Świątecznie...
Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. (Łk 2, 19)
Na ulicach mojego rodzinnego Krakowa, w którym właśnie przebywam, cisza i pustka. Miasto zamilkło po sylwestrowych szaleństwach. Tu i ówdzie walają się butelki, szczątki petard, rozbite szkło... Wczoraj, kiedy wracałam z mamą w nocy po mszy u franciszkanów, ulice były zaludnione młodymi ludźmi. Pijanymi i bardzo, bardzo smutnymi.
Dzisiaj cisza. Cisza niespełnienia. Cisza samotności. Cisza ciężkich od niewyspania powiek, bolącej głowy, zmęczenia, a nierzadko alkoholowego zatrucia i moralnego kaca. Oczywiście nie twierdzę, że KAŻDA sylwestrowa zabawa jest kwintesencją wszelkiego zła tego świata i darmowym biletem do piekła. Może być fantastyczną okazją do spotkania. Radości bycia razem. Odświeżenia starych znajomości i zawarcia nowych. Budowania relacji. Wszystko zależy od tego, jak ją przeżywamy. Ale nie o tym dzisiaj.
Dzisiaj o noworocznej ciszy.
Patronka Nowego Roku, Maryja, uczy innej ciszy niż ta, która panuje dzisiaj na ulicach mojego miasta: ciszy wypełnionej sensem, miłością, zasłuchaniem w to, co ma do powiedzenia Bóg, zachwytem nad cudami, jakich Bóg dokonał w Jej życiu.
On może dokonać cudów w każdym życiu - również moim i Twoim.
Czy odważysz się wejść w tę ciszę razem z Maryją i przywitać Nowy Rok z zachwytem?
Co w tym blogu znajdziecie? Ewangelię, literaturę, teatr, trochę poezji, trochę obserwacji życia. Po prostu wszystko, co kocham.
środa, 1 stycznia 2020
czwartek, 26 grudnia 2019
COOL - turalnie
Sikanie
pod wiatr czyli nie da się być neutralnym.
Wiedźmin Andrzeja Sapkowskiego
W pewne piękne wakacje,
za namową pewnego licealisty, dokonałam rzeczy, która jeszcze kilka miesięcy wcześniej
wydawałaby mi się nie do zrobienia. Mianowicie przeczytałam pięć tomów sagi o Wiedźminie
Andrzeja Sapkowskiego: Krew elfów, Czas pogardy, Chrzest ognia, Wieża Jaskółki
i Pani Jeziora. Potem sięgnęłam
również po dopełniające fabułę opowiadania.
I co? Ano któregoś sierpniowego
poranka przyśniło mi się, że ścigał mnie Vilgefortz i obudziłam się z ulgą u
mojej mamy w Krakowie… A to oznacza, że
powieść stała się częścią mojego świata, że w niej się zadomowiłam. Polubiłam
bohaterów, z niektórymi się nawet zaprzyjaźniłam i będę za nimi tęsknić. I
zdarzy mi się zapewne powiedzieć, kiedy ktoś ze znajomych ulegnie jakimś
złudzeniom: „Mylisz niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu”. I
może nieraz, stojąc nad jakimś jeziorem, będę się zastanawiać, czy gdzieś nie
ma magicznego portalu, który mnie przeniesie do Krainy Elfów. Bo ciągle we mnie
drzemie mała dziewczynka szukająca niezwykłości w zwyczajnym życiu. Tęskniąca
za przygodą. Misją. Wyzwaniem… I życie – również zakonne - tych przygód, wyzwań
i misji mi nie szczędzi, jednak literatura potrafi to pokazać w sposób
symboliczny. Tak piękny, że aż zapiera dech i chciałoby się, żeby taki świat
istniał naprawdę.
A może jednak nie. Bo
przesłanie Wiedźmina jest gorzkie i w
gruncie rzeczy bardzo smutne. Dobro nie zwycięża. Zostaje stłamszone, wyplute,
wyrzucone na obrzeża okrutnego świata przez tych, którzy dzielą swoje wpływy i
kalkulują, co przyniesie im korzyść. Bohaterowie: Geralt, jego ukochana
Yennefer i Ciri, zwana Lwiątkiem z Cintry, Dziecko – Niespodzianka o
nadludzkiej mocy, nie pasują do systemu. Chcą być wolni. Trzeba ich więc
zniszczyć… Skoro już jesteśmy przy
gatunku fantasy, wobec którego do tej pory byłam ostrożna, „Opowieści z Narnii”
(uwielbiam!) i „Władca Pierścieni” mają jednak dużo bardziej budujące
przesłanie.
Mimo to polecam
„Wiedźmina”. Bo jest to opowieść o tym, że nie warto iść na kompromis. Nawet za
cenę życia. Że nie da się być neutralnym (co zawsze deklarował Geralt), jeśli się
kocha. Że prawdziwy przyjaciel nie zawaha się pójść za tobą wszędzie, a
zwłaszcza tam, gdzie mogą cię zarąbać. Tak więc w świecie zła, które się wydaje
niezwyciężone, istnieje coś takiego jak miłość, przyjaźń, honor, poświęcenie.
Czyli - jak by to ujął Geralt - sikanie pod wiatr.
Oczywiście mnie jako
polonistkę urzeka również robota literacka powieści. Przede wszystkim barwne,
dobrze zarysowane postacie. Świetnie opisany świat przedstawiony (wyobraźnia
autora mnie powala!). Znakomite, soczyste dialogi i FASCYNUJĄCA konstrukcja
fabularna. Ciekawe nawiązania do Biblii, różnego rodzaju mitów i utworów
literackich, tradycji kultury. Zręczne, brawurowe przechodzenie od narracji
właściwej do retrospekcji czy opisu wydarzeń z przyszłości. Cudowna wędrówka
przez miejsca i czasy.
Jest w tej książce
wszystko, czego oczekuję od literatury i sztuki: wzruszenie, obraz
przemawiający do wyobraźni, refleksja. Kiedy się coś takiego kończy czytać, to
nagle nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Najlepiej wyruszyć na poszukiwanie Wieży
Jaskółki…
Świątecznie…
BETLEJEM
noc była szara
bez gwiazd i kolęd
bo kolęd jeszcze nie wymyślono
w gospodzie w której nie było miejsca
śmierdziało potem
i tanim winem
ludzie wlekli za sobą jak łańcuch
przymusową podróż
i padali wycieńczeni
na podłogę
a Ja przyszedłem
wzięła mnie w ramiona moja matka
o oczach małej dziewczynki
przedwcześnie dorosłej
a Ja przyszedłem
tej nocy urodziło się dużo
takich samych dzieci
miały bezzębne usta
wykrzywione bólem
niespodziewanego istnienia
a Ja przyszedłem
w ludzkim ciele
podatnym na zranienie
katar
bezsenność
głód
wydalanie
i jeszcze to najbardziej
niezrozumiałe
u Boga który przecież może wszystko
łzy
tej nocy urodziło się dużo dzieci
i nikt im nie śpiewał kolęd
tylko anioł przycupnął
u wejścia do stajni
ale nikt go nie rozpoznał
bo zamienił się w świt
(Kłodzko, 26. 12. 2019)
Mówienie
prozą…
WOJENNA
WIGILIA
Gęsta zawieja
przysłoniła niebo nad Wilnem i nie było widać pierwszej gwiazdki. Okna domów i
kamienic rozjaśniały jednak choinkowe świeczki, a po wyludnionych ulicach snuła
się bezdomna pastorałka, wygłodzona, wiatrem podszyta, osierocona, uciekająca
przed wojną.
Leżysz, Jezuniu, i
drżysz tutaj z chłodu.
Nie było w żadnej
gospodzie posłania…
-
zaintonowała
siostra Julia. Siostry oraz Zosia podchwyciły pieśń, głosem z początku łamiącym
się i niepewnym, ale po chwili coraz mocniejszym:
A my tu w Polsce umieramy
z głodu,
Od bomb, łapanek,
tortur, na zesłaniach.
Była w tym śpiewaniu
tęsknota za dawnymi Wiliami w klasztorze i sierocińcu, pełnymi beztroskiego
śmiechu, drobnych, ręcznie wykonanych upominków i choinkowych ozdób, z
uroczyście odczytywaną Ewangelią, ciągle tą samą, piękną w swojej
przewidywalności: o spisie ludności, drzwiach zamkniętych przed parą Przybyszów
w potrzebie i prostych pasterzach, którzy jako jedyni byli zdolni usłyszeć w
wyciu zimnego wiatru anielskie śpiewy…
Leć, kolędo, ach, leć
do ojczyzny,
Otrzyj jej z oczu łzy,
ucałuj blizny.
Utul do snu jak dziecko
płaczące
Ukołysz naród o
wolności śniący…
Siostra Julia myślała o
tłumach przybyszów z Generalnej Guberni – polskich oficerach walk wrześniowych,
których jedyną winą było wypełnienie obowiązku obrony kraju, i ludności
cywilnej, która zawiniła tym, że miała zbyt ciemne oczy i deklarowała swą wiarę
w Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba… Wszyscy oni przymierali głodem, a drzwi
wileńskich domów były dla nich na ogół zamknięte.
Myślała o dzieciach z
sierocińca, którym odebrano radość i zastąpiono ją jazgotliwą propagandą. Czy
pozwalają im śpiewać kolędy?
Myślała o Janeczce,
Ludwiku, Marianie. Czy jeszcze mają gdzie się łamać opłatkiem?
Siostra Gemma myślała o
swoich bliskich. Daleko, w Krakowie. I o małej Salci, która krzyczała, kiedy ją
siłą zabierali pod swoją opiekę litewscy wychowawcy.
Leżysz, Jezuniu,
patrzysz na tę ziemię.
Drżysz już nie z zimna,
lecz z niezrozumienia…
Zosia myślała o
Bogusiu, samotnym i pozbawionym domu jak ona. Ale ona przynajmniej ma przy
sobie tych, których kocha.
Pastorałka popłynęła
przez izbę wspólną, wymknęła się przez uchylony lufcik w oknie na ulicę i
prześlizgnęła się między dachami kamienic do tych, którzy płakali z braku
miejsca, chleba, ciepła, najbliższych.
I płaczesz, widząc
nasze ludzkie plemię
W tej nienawiści, w
ogromie cierpienia.
-
zaśpiewały
cichutkim głosikiem, prawie szeptem dzieci w sypialni na Witebskiej, bo im
kazano dzisiaj wcześniej iść do łóżek i w zamian za Boże Narodzenie („którego w
Republice Rad się nie świętuje, bo żaden bóg się nigdy nie narodził”) obiecano
zabawę noworoczną ze specjalnymi gośćmi: Dziadkiem Mrozem i Śnieżynką. Nikt się
jednak tym nie cieszył.
Leć, kolędo, ach, leć
do ojczyzny,
Otrzyj jej z oczu łzy,
ucałuj blizny…
–
Basia wyciągnęła z kieszeni kromkę chleba, którą udało jej się ukradkiem
schować podczas kolacji.
- To zamiast opłatka.
Żeby siostra Julia do nas wróciła… Żeby było tak jak dawniej – powiedziała
Basia, dzieląc chleb na malutkie, równe kawałeczki.
Kolęda pomknęła na
ulicę Zarzeczną i zajrzała do okna jednej z kamienic.
Utul
do snu jak dziecko płaczące – zaczął kolędę
zdumiewająco odważnym głosem Stefan. Boguś nie mógł się nadziwić, skąd ten
mrukliwy chłopak, który unikał jego towarzystwa jak ognia, rzadko pojawiał się
w domu i jeszcze rzadziej się uśmiechał, ma w sobie tyle zapału.
Ukołysz
naród o wolności śniący - w niebieskich oczach Stefana
płonął ogień.
Kolęda ruszyła w dalszą
drogę, trzęsąc się z zimna na mrozie. Minęła patrole granatowej policji i przemykających
uliczkami tajniaków NKWD, i pobiegła opustoszałymi chodnikami prosto pod mury
Łukiszek.
A jednak, Jezu, dajesz
nam nadzieję,
Śmieszną, naiwną,
czasem wbrew wszystkiemu…
–
z
cel dobywał się mocny, zuchwały śpiew.
To, co kochamy, z Tobą
ocaleje,
I się przemieni w Boże
Narodzenie.
–
więźniowie umilkli, gdy usłyszeli serię z karabinu, jaka rozległa się gdzieś w
podziemiach, i jęki dochodzące z pokojów przesłuchań. Uklękli i przeżegnali się
w ciszy, próbując wierzyć, że Bóg mimo wszystko rodzi się ciągle na nowo.
W powietrze, drżące od
bezgłośnego śpiewu aniołów, uniosły się szepty tych, którzy składali sobie
dzisiejszej nocy życzenia:
-
Żeby za rok świętować w wolnej Polsce.
-
Żeby twój mąż się odnalazł.
-
Żeby mama i tata wrócili.
-
Żeby w Nowym Roku było co jeść.
-
Żebyśmy chodzili po ulicach bez strachu.
-
Żebyśmy znowu mieszkali we własnym domu…
A Dzieciątko płakało z
zimna, głodu i samotności. Płakało razem z głodnymi, spragnionymi, chorymi,
zamkniętymi w więzieniach, nagimi. Płakało nad tymi, którzy stracili domy, i
tymi, którzy opłakiwali bliskich. Płakało nad wywożonymi w nieznane i
rozstrzelanymi nocą w piwnicach. Płakało nad uchodźcami i nad tymi, którym nie
udało się uciec i wpadli w czerwone sidła NKWD. Płakało nad uwięzionym miastem,
jednym z wielu polskich miast, które spowiła noc zagłady.
(fragment mojej
powieści o bł. Siostrze Julii, która ukaże się w 2020 roku nakładem Edycji Św.
Pawła)
niedziela, 22 grudnia 2019
Powiew
COOL – tury
Teatr
nadziei.
(Wujek 81.Czarna ballada, reż. Robert Talarczyk, Teatr Śląski im.
Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, prapremiera: 16. 12. 2016; premiera w
Teatrze TV:16. 12. 2019)
Opowieść zaczyna się i
kończy przy rodzinnym stole. Początek spektaklu to radość z otrzymania
zagranicznej paczki: rzeczy, które dziś można kupić w pierwszej lepszej „Żabce”,
są wydobywane z czeluści kartonowego pudełka przez Babcię (znakomita Grażyna
Bułka!) niczym skarby. Rytuał otwierania paczki gromadzi całą rodzinę. Jednak w
scenie finałowej – Wigilii Bożego Narodzenia 1981 - widzimy same kobiety. Jest już
po wszystkim. Dokonała się śląska Apokalipsa. Pozostał ból i podskórne pytanie:
dlaczego?! To musiało być najtragiczniejsze i najbardziej niezrozumiałe Boże
Narodzenie w życiu tych ludzi.
Wujek
81. Czarna ballada w reżyserii Roberta Talarczyka, według
jego scenariusza i z jego (genialnymi!) tekstami piosenek nie jest rekonstrukcją
wydarzeń w kopalni Wujek w grudniu 1981. Jest ich poetycką transpozycją. Przypomina
bardziej koszmarny sen lub urywki dziecięcych wspomnień niż historyczną
inscenizację. Bo też z perspektywy dzieci jest opowiedziana, co tylko pogłębia
tragizm i okrutną niesprawiedliwość historii, która przenigdy nie powinna była
się wydarzyć… Głównymi bohaterami, pełniącymi podobną funkcję jak chór w
antycznej tragedii, jest czterech kilkunastoletnich chłopców: trzech synów
górnika i jeden syn milicjanta. Przyjaźń łącząca dwie strony „barykady”. Na przekór
całemu światu. Chłopcy są beztroscy niczym dzieci wszystkich epok i ta
beztroska kontrastuje z ponurymi okolicznościami stanu wojennego i strajku w
kopalni. Oglądają skrawek „Playboya”, na którym widnieje obficie wyposażona
przez naturę piękność. Jeden z chłopców wymienił gazetę z "cyckami" za zegarek
elektroniczny i oberwie od ojca, gdy sprawa się wyda. Wślizgują się – dzięki wszechmocy
taty – milicjanta – na film od osiemnastu lat, by po chwili o mały włos nie
dostać kulki od tego samego milicjanta… Za to, że pojawili się w złym czasie i
miejscu: na terenie objętej strajkiem okupacyjnym kopalni Wujek. Wreszcie: wdrapują
się na dach, by lepiej widzieć, co się dzieje w kopalni. Wkroczenie ZOMO i
śmierć dziewięciu górników urasta w ich oczach do baśniowej bitwy, która
rozgrywa się wszędzie i nigdzie.
