niedziela, 13 grudnia 2020


 

Niedzielnie…

Nie był on światłością, lecz został powołany, aby zaświadczyć o światłości. (J 1, 8)

Dzisiejsza Ewangelia to opowieść o Janie Chrzcicielu, który zapowiadał przyjście Zbawiciela. To opowieść o mnie i o tobie.

Szczególnie te słowa są dla mnie dzisiaj wstrząsające. Jestem jak knot niedogaszony o nikłym płomyku, o którym pisze ten sam Ewangelista: św. Jan, a dla kogoś mogę być inspiracją, żeby pójść za Chrystusem.

Bóg powołuje mnie ciągle na nowo: z moim pogmatwanym życiorysem, egoizmem, brakiem zaufania, lenistwem, i mówi: „właśnie ty masz pokazać innym Światło. Właśnie ty masz innym wskazać drogę do nadziei, która przetrwa wszystko. Właśnie ty masz pokazać innym, czym jest Moja miłość. Właśnie ty masz innych Mną zachwycić. Tak, ty!”

Panie Jezu, czy Ty się przypadkiem nie pomyliłeś?

On się nigdy nie myli. Ludzie bardzo często. Zawsze wtedy, gdy przestają Go słuchać.

sobota, 12 grudnia 2020


 

Powiew COOL - tury

Ewangelia nam komplikuje życie

(Roman Brandstaetter Dzień gniewu, reż Jacek Raginis – Królikiewicz, Teatr TVP 2019)

Jeśli akowcy czyhają na esesmana, żeby go całkiem słusznie sprzątnąć z tego świata, a ja kibicuję esesmanowi, to znaczy, że mam do czynienia ze znakomicie opowiedzianą historią i aktorem, który obronił postać. Pokazał jej nieoczywistość i ludzkie oblicze.

Czyżby jakiś thriller wojenny? Nie – „tylko” spektakl Teatru TV, Dzień gniewu Romana Brandstaettera w reżyserii Jacka Raginisa – Królikiewicza. Tylko i aż. Spektakl bez tak zwanych celebrytów, no, może Radosław Pazura i Daniel Olbrychski by się jeszcze w tej kategorii zmieścili. Bez efektów specjalnych. Dużo tekstu, w który się trzeba wsłuchać. Żadnego wątku miłosnego, jedynie relacja damsko – męska będąca przerażająco zimnym układem, który z miłością ma tyle wspólnego, co narodowy socjalizm ze sprawiedliwością społeczną. Żadnej strzelaniny, a przynajmniej nie na oczach widzów. A do tego jeszcze tekst pisarza, którego wrzucono w szufladkę „literatura religijna”.

A co się kryje w tym „aż”? Półtorej godziny na wstrzymanym oddechu. Wzruszenie. Napięcie. Ponadczasowość. Wreszcie, to, czego chyba najbardziej oczekujemy od literatury, teatru, w ogóle sztuki: odniesienie do własnego życia.

Siedziałam więc na wstrzymanym oddechu, wbita w fotel, oniemiała. A potem przyszła refleksja: Dzień gniewu to świetny seans na pandemiczny zastój. Ustawia do pionu. Pomaga sobie uświadomić jedną zasadniczą rzecz: TAMCI ludzie to dopiero mieli prawo pytać „kiedy to wreszcie się skończy?”. I nie otrzymywali łatwej odpowiedzi… Czasem nie otrzymywali jej wcale.

Dramat trochę przypomina średniowieczny moralitet, trochę antyczną tragedię, a trochę wojenną historię o pogmatwanych ludzkich losach, jakich wtedy działo się tysiące. A może dzieją się nadal? Oto do spokojnego na pozór klasztoru wdziera się nieludzki świat zza muru: ukrywający się Żyd, esesman, który regularnie odwiedza przeora, bo jest jego przedwojennym przyjacielem, i kochanka esesmana, która szantażuje przeora…

I to jest początek opowieści o odwiecznej walce dobra ze złem, o ludzkich wyborach, które zawsze wiążą się z jakąś stratą, a przede wszystkim o tym, że nic nie jest tak oczywiste, na jakie wygląda. No bo oczywiste się wydaje, że esesman to uosobienie zła. Że jego polska kochanka zasługuje na najwyższą pogardę. Że Armia Krajowa wydawała wyroki na takich ludzi. Że przeor klasztoru w okupowanej Polsce nie powinien się przyjaźnić ze zwyrodnialcem, dla którego zastrzelenie człowieka jest jak zabicie muchy. A jednak Ewangelia nam komplikuje życie i – co za tym idzie – moralne wybory.

