poniedziałek, 29 czerwca 2020



Świątecznie…

Dzisiaj uroczystość dwóch niezwykłych mężczyzn, z dwóch różnych światów: jeden bez wykształcenia, z nic nie znaczącej, pogardzanej nawet przez Żydów Galilei, drugi – człowiek o szerokich horyzontach, ze świata wielu kultur, znawca nie tylko Prawa Mojżeszowego, ale kultury antycznej. Piotr i Paweł. Pierwszy papież, który w decydującym momencie się zaparł Jezusa,  i Apostoł Narodów, który jednak sam siebie nazywał poronionym płodem. Połączyła ich fascynacja Mistrzem z Nazaretu, choć spotkali Go w zupełnie różnych okolicznościach. I gwałtowny charakter. Obaj byli jak ogień, gotowi oddać dla Tego, komu uwierzyli, wszystko, nawet własne życie. I oddali, ale musieli do tego wewnętrznie dojrzeć.
Przyznam, że bliżej mi do Piotra niż do Pawła. Rozumiem ten jego naiwny entuzjazm: „Panie, życie moje oddam za Ciebie” (J 13, 37) i to zwątpienie, kiedy chodząc po jeziorze spojrzał na wodę zamiast na Jezusa, i zaczął panikować… Rozumiem, że stchórzył na placu przed pałacem arcykapłana, kiedy jego Mistrza osądzono… Rozumiem, że NIE ROZUMIAŁ… że wszystko wyobrażał sobie inaczej… I rozumiem, że zapłakał i miał odwagę wrócić, i powiedzieć: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21, 17). Piotr jest w tym wszystkim  tak bardzo nieidealny, że głęboko ludzki.
Pawła – gdybym go znała osobiście - to bym się trochę bała… Bałabym się tej jego surowości oraz irytującego antyfeminizmu, wręcz lęku przed kobietami. Tej szorstkości i braku czułości. Ale jego życie to piękna opowieść o radykalności nawrócenia. O tym, że jeśli spotykasz Boga, to otrzymujesz wszystko, co ci potrzebne do szczęścia: poczucie sensu, spełnienia i odpowiedzi na nurtujące cię pytania. Już nie musisz niczego szukać i nie potrzebujesz dowodów. Bo jest dokładnie tak, jak w słynnym powiedzeniu św. Augustyna (człowieka o bardzo „Pawłowej” historii nawrócenia): „Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie.” Paweł, kiedy spotkał Jezusa podczas słynnej podróży do Damaszku… oślepł. A potem przejrzał na nowo i widział rzeczywistość zupełnie inaczej: oczami Jezusa. Ale i on nie był wolny od zmagania. Prosi Jezusa, żeby mu zabrał jakiś (nie wiemy jaki) powracający grzech, „oścień dla ciała”, coś, co go straszliwie musiało upokarzać, i słyszy: „Wystarczy ci mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali” (2Kor 12, 9). I to Pawłowe zmaganie jest mi bardzo bliskie… Wreszcie to właśnie Paweł pisze najpiękniejsze teksty o miłości poza, oczywiście, Pieśnią nad Pieśniami: Hymn o miłości (1Kor 13) i fragment, do którego wracam, gdy mi ciężko:
„Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane:
Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień,
uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.” (Rz 8, 35 – 39).

Początek formularza
Piotr i Paweł. Nieidealni żołnierze Jezusa, których życie jest Bożym arcydziełem. Bo zaufali. Bo dali się Jezusowi oślepić Jego światłem. Bo poszli Jego drogą – trudną, ale najlepszą z możliwych.

niedziela, 21 czerwca 2020




Powiew COOL - tury

Szafa pełna tajemnic
(Ałbena Grabowska, Stulecie Winnych, Zwierciadło 2015)

Są takie powieści, których się nie czyta, lecz do których się wchodzi jak do wielkiej szafy z mnóstwem szufladek, zakamarków i przegródek. Odkrywanie tych szufladek jest dla czytelnika największą frajdą. Tak właśnie jest z trylogią Ałbeny Grabowskiej Stulecie Winnych: Ci, którzy przeżyli (tom I), Ci, którzy walczyli (tom II) i Ci, którzy wierzyli (tom III). Do przeczytania książki zachęcił mnie – jakże to banalne! – serial emitowany w TVP1. Nie żałuję jednak ani jednej chwili spędzonej z tą książką! Powieść Grabowskiej  zaczyna się jak u Hitchcocka: od trzęsienia ziemi. Co prawda nie całej Ziemi, lecz niewielkiego skrawka ziemi w gospodarstwie przeciętnej chłopskiej rodziny w podwarszawskim Brwinowie, i nie chodzi o zjawisko atmosferyczne, lecz o rodzinną katastrofę. Oto mamy 26 czerwca 1914 roku. Data dzienna jest ważna, bo będzie się jeszcze pojawiać kilka razy w powieści. Młoda małżonka Kasia Winna rodzi bliźniaczki: Anię i Manię. W ogromnych męczarniach, bo poród jest z powikłaniami. Ania jest źle ułożona i przychodzi na świat właściwie dopiero następnego dnia. Matka niestety umiera. A potem wybucha pierwsza wojna światowa, którą „zapowiedziała” nowo narodzona Ania: młoda piastunka odkrywa, że dziecko ściska w rączce… małą kulę od pistoletu. Chwilę potem świat dowiaduje się o zabójstwie arcyksięcia Ferdynanda i jego małżonki, co, jak wiadomo, ma daleko idące skutki historyczne…
Opowieść o trzech pokoleniach bliźniaczek przychodzących na świat w rodzinie Winnych w pełni zasługuje na miano sagi i tutaj mam skojarzenia z Anią z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery (do której w jednym momencie autorka wyraźnie nawiązuje), Jeżycjadą Małgorzaty Musierowicz, gdzie przynajmniej jeden tom, Kalamburka, również opisuje najnowszą historię Polski, czy powstałą w tym samym czasie co powieść Grabowskiej tetralogią Marii Paszyńskiej Owoc granatu, w której także opisane są losy bliźniaczek i ich rodzin na tle II wojny światowej, komunizmu, ciekawej i nietypowej rzeczywistości emigracyjnej i naszych najnowszych dziejów (bardzo polecam!).
W fabule Stulecia Winnych pojawia się cała galeria postaci w różnym wieku, różnego stanu, o bardzo różnych charakterach. Postaci zmagających się z niełatwą rzeczywistością historyczną, a przede wszystkim – z samymi sobą. Postaci nieidealnych. Postaci ulegających namiętnościom, ale także świadomych, czym jest miłość, honor i poświęcenie. Dlatego prawdziwych. I tutaj właśnie jest to „wejście” do szafy pełnej tajemniczych drzwiczek, zakamarków i szufladek: poprzez postać. Bo każda z nich ma coś ważnego i ciekawego do opowiedzenia, każda przeżywa jakiś osobisty dramat, każda musi ustosunkować się do rzeczywistości, w jakiej przyszło jej żyć, a tym samym dokonywać trudnych wyborów moralnych. I każda wybiera trochę, a czasem – całkiem inaczej. I dlatego podróż po świecie Winnych jest tak fascynująca. Ciekawe tu jest wszystko: sposób, w jaki autorka maluje bohaterów – zwłaszcza kobiety – z ich wyrazistością, nieoczywistymi decyzjami życiowymi, zróżnicowaną gamą uczuć i wewnętrznym pięknem. Imponujące tło historyczne, które – zgodnie z tytułem – obejmuje stulecie: lata 1914 – 2014, a więc jesteśmy świadkami dwóch wojen, narodzin stalinizmu w Polsce, strajków studenckich w 1968 (jest wzmianka nawet o słynnych Dziadach Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym, w których jedna z bohaterek, aktorka z zawodu, gra Ewę), grudnia 1970 w Gdańsku, stanu wojennego, przemian w 1989 roku, a nawet… sposobu funkcjonowania pruszkowskiej mafii w latach 90. XX wieku. Ostatni tom: Ci, którzy przeżyli, opowiada o czasach, które sama pamiętam – pojawia się peerelowskie przedszkole z reżimem przyprawiającym dzieci o wymioty, pierwszy komputer o wdzięcznej nazwie Atari, łóżka polowe z „zagranicznym” towarem na Dworcu Centralnym w Warszawie, wielkie jak cegły i niedostępne dla zwykłych śmiertelników telefony komórkowe, praca marzeń czyli asystentka szefa korporacji, serial Dynastia i teleturniej Koło Fortuny, które sprawiały, że pustoszały ulice… Opowiadające o tym wszystkim rozdziały czytałam nie bez wzruszenia.
Wzruszenie zresztą towarzyszyło mi przez całą lekturę. Autorka nadaje metafizyczny sens rzeczom całkiem - wydawałoby się - zwyczajnym. Oto pierwszy dzień wakacji 1984 roku. Cała rodzina Winnych zebrała się przy stole na uroczystym obiedzie z okazji zakończenia roku szkolnego:
Tamtego lata wszyscy siedzieli przy wspólnym stole po raz ostatni.
- Wszystko się zmienia – powiedziała wtedy Julia, patrząc na jabłonkę – dziczkę, która dawała przez czterdzieści lat owoce na szarlotkę, a którą niespełna miesiąc wcześniej powalił wiosenny piorun.
- Tak musi być – powiedziała babcia Ania i spojrzała na nią tak, jakby rozumiała, co się właśnie w Julii życiu zaczyna dziać.
- Nie walcz z tym, moja kochana… Tak ma być…
Powieść o Winnych dzieje się w dwóch planach: ziemskim i nadprzyrodzonym. Przy czym ten ostatni jest ukazany w sposób bardzo delikatny i nienachalny. To dar przewidywania przyszłości, który posiada Ania. To „głos bestii”, który każe złym ludziom przyczyniać się do śmierci innych ludzi podczas wojny. To anioły, które towarzyszą trójce nowo narodzonych dzieci w pruszkowskim szpitalu w 1971 roku. Jeden z nich nie pozwala swojej podopiecznej umrzeć: Anioł pracował ciężko, ciągnął dziecko w stronę życia sekunda po sekundzie, minuta po minucie, szepcząc, że ma ono w życiu do spełnienia bardzo ważną misję i dlatego bezwzględnie musi przeżyć. To wreszcie duchy zmarłych, które przychodzą do bliskich im żywych na jawie lub we śnie.
Trochę mi brakuje w tej historii Boga. Jego ziemscy przedstawiciele nie są przedstawieni zbyt pozytywnie. Pozbawiona ludzkich odruchów przełożona brwinowskiego klasztoru sióstr zajmujących się osieroconymi dziećmi nie wzbudza czytelniczego zaufania. Podobnie dysfunkcyjna rodzina Jeremiego Wiśniewskiego, w której panuje bieda i zaniedbanie, ale wieczorem wszyscy – pod wodzą apodyktycznego ojca – klękają do różańca. Sympatię budzi jedynie przedstawiciel rodziny Winnych, ksiądz Ignacy, który jednak podczas powstania warszawskiego wdaje się w romans z piękną sanitariuszką. I pewnie takie sytuacje się zdarzały, ale podczas tego samego powstania nie brakowało przecież księży DO KOŃCA zakochanych w Chrystusie i oddających za Niego życie…
Bóg jest więc w Stuleciu Winnych obecny, choć nieoczywisty. Przewija się przez nie oszczędzającą bohaterów historię, skłaniając ich do tego, żeby mimo wszystko wierzyli, kochali, nie tracili nadziei, wybierali dobro, nawet, gdyby ich to drogo kosztowało… W jednej z ostatnich scen sagi nestorka rodu, babcia Anna Winna, zostaje zaproszona do brwinowskiego gimnazjum jako świadek dwóch wojen. Kiedy doszłam do tego momentu, z zapartym tchem czekałam, co stuletnia kobieta - która przecież straciła matkę przy porodzie, musiała uciekać z rodziną przed carską (jeszcze) armią, z narażeniem życia prowadziła podczas okupacji tajne komplety i adoptowała żydowską dziewczynkę, przeżyła wydarzenia z 1968 i 1970 roku oraz stan wojenny - przekaże współczesnym kilkunastolatkom. Słowa babci Ani są proste i przez to poruszające: W obliczu zagrożenia każdy pokazuje prawdziwą twarz. Niezależnie od tego, czy zagrożenie to niezapowiedziana klasówka, czy wywózka na Syberię. I to jest najważniejsze przesłanie powieści: Winni nie są bez winy - jak każdy z nas - ale KOCHAJĄ. I każdy z nas też jest zaproszony do miłości w takiej rzeczywistości, w jakiej przyszło mu żyć. Bo żadna rzeczywistość, nawet najbardziej ekstremalna, nie zabije naszej miłości, jeśli postanowimy ją ocalić.
Czekam na kolejny sezon telewizyjnego serialu, ale to, co mnie naprawdę urzekło, to powieść. Ja jeszcze do tej szafy wrócę, żeby odkryć na nowo wszystkie jej zakamarki…

Niedzielnie…

Nie bójcie się ludzi! (…). Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach (…). Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.  (Mt 10, 26 – 31).

Ten czerwiec jest dla mnie chyba najtrudniejszym czerwcem, jaki pamiętam. Nie mogę robić tego, czego kocham najbardziej: teatru. Musiałam zrezygnować z pięknych planów, jakie miałam nie tylko na ten miesiąc, ale na całą wiosnę 2020. Tęsknię za moją młodzieżą. Epidemia trwa i ciągle trzyma nas w niepewności. W Kotlinie Kłodzkiej od dwóch dni zagrożenie powodziowe. Tymczasem Jezus przemawia do mnie dzisiaj z czułością. Daje po raz kolejny nadzieję: mnie i tobie.
Słyszę: nie bój się, skoro nawet wróbel jest dla mnie ważny, to tym bardziej ty i twoje życie. To, co Bóg mówi do mnie w ciszy, mam rozgłaszać dalej. Mam dzielić się z innymi słowem nadziei, chociaż czasami tak bardzo mi jej brakuje. Bo Bóg mówi ważne słowa: „kocham cię, człowieku”. „Jestem przy tobie”. „Nie zostawię cię samego z twoim lękiem i niepewnością jutra”. „Jesteś dla mnie ważny, tak ważny, że oddałem za ciebie życie.”
Bóg mówi do mnie i do ciebie nawet W CIEMNOŚCI, a więc wtedy, kiedy rozsypuje się nam nasz własny, pracowicie zbudowany świat. Może właśnie wtedy mówi najbardziej… Może właśnie wtedy mówi to, co najważniejsze: zaufaj Mi, Ja cię przeprowadzę prze tę ciemność.

czwartek, 11 czerwca 2020




Mówienie prozą…

CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI PANDEMICZNE. Niewypita herbata i igła w stogu siana czyli medytacje o Siostrze Julii

Może zostałaby matką generalną. Albo wspaniale rozwinęła działalność w Zakładzie Specjalnym „Caritas” w Kielcach, Broniszewicach czy Mielżynie… A może zostałaby uwielbianą przez dzieci katechetką. Może nawet mnie by się jeszcze udało ją spotkać jako stuletnią staruszkę…
- Siostro Julio, zrobić siostrze herbatę? – zapytałabym tak zwyczajnie, bez naznaczonego beatyfikacją patosu, jak się pyta każdą starszą siostrę. I może przez chwilę bym posiedziała, w małym pokoiku pachnącym lekami, żeby wysłuchać kolejnej opowieści z czasów wojny i przedwojny… Może zasnęłaby w połowie swojej historii, nie do końca zrozumiałej dla kilkadziesiąt lat młodszej postulantki, zanurzając się w świat ze starych, wyblakłych fotografii, który przeminął wraz z wrześniowym warkotem niemieckich bombowców i odgłosem ciężkich butów sowieckich żołnierzy…
Nie wypiłyśmy tej herbaty. Nie miałam okazji siedzieć z głową opartą na poręczy jej fotela. Siostra Julia Rodzińska wybrała coś zupełnie innego. Po ludzku – śmierć. W perspektywie wieczności – życie, którego nikt już nie jest w stanie odebrać. Po ludzku – bezsensowne pójście do umierających na tyfus, którym i tak nie można było pomóc. W perspektywie wieczności – wskazanie im drogi do wolności. Drogi naznaczonej miłością. Siostra Julia zmarła w lutym 1945 w obozie koncentracyjnym Stutthof. Tuż przed zakończeniem wojny. Została włączona przez Jana Pawła II do grona Męczenników II wojny Światowej. Wspomnienie tych błogosławionych wypada właśnie dzisiaj: 12 czerwca. Siostra Julia jest idealną patronką naszego pandemicznego strachu i niepewności. Zdecydowała się być przy tych, którzy też odczuwali paraliżujący lęk, a do tego jeszcze przerażającą samotność, skazani na powolną śmierć z głodu, wycieńczenia i gorączki w baraku zwanym umieralnią. I niektórzy wyzdrowieli. Dzięki Siostrze Julii odzyskali nadzieję i wolę życia…
- Oni już niczego nie potrzebują – mówi jedna z bohaterek mojej powieści o siostrze Julii Niebo w kolorze popiołu, współwięźniarka obozu koncentracyjnego w Stutthofie, kiedy dowiaduje się, że ta zamierza iść do „umieralni”.
- Nieprawda. Potrzebują nadziei. Potrzebują uwierzyć, że jest coś więcej niż brudny materac i nicość – odpowiada siostra Julia i idzie na pewną śmierć, wyposażona tylko w różaniec i blaszany kubek z wodą. A może nawet i bez tego, bo w końcowej fazie istnienia obozu brakowało dosłownie wszystkiego. Zaniosła tam siebie samą. Na wieczne nieoddanie. Oto co uczyniłam, sługa pokorna: wszystko złożyłam na ofiarę Bogu żywemu, a gdy już mi nic nie pozostało, siebie samą złożyłam w darze – głosi wzruszająca antyfona na wspomnienie świętej Łucji, młodej męczennicy z zupełnie innych czasów. Te słowa mogłyby równie dobrze dotyczyć siostry Julii.
Nie mam pojęcia, czy akurat tak wyglądała rozmowa siostry Julii z więźniarką. Może zupełnie inaczej, a może wcale jej nie było. Może siostra Julia wymknęła się ze swojego bloku o świcie, bez pożegnania, żeby nikt jej nie zatrzymywał. Nie pozostawiła po sobie żadnych wspomnień, zapisków, nawet listów. Wszystko pochłonęła wojna. A może sama siostra Julia zadbała o to, żeby nie ocalały żadne materialne ślady jej obecności na tym świecie. Bo miłość się nie narzuca. Wymyka się niepostrzeżenie, o świcie, żeby czuwać z różańcem przy umierającym. Uśmiecha się przez łzy. Oddaje ostatni kawałek chleba komuś bardziej głodnemu. Wie, kiedy przytrzymać dłoń kogoś, kto z rozpaczy chce się rzucić na druty, w taki sposób, żeby odzyskał chęć do życia. Klęczy na drewnianej pryczy, a wraz z nią tłum więźniarek, i nie zrywa się, spłoszona, gdy do baraku wbiega rozwścieczona funkcyjna…
Ktoś mnie niedawno zapytał, dlaczego o Maksymilianie Kolbe słyszał cały świat, a o siostrze Julii prawie nikt. Nie wiem. Może dlatego, że jedni święci są po to, żeby wykrzyczeć dobro, pokazać, że jest go więcej niż myślimy, a inni po to, żeby przejść przez życie w ciszy, zostawiając po sobie tylko blaszany kubek. I kogoś niespodziewanie ocalonego, dla kogo ten kubek stał się symbolem nadziei, jak miedziany wąż dla Izraelitów na pustyni. Bo kiedy siostra Julia podała mu w nim odrobinę wody z roztopionego śniegu, odzyskał poczucie godności i uwierzył, że warto żyć.
Pewien mój znajomy jest zafascynowany postacią Clausa von Stauffenberga, oficera Wehrmachtu, który zorganizował zamach na Hitlera. Zamach dla Stauffenberga skończył się tragicznie, a Hitler przez kilka kolejnych lat miał się całkiem dobrze. Jak cała III Rzesza. Zło wydawało się niezniszczalne. Spytałam znajomego, czy warto było. I jakie to miało znaczenie w kraju, gdzie prawie wszyscy stali po tej drugiej stronie… Tak – powiedział – To była igła w stogu siana. Ale nas interesuje przecież IGŁA, a nie SIANO.
I może to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego dobro jest tak mało widoczne. Dlaczego, po ludzku patrząc, wypada jakoś blado przy krzykliwym, jaskrawym i błyszczącym jak reklamowa ulotka złu. Dlaczego wydaje się, że tak łatwo je stłamsić. Bo dobro umie sięgać wzrokiem daleko, za horyzont. Tam, gdzie jest to, co niezniszczalne. I kiedy kopka siana spłonie, ta mała, stalowa igła pozostanie. Ogień ją tylko zahartuje.
PS. Wierzę, że tę herbatę jednak z siostrą Julią wypijemy. Za Horyzontem.




Powiew COOL - tury

Nieupieczone bułki i wędrówka do własnego serca
(Henryka Paśnik, ks. Arkadiusz Paśnik, Obietnica, Edycja Świętego Pawła, 2014)

Znów zasypiam, śnię głód, którego „tam” doświadczyłam. Przybiera on postać szkaradnych zwierząt, które przeraźliwie wyją. Skradają się jak głodne hieny i krążą wokół, zamykając mnie w śmiertelnym kręgu (…). Już nie zasnę tej nocy. Będę do świtu palić światło, będę czytać, będę się modlić. Będę złościć się na samą siebie, że po sześćdziesięciu latach wciąż boję się ciemności – pierwsze akapity książki ks. Arkadiusza Paśnika i jego babci, Henryki Paśnik, Obietnica porywają czytelnika w niezwykłą podróż. Jest to wędrówka w czasie, przestrzeni, ale też ta najtrudniejsza: w głąb siebie. Bohaterka Obietnicy musiała raz jeszcze wrócić do traumatycznych przeżyć z młodości. Stanąć oko w oko z własnym strachem. A ja od razu zadaję sobie pytanie: z czym ja muszę się zmierzyć? Co jest moją „hieną”, która nie pozwala mi zasnąć? Czego się boję? W jaką podróż muszę wyruszyć, żeby ten lęk pokonać?
Bardzo byłam ciekawa tej lektury – nie dość, że autorem jest ksiądz (a nie mamy do czynienia z dziełem teologicznym), to jeszcze książka została wydana w „mojej” Edycji Świętego Pawła. Wydawnictwie, które – nie ukrywam - bardzo lubię. W dodatku niedawno czytałam sagę Marii Paszyńskiej Owoc granatu – powieść, która mnie zachwyciła, a porusza dokładnie tę samą tematykę. Od razu w mojej głowie „uruchamiają” się oczywiście też takie tytuły jak Inny świat Gustawa Herlinga – Grudzińskiego czy – wspomniany zresztą przez Paśnika – Archipelag Gułag Aleksandra Sołżenicyna.
Do jakiego gatunku literackiego mogłabym zaklasyfikować Obietnicę? Trudno mi powiedzieć. Styl autorów przypomina momentami prozę poetycką (pociąg „śpiewa”, czas „leniwie kapie minutami”), czasem zwięzły, plastyczny reportaż, ale w tekście są także elementy dziennika, listy i krótkie noty biograficzne. Można więc Obietnicę zaklasyfikować do literatury faktu. Opowiada o przeżyciach babci autora, Henryki Paśnik, z domu Świderskiej, która w wieku zaledwie 16 lat wraz z rodziną została zesłana na Syberię z rodzinnej wsi Andrzejówka na Wołyniu. Nie zdążyła nawet upiec bułek dla mamy, która akurat pojechała w odwiedziny do najstarszej córki. I wtedy właśnie przyszli ONI. Rodzina Świderskich miała 45 minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Nieludzka podróż trwała kilka miesięcy. Czekanie na przesiadki przeciągało się do trzech tygodni, często na mrozie i śniegu. Matka po powrocie nie zastała już nikogo… Obietnica jest tak naprawdę dwugłosem: dialogiem babci – bohaterki reportażu – i wnuka, jego autora. Jest także „rozmową” dwóch epok: okrutnej rzeczywistości sprzed siedemdziesięciu lat i współczesności. Z pozoru bardzo odległych. Czy na pewno? Opis Moskwy A.D. 2013 z ulicznymi kuglarzami w roli Lenina i Stalina jako turystycznej atrakcji pozostawia wiele wątpliwości…
Pierwsza część tekstu to wspomnienia Henryki: zwięzłe, mocne, wstrząsające. Opisuje przerażające warunki, jakie panowały w bydlęcych wagonach. Skalę głodu, która każe człowiekowi jeść dosłownie wszystko. Matkę, której zmarło w drodze niemowlę i nie chciała wyrzucić ciała dziecka z wagonu. Inną matkę, której w łagrowej lepiance zmarła córka i wsadziła dziewczynę do kotła z wrzącą wodą, powtarzając w obłąkańczym zwidzie, że trzeba ją tylko trochę ogrzać… Bohaterkę trzyma przy życiu poczucie odpowiedzialności za młodsze rodzeństwo, którym się musi opiekować. Syberia staje się miejscem, gdzie Henia przeżywa najpiękniejsze lata młodości. Widzi bestialstwo Sowietów, ludzi traktowanych jak rzeczy, śmierć przyjaciół, wreszcie także śmierć ojca, któremu obiecuje nad mogiłą, że po niego wróci – stąd tytuł wspomnień. Nie było jej dane. Tytułowej obietnicy może dotrzymać dopiero wnuk Henryki: ksiądz Paśnik. Ale Henryka przeżywa też w syberyjskim piekle to, co powoduje, że ma siłę żyć i nie traci nadziei: zakochuje się w Grigoriju Oganisjanie, Armeńczyku zesłanym z rodziną do Kazachstanu. Są równolatkami. Szybko biorą ślub, oczywiście cywilny, bo nie ma tam żadnego księdza. Szczęście nie trwa długo - Henryka ma wybór: wrócić do Polski bez ukochanego albo zostać na zawsze w Kazachstanie, narażając siebie i dziecko, które ma się narodzić, na fatalne warunki życia i niedożywienie. I wiedząc, że już nigdy nie zobaczy kraju. Wybiera powrót do ojczyzny…
Kiedy czytam takie opowieści, to zawsze się zastanawiam, co ja bym wybrała. Wojna to czas, kiedy żadna decyzja nie jest dobra. Każda pozostawia jakiś ból i stratę.
Ale to jeszcze nie koniec tej historii. Jej druga część to zupełnie inna podróż: wnuka Henryki. Jedzie kilka tysięcy kilometrów, żeby spełnić obietnicę swojej babci i dowiedzieć się, jakie były dalsze losy Grigorija. Ta sama trasa. Też pociąg, który podobnie trzęsie i „śpiewa” jak kilkadziesiąt lat temu. Nawet tory w Rosji szersze – jak wtedy. Tyle że wagony nie bydlęce, a sypialne. Że pasażer jest podróżnym, a nie więźniem. I ma zapas chleba, którego mu nie zabraknie… Ta druga podróż – podróż wnuka – jest wędrówką do własnego serca. Poszukiwaniem tożsamości. Spotkaniem z tymi, którzy są już po drugiej stronie życia. Obietnica Paśników byłaby niepełna bez tej drugiej, współczesnej części, która pokazuje wstrząsającą opowieść o Sybirakach z innej, duchowej perspektywy.
Obietnica to książka, którą się pochłania błyskawicznie ze względu na wartki, plastyczny styl narracji. Ale długo zostaje w sercu. Pozostawia czytelnika nienasyconego, oszołomionego, z mnóstwem pytań, które można powtórzyć za autorami wspomnień: jaki jest sens cierpienia? Dlaczego niektórzy ludzie ocaleli – czy właśnie po to, żeby złożyć świadectwo? Czy wojna ma swój koniec w psychice tych, którzy przeżyli? Czy należy domagać się bezdusznej sprawiedliwości? Dzielić ludzi na Kainów i Ablów? Co zrobić z pamięcią, która ciągle daje znać o sobie?
Ciekawe są też refleksje autora dotyczące jednostkowego losu w bezdusznych trybach historii: Gdybam sobie. Jeśli nie wywieźliby babci do Kazachstanu, nie poznałaby mojego dziadka Grigorija Oganisjana, który również dzielił los zesłańca, przesiedleńca z Armenii. Wówczas nie byłoby mojej mamy. Jeśli nie byłoby mojej mamy, nie byłoby i mnie. Gdyby nie wywieźli babci z Wołynia w 1940 roku na Sybir i do Kazachstanu, co stałoby się  z nią i całą rodziną podczas rzezi wołyńskiej w 1943 roku?
Warto wyruszyć w drogę z księdzem Paśnikiem i odnaleźć w tej książce cień własnej opowieści. Bardzo polecam!




Świątecznie...


BOŻE CIAŁO

Twoja cześć chwała
wypływa z kościoła
cała w kolorowych dzwonkach
płatkach kwiatów tańczących jak motyle

Twoja cześć chwała
jest dziewczynką
o cienkich warkoczykach
i oczach które jeszcze umieją się dziwić
Twoja cześć chwała
idzie rozgrzaną ulicą
mija zamknięte sklepy
samochody przysypane czerwcowym pyłem
puste liceum
które wypuściło przez otwarte okna
kolejny rok szkolny
a razem z rokiem szkolnym
duże dziewczynki
o oczach w których umarło zdziwienie
dziewczynki które już nie sypią kwiatów

Twoja cześć chwała
jest samotną kobietą
z dzieckiem
które krzyczy
z rozpaczy
bo nie ma smoczka
lodów
taty

Twoja cześć chwała
śpiewa i dzwoni
ludziom chowającym się
w bramach
z podkulonymi ogonami niewiary

Twoja cześć chwała
jest starcem
na którego nikt nie zwraca uwagi
z bólem zginającym kark
prawie do ziemi
przed małym krążkiem
niebiańskiej bieli

A czas zastyga
dzwoni i śpiewa
piosenkę o miłości
co wyszła na ulicę
szukać człowieka

(Kłodzko, 20. 06. 2019)