Poza chłopcami, ich
rodzinami i górnikami są jeszcze w tym spektaklu dwie niezwykłe, alegoryczne
postacie: Barbórka o oczach pełnych niepokoju i mocnym, głębokim głosie Joanny
Kściuczyk – Jędrusik oraz charyzmatyczna Śmierć Anny Kadulskiej. Przejmująca jest
scena spotkania obu postaci. Zatrzymują się na ułamek sekundy i patrzą na
siebie, jak gdyby toczyły walkę. Barbórka ustępuje… komu? Śmierci? A może
historii? Ludzkiej głupocie? Bezduszności totalitarnego systemu? Kiedy do akcji
wkracza – a właściwie wyłania się z zapadni – ZOMO, Śmierć siada na ziemi i
przesypuje piasek – klepsydry? Areny, z której pozdrawiali cezara Idący na
Śmierć? Patrzy na nas, widzów, wzrokiem zimnym i przeraźliwie spokojnym. Jakby chciała
powiedzieć: „ty będziesz następny”.
I pomyślałam: co
pozostawię po sobie, gdy będę następna? Jakie przesłanie? Górnicy z „Wujka”
pozostawili odwagę. Solidarność. Przekonanie, że są sprawy, o których po prostu
trzeba pamiętać. Przyjaźń ze świętą Barbarą, będącą w samym centrum ich
ludzkich radości i kłopotów. Potrzebę pójścia do spowiedzi przed strajkiem, z
którego mieli nigdy nie wrócić. Przywiązanie do „gruby”, która była dla nich
jak matka. Czyli po prostu do swoich śląskich korzeni.
Bardzo ten spektakl
polecam. Mroczna historia opowiedziana w konwencji… musicalu, ze świetną muzyką
Hadriana Filipa Tabęckiego. Przeplatana mocnym, przyprawiającym o dreszcz
wzruszenia rapem śląskiego rapera Miuosha. Znakomite rozwiązania
inscenizacyjne, jak choćby moment, gdy jedna z postaci pisze na murze słowa „Czas
Apokalipsy”, po czym ustawia się kolejka do kina na ten kultowy film, a
następnie wkracza ZOMO i zaczyna się rzeczywista Apokalipsa… Albo rozmowa
telefoniczna jednego z górników (rewelacyjny Dariusz Chojnacki: prosty,
kopalniany robotnik, mający jednak w sobie coś z bezradnego chłopca – i ta
niejednoznaczność jest najciekawsza!) z żoną (wyrazista Barbara Lubos). Oboje siedzą
na krzesłach w dwóch umownych, zupełnie różnych miejscach. Patrzą w przestrzeń.
Nie ma aparatu i słuchawki. Jest za to narastające napięcie. Przeczuwamy, że
coś się stanie. „Aniu… chciałem ci tylko powiedzieć, że cię kocham”. Dla takich
momentów warto chodzić do teatru. Pokazują to, co między ludźmi najważniejsze:
relacje. A tego żadne ZOMO ani inne upiory historii nam nie odbiorą.
To, co od wielu lat
dzieje się w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, daje mi
nadzieję. Że zadaniem teatru jest inspirować do refleksji i wzruszać, a nie
deptać to, co w nas najpiękniejsze i najbardziej wrażliwe. Że na polskiej scenie
jeszcze można zobaczyć kreację, a nie dekonstrukcję. Porządną teatralną robotę,
a nie jakiś performance. Że jeszcze nic straconego.
Niedzielnie…
SPOWIEDŹ
ŚWIĘTEGO JÓZEFA
zakochałem
się w samo południe
nie
zdążyłem nawet
zwilżyć
spoconej twarzy
i
zmienić tuniki
zakochałem
się w samym środku pracy
we
włosach miałem jeszcze trociny
i
nie wiedziałem
co
zrobić z niezgrabnymi dłońmi
które
jeszcze pokrywał pył z heblowanych desek
zakochałem
się w kobiecie utkanej ze światła
niematerialnej
jak modlitwa
o
oczach jak Jezioro Galilejskie
zostań
moją żoną
powiedziałem
przytrzymując
jej dzban gdy czerpała wodę
nie
wiedziałem
że
to będą najsłynniejsze oświadczyny
w
historii ludzkości
gdybym
wiedział
może
bym wypuścił z rąk dzban
który
by się roztrzaskał z płaczem
o
spękaną ziemię
może
bym uciekł
z
tej opowieści
pozostawiając
osieroconą ludzkość
ale
zostałem
ze
swoim niezrozumieniem
gdy
w kobiecie utkanej ze światła
zaczęło
pęcznieć
nowe
obce
dla mnie
życie
gdy
w kobiecie utkanej ze światła
zaczęło
kiełkować zbawienie
(Kłodzko,
22. 12. 2019)
piątek, 20 grudnia 2019
Myśli
niedorzeczne…
DLACZEGO
ROBIĘ TAKIE SMUTNE JASEŁKA, W KTÓRYCH NIE MA „MAGII ŚWIĄT”?