W oczach Borna, esesmana, który jako młody chłopak rzucił sutannę, widać rozpacz, a nawet tęsknotę za Bogiem. Na twarzy Julii, cynicznej kochanki Borna, maluje się rozpaczliwe pragnienie miłości. Kiedy zwabiła Żyda do klasztoru tylko po to, żeby esesman miał pretekst do rozpoczęcia okrutnej gry, krzyczy do Borna: „Gdzie moja nagroda? Obiecałeś mi nagrodę!”, co tak naprawdę oznacza: „ Ja nie chcę od ciebie sznuru pereł! Ja chcę czuć, że jestem kochana!”. Przeor nie pójdzie na układ z akowcami i nie da im znaku, że Born wychodzi z klasztoru. Nie chce przyczynić się do śmierci człowieka. Nawet zbrodniarza. Nawet za cenę życia swojego i braci, życia, które może mu odebrać zarówno SS, jak AK… Żyd chce po prostu przeżyć, choć sam nie wie dlaczego. Był świadkiem śmierci swojej żony i nie zrobił nic. Stchórzył. Krzyczy, że nie ma Boga, a za chwilę znajdzie się w sytuacji, w której powtórzy Mękę Chrystusa…

Nic nie jest oczywiste, również w aktualnej sytuacji, w czasie pandemii. Oczywisty jest tylko Bóg, jeśli Mu zaufamy, bo przecież, jak śpiewa chór Ojców dramacie Brandstaettera:

Człowiek zwykł często sądzić po pozorach,

Bowiem pozory ułatwiają sąd (…).

W winie bliźniego własne oczyszczenie.

 

Romana Brandstaettera odkryłam dopiero w klasztorze. Sięgnęłam z ciekawości po Pieśń o moim Chrystusie, bo była na półce w nowicjackiej bibliotece. Potem był Jezus z Nazarethu i właśnie Dzień gniewu. Nie ma go w spisie licealnych lektur. Nie pamiętam, żeby figurował na liście lektur w czasach moich studiów polonistycznych. Oglądając spektakl zaczęłam się zastanawiać, dlaczego. Bo głównym tematem w dramacie (i w ogóle twórczości pisarza pochodzenia żydowskiego, nawróconego na katolicyzm i naznaczonego wojenną traumą) jest, poza godnością człowieka, właśnie Bóg? Czyżby specjaliści od klasyfikowania literatury na lepszą i gorszą, wartościową – czytaj: taką, która „zasługuje” na poważną krytykę – i „ku pokrzepieniu serc pobożnych gospodyń domowych z kółek różańcowych”, nie uznawali tematu Boga i Jego obecności w historii za wystarczająco poważny? Co w takim razie zrobić z Kochanowskim, Słowackim, Norwidem? A z moim ukochanym fragmentem III cz. Dziadów Mickiewicza, gdzie człowiek wyzywa Boga na duchowy pojedynek: Kłamca, kto Ciebie nazywa miłością/ Ty jesteś tylko mądrością… ?

Zostawiam czytelnika z tym pytaniem. Co  do samego widowiska telewizyjnego, to bardzo warto poświęcić półtorej godziny na tę poruszającą opowieść. Nie dziwię się, że spektakl Jacka Raginisa – Królikiewcza został miesiąc temu uznany za najlepszy film na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Katolickich Mirabile Dictu i otrzymał „watykańskiego Oscara”: Srebrną Rybę 2020. Rzeczywiście Dzień gniewu ogląda się jak film. Szybki, oparty na kontrastach montaż: ciężkie buty esesmana depczące zabawkę zabitego w rzezi żydowskiego dziecka, a po chwili procesja braci na klasztornych krużgankach i śpiewane przez nich wersety:

Wprawdzie nie wiemy,

Dlaczego Bóg

Upodobał sobie te wzgórza i niziny

Na miejsce goryczy i na miejsce krwi,

Ale wierzymy,

Że skoro Jego wybór

Padł na naszą ziemię,

Spełni ona

W niezbadanych zamysłach Bożych

Mądre i głębokie przeznaczenie.

 

Aktorstwo oszczędne, choć naładowane emocjami. Długie, inspirowane językiem biblijnym frazy mówione przez aktorów wartko, intymnie, jakby były ich osobistym wyznaniem. Wreszcie: wstrząsające zakończenie, które „dopisał” reżyser. Do tego jeszcze gotyckie mury klasztoru cystersów w Wąchocku, gdzie były realizowane zdjęcia, i urzekająca muzyka Stanisława Szczycińskiego i Marcina Bornusa – Szczycińskiego, specjalisty od chorału gregoriańskiego. W chórze ubranych w białe habity ojców są nawet członkowie chorałowego zespołu Bornus Consort. Stąd harmonijne brzmienie głosów. Kiedy wybrzmiała pierwsza pieśń chóru braci, miałam skojarzenie z moim ukochanym klasztorem dominikanów na Stolarskiej w Krakowie i prawie poczułam zapach kadzidła. Zrozumiałam, skąd to skojarzenie, gdy zobaczyłam w napisach końcowych nazwisko kompozytora, a zarazem odtwórcy roli jednego z braci.

Role w spektaklu to kreacje, szczególnie te wysuwające się na pierwszy plan: Przeor Radosława Pazury, Born Rafała Gąsowskiego, Emmanuel Blatt Jana Marczewskiego, Julia Chomin Natalii Rybickiej. Szczególnie SS Stürmbahnführer Born Gąsowskiego i Julia Chomin w wykonaniu Rybickiej budzą moją sympatię i współczucie. Mało tego: katarktyczną litość i trwogę. Dlaczego? