej próby analitycznej do premiery. Wreszcie: długie godziny morderczych prób, spektakli i teatralnych wyjazdów z moimi najwspanialszymi na świecie aktorami ze szkoły podstawowej, ośrodków dla niepełnosprawnych i aktualnie liceum w Kłodzku.

Tak więc jako ktoś, kto trochę zna się na teatrze, zabieram głos. Jeśli teatr decyduje się na stworzenie koncertu piosenek, które są już własnością zbiorowej wyobraźni, to nie wystarczy rozlać na scenie wodę, żeby było oryginalnie, oraz wypuścić tony sztucznej mgły i rzucić kolorowe oświetlenie, żeby było nastrojowo. Trzeba mieć coś do powiedzenia. Zadać sobie i zespołowi pytanie: dlaczego chcę wziąć na warsztat właśnie piosenki Demarczyk? Co one mówią współczesnemu widzowi? Co one mówią reżyserowi? Co one mówią zespołowi i poszczególnym aktorom? A tutaj zabrakło tego pytania. Zabrakło niepowtarzalnego, reżyserskiego klucza do interpretacji wierszy Baczyńskiego, Takiego pejzażu czy Grande Valse Brillante. Bo poprzez te piosenki można opowiedzieć na nowo świat. Swój świat. Oglądając ten koncert miałam przed oczami nie tyle Ewę Demarczyk (starałam się całkowicie wyłączyć w głowie „demarczykowy” filtr), ile różne aktorskie wykonania znanych piosenek. Szczególnie przejmujący Grande Valse Brillante Stanisławy Celińskiej, zaśpiewany a cappella z perspektywy starej kobiety, i szaloną wersję tej samej piosenki w wykonaniu Kingi Preis i Leszka Możdżera, którego akompaniament był kongenialny z interpretacją Preis. Wreszcie spektakl muzyczny Teatru Roma Tuwim dla dorosłych Jerzego Satanowskiego, który jest dla mnie dowodem, że piosenka może być naprawdę AKTORSKA.

Zastanawiałam się, czego mi w tym koncercie brakuje. Już wiem: organiczności. Aktorzy w większości ślizgają się po powierzchni, poprawnie i bez zaangażowania emocjonalnego wyśpiewując znane frazy. Wykonują te utwory w taki sposób, jakby dotyczyły kogoś innego. Oglądając i słuchając takiego spektaklu, bardzo szybko nabieram przekonania, że mnie to też nie dotyczy, i zaczynam się nudzić. Brakuje mi także teatralizacji: ruchu scenicznego, interakcji między wykonawcami, wrażenia, ze zespół na scenie to jeden żywy organizm. Nic takiego tutaj niestety nie dostrzegam. Wchodzi wokalista, śpiewa piosenkę i po prostu ustępuje miejsca kolejnemu wykonawcy. Być może reżyser postawił na prostotę, ale cóż: tkwienie przy ustawionym na statywie mikrofonie i statyczne wyśpiewywanie piosenki, którą zna cała Polska (a przynajmniej jej starsze pokolenie) to trochę za mało, o ile nie mamy do czynienia z hipnotyzującym głosem i niebanalną aranżacją. A nie mamy, bo jesteśmy w teatrze o profilu dramatycznym, nie muzycznym.

W czym ta „organiczność” i „teatralizacja” miałaby się w takim razie przejawiać? W tym, że aktor poprzez piosenkę chce mi podarować kawałek swojej duszy. Na tym etapie życia, na jakim właśnie się znajduje. Ze swoim lękiem, porażkami, ale także tęsknotą, nadzieją i wszystkim, co kocha. Że chce opowiedzieć mi jakąś ważną dla siebie historię: może o stracie bliskiej osoby? Może o nieszczęśliwej miłości, ale nie tej, o której opowiadała Demarczyk w Pocałunkach, lecz swojej własnej? Może o tym, czym jest dla niego sztuka? Może o frustracji związanej z pandemią? Może o Bogu albo poczuciu Jego braku? Nie wiem. To tylko luźne refleksje. Podczas koncertu w Teatrze Śląskim miałam tylko dwa razy wrażenie, że aktor ze mną rozmawia. Że ma mi coś ważnego do przekazania. Pierwszy moment to Karuzela z Madonnami Kamila Franczaka. Była w tym wykonaniu taka energia i dynamizm, że aż słyszałam tętent koni i zakręciło mi się w głowie jak na karuzeli. Druga to przejmująca interpretacja Tomaszowa Agnieszki Radzikowskiej. Bardzo oszczędna w środkach, ale brzmiąca jak wyznanie. Wzruszyłam się, bo czułam, że to nie jest JAKIŚ Tomaszów. To jest osobisty „Tomaszów” aktorki, w którym zdarzyło się coś bardzo smutnego, ale przełomowego. I od razu pomyślałam o wszystkich swoich „Tomaszowach”, stratach, niedokończonych rozmowach. Dla tych dwóch piosenek warto było wysłuchać tego koncertu. A tak poza tym cieszę się, że Teatr Śląski działa w przestrzeni wirtualnej. Z nadzieją, że przyjdzie taki moment, gdy znów będę mogła zasiąść w fotelu katowickiego teatru. 

A może także poczuć zapach teatralnych kulis?