Zaczął się sezon
jasełek. Facebook zalewają zdjęcia bajecznych dekoracji, w których królują
stajenki, gwiazdki, baranki, wycięte z papieru wzniosłe hasła oraz białe i
błękitne tiule udrapowane niczym kotary w pałacu Ludwika XIV. Wszystko to
bardzo pracochłonne. Z tiulów i papierowych gwiazdek wyłania się Maryja w
trochę za ciasnej komunijnej sukience. Z obowiązkowym mikrofonem w dłoni. Mówi
coś, czego nie rozumie ani widownia, ani ona sama. Potem wpadają diabełki z
papierowymi różkami. Takie nie do końca na serio, bo przecież ma być magicznie,
a nie prawdziwie. Z tyłu stoją - niczym kompania reprezentacyjna Wojska
Polskiego - anioły w adidasach i albach, z rozłożystymi bibułkowymi skrzydłami
albo i bez (w zależności od tego, czy pani od plastyki zdążyła te skrzydła
powycinać, czy też miała do przygotowania zaległą wystawę po konkursie
plastycznym o segregacji śmieci). Kiedy już wszyscy powiedzą, co mają powiedzieć,
a pan informatyk stoczy zwycięski bój z niedziałającym
Mikrofonem-Który-Przecież-Jest-Nowy-i-Miał-Działać, to szkolny chórek zaśpiewa
bez przekonania "Jest taki dzień" i... nareszcie! Koooniec!
I to wszystko? Rozejdziemy sie do domów, skazani na "Kevina", ewentualnie Netflixowego "Wiedźmina", kłótnie o nierozpakowaną zmywarkę i politykę, i samotność?
A może warto inaczej? Zmierzyć się z trudnym tematem... Dotknąć w spektaklu bożonarodzeniowym tego, co najbardziej wrażliwe, osobiste, podatne na zranienie... Zaryzykować. Podjąć opowieść o nas samych.
Tak zrobiłam w tym roku, tworząc z moją licealną grupą teatralną Dzikie Koty scenariusz, a potem spektakl "Siedmiu narodzeń" - siedmiu historii o ludziach, którzy wracają do odległych, ale bolących jak otwarta rana wspomnień z dzieciństwa. Po co? Żeby się z nimi zmierzyć, rozliczyć i nareszcie zacząć ŻYĆ. A Tym, kto im przynosi życie, jest Jezus - Dziecko, które przyszło na świat, żeby ocalić wszystkie niekochane dzieci. Również te dorosłe...
Mamy za sobą przedstawienie. Dużo wzruszeń, trochę gratulacji, kilka ciepłych słów ze strony uczniów i nauczycieli. Ale także takie głosy nauczycieli jak: "Dlaczego takie smutne te jasełka?"; "Mogłoby być coś radośniejszego"; "Trochę ciężkie".
Otóż, proszę państwa, nie!!! Nie mogłoby być radośniej i lżej. Stawiam na przesłanie. Zresztą, co to właściwie znaczy "coś radośniejszego"? Biblijna opowieść ubrana w bezpieczny schemat i ulotny zapach mandarynek? Co nam z tego pozostanie oprócz poczucia, że narodziny Jezusa to wydarzenie odległe, miłe jak bajka na dobranoc i mniej więcej w takim samym stopniu prawdopodobne?
Tymczasem Jezus narodził się w miejscu, gdzie na pewno nie było przyjemnie i jeśli w powietrzu unosił się jakiś zapach, to raczej zwierzęcych odchodów, a nie mandarynek. Bóg wszedł w naszą ludzką historię, nie bojąc się tego, że jest mało radosna, a nawet momentami ciężka.
Czy to znaczy, że teraz my, Jego uczniowie, mamy uprawiać kult cierpiętnictwa? Nic podobnego. Ale żeby świętować radość Jego narodzin, nie wolno uciekać od prawdy naszych ludzkich historii zanurzonych w mroku. Bo przecież właśnie "nad mieszkańcami krainy mroku zablysło światło". (Iz 9, 2).