środa, 10 czerwca 2020



Mówienie prozą…

CZAS NIEOKREŚLONY – ZAPISKI PANDEMICZNE. Koronamatura

Przyszło mi siedzieć na rozszerzonym polskim w nie swojej szkole. Oczywiście po przepisowej dezynfekcji rąk, w ciasnej maseczce i denerwujących mnie niemiłosiernie rękawiczkach, które mi od razu popękały. Nie byłabym jednak sobą, gdybym przejmowała się takimi drobiazgami i nie zainteresowała się tematem, a później także nie zrobiła małego wywiadu środowiskowego wśród maturzystów…
Temat wymarzony: fragment eseju Bożeny Chrząstowskiej Prawda i „zmyślenie” literackie. Trzeba się ustosunkować do problematyki tekstu. Wyobraźnia zaczyna mi dryfować w stronę Szekspira, Goethego, narodowych wieszczów, a potem puszcza się galopem w świat Witkacego. Gombrowicza, Schulza, Mrożka…
Oczami wyobraźni widziałam już wyspę Prospera z Burzy Szekspira, Noc Walpurgii w Fauście, Świteziankę uwodzącą Młodzieńca i topiącą go podstępnie w odmętach jeziora Świteź. Fantastyczne zakamarki przypominające portal do alternatywnego, fascynującego świata w Sklepach cynamonowych Schulza. Tygrysa w wannie w Męczeństwie Piotra Oheya Mrożka… Zobaczyłam świat, w którym zamieszkałam jeszcze jako dziecko. Świat, który mnie ukształtował. Świat, który stał się moim drugim domem…
O czym tymczasem pisali abiturienci? No cóż. Królował Wiedźmin i Harry Potter. Jedna młoda dama wspomniała o Igrzyskach śmierci. Kilka osób o obejrzanych filmach, przywołując ich fabułę w sposób dość przypadkowy, czasem nawet bez podania tytułu, bo nie pamiętali. Jeden młodzieniec – uwaga! – o Spidermanie. W technikum. Dwudziestolatek! Dodajmy, że jeśli gdzieś pojawiła się (epizodycznie) Lalka, to z określeniem: „KSIĄŻKA Bolesława Prusa”. Jak gdyby pojęcie powieści było jakimś egzotycznym wyrazem zapożyczonym z języka suahili i nieznanym powszechnie w naszym kręgu kulturowym.  
Wiedźmina jeszcze mogę im wybaczyć. Zakochałam się w prozie Sapkowskiego dwa lata temu za sprawą mojego ucznia. Piękne pole do popisu: Cintra, Nilfgaard, świat elfów, driad, potworów – całe to zróżnicowane „sapkowskie” uniwersum! A do tego jeszcze wycieczki w czasie i przestrzeni, kilka poziomów fabuły, nawiązania do innych utworów literackich zgrabnie wplecione w narrację. Balsam dla czytelniczej duszy. Szkoda tylko, że maturzyści (przynajmniej na moim egzaminie) wybrali trzy postacie: Wiedźmina, Yennefer i Ciri, i właściwie je tylko wymienili, opatrując każdą z nich zdawkowym komentarzem. Ktoś tam jeszcze nawiązał do serii gier komputerowych o bohaterze Sapkowskiego.
Przeraziło mnie ubóstwo wiedzy humanistycznej maturzystów, którzy przecież zdecydowali się na ROZSZERZONY polski. Bo prawdopodobnie ta opcja wydawała się najprostsza. Bo nie mieli innego pomysłu. Bo zabrakło czegoś, co jest siłą napędową życia, KAŻDEGO życia: pasji.
I pewnie z tą smutną refleksją zakończyłabym ten dzień, gdyby nie moi maturzyści z grupy teatralnej Dzikie Koty. Kiedy rozmawiałam z nimi wieczorem, to byli szczęśliwi z powodu tematu, jaki pojawił się na podstawowym polskim: „Jak wprowadzenie elementów fantastycznych do utworu wpływa na przesłanie tego utworu? Rozważ problem i uzasadnij swoje zdanie, odwołując się do podanych fragmentów Wesela, do całego dramatu Stanisława Wyspiańskiego oraz do wybranego tekstu kultury.” Cieszyli się, bo pamiętali całe frazy z utworów Mickiewicza dzięki Balladzie o Mistrzu i Wesela - dzięki adaptacji tego dramatu. Pewien absolwent, a mój dawny aktor, stwierdził, że ja chyba mam „wejścia” w CKE. Na dobranoc otrzymałam jeszcze wiadomość na Messengerze od Radczyni z naszego Wesela: „SIOSTRO!!! Ja muszę siostrze podziękować, bo na maturze z polskiego była rozprawka z Wyspiańskiego i zadanie z Pana Tadeusza… Dzięki przedstawieniom wiedziałam, o czym jest Wesele, i myślę, że rozprawka wyszła mi nawet dobrze… Tak więc siostra jest moją bohaterką od dzisiaj. DZIĘKUJĘ!!!”.
I to są właśnie te momenty, które mi nie pozwalają tracić nadziei. Każą wierzyć w młodzież. I w sens tego, co wspólnie robimy. Warto żyć, tworzyć i nie dać się pandemicznej chandrze. Moi aktorzy uczą się poprzez działanie i PRZEŻYWAJĄ to, nad czym pracujemy. Zostaje to wszystko potem nie tylko w ich umysłach, ale przede wszystkim w sercu. A to przecież jest najpiękniejsza nagroda dla mnie - jako reżysera i pedagoga.