Kochani katecheci, poloniści i inni jasełkowi reżyserzy - nie bójcie się przesłania. Że przecież "ma być miło". Że "za trudne dla dzieci". Że "młodzież nie zrozumie". Dzieci i młodzież lubią wyzwania. Zrozumieją aż za dobrze. Gwarantuję. I coś w nich z tego zostanie, a o to przecież nam chodzi, prawda?
Dołączam link do naszego przedstawienia. Teatr Dzikie Koty, Liceum im. Bolesława Chrobrego w Kłodzku, spektakl bożonarodzeniowy "Siedem narodzeń":
https://www.youtube.com/watch?v=vdfmhSuti7M&feature=share&fbclid=IwAR2kGgQsxrBXswYaS6OonfaKCM7nEnY8DwA8opHH2qoB4PP0_TyL5rEpOfo
I to wszystko? Rozejdziemy sie do domów, skazani na "Kevina", ewentualnie Netflixowego "Wiedźmina", kłótnie o nierozpakowaną zmywarkę i politykę, i samotność?
A może warto inaczej? Zmierzyć się z trudnym tematem... Dotknąć w spektaklu bożonarodzeniowym tego, co najbardziej wrażliwe, osobiste, podatne na zranienie... Zaryzykować. Podjąć opowieść o nas samych.
Tak zrobiłam w tym roku, tworząc z moją licealną grupą teatralną Dzikie Koty scenariusz, a potem spektakl "Siedmiu narodzeń" - siedmiu historii o ludziach, którzy wracają do odległych, ale bolących jak otwarta rana wspomnień z dzieciństwa. Po co? Żeby się z nimi zmierzyć, rozliczyć i nareszcie zacząć ŻYĆ. A Tym, kto im przynosi życie, jest Jezus - Dziecko, które przyszło na świat, żeby ocalić wszystkie niekochane dzieci. Również te dorosłe...
Mamy za sobą przedstawienie. Dużo wzruszeń, trochę gratulacji, kilka ciepłych słów ze strony uczniów i nauczycieli. Ale także takie głosy nauczycieli jak: "Dlaczego takie smutne te jasełka?"; "Mogłoby być coś radośniejszego"; "Trochę ciężkie".
Otóż, proszę państwa, nie!!! Nie mogłoby być radośniej i lżej. Stawiam na przesłanie. Zresztą, co to właściwie znaczy "coś radośniejszego"? Biblijna opowieść ubrana w bezpieczny schemat i ulotny zapach mandarynek? Co nam z tego pozostanie oprócz poczucia, że narodziny Jezusa to wydarzenie odległe, miłe jak bajka na dobranoc i mniej więcej w takim samym stopniu prawdopodobne?
Tymczasem Jezus narodził się w miejscu, gdzie na pewno nie było przyjemnie i jeśli w powietrzu unosił się jakiś zapach, to raczej zwierzęcych odchodów, a nie mandarynek. Bóg wszedł w naszą ludzką historię, nie bojąc się tego, że jest mało radosna, a nawet momentami ciężka.
Czy to znaczy, że teraz my, Jego uczniowie, mamy uprawiać kult cierpiętnictwa? Nic podobnego. Ale żeby świętować radość Jego narodzin, nie wolno uciekać od prawdy naszych ludzkich historii zanurzonych w mroku. Bo przecież właśnie "nad mieszkańcami krainy mroku zablysło światło". (Iz 9, 2).
Kochani katecheci, poloniści i inni jasełkowi reżyserzy - nie bójcie się przesłania. Że przecież "ma być miło". Że "za trudne dla dzieci". Że "młodzież nie zrozumie". Dzieci i młodzież lubią wyzwania. Zrozumieją aż za dobrze. Gwarantuję. I coś w nich z tego zostanie, a o to przecież nam chodzi, prawda?
Dołączam link do naszego przedstawienia. Teatr Dzikie Koty, Liceum im. Bolesława Chrobrego w Kłodzku, spektakl bożonarodzeniowy "Siedem narodzeń":
https://www.youtube.com/watch?v=vdfmhSuti7M&feature=share&fbclid=IwAR2kGgQsxrBXswYaS6OonfaKCM7nEnY8DwA8opHH2qoB4PP0_TyL5rEpOfo
Subskrybuj:
Posty (Atom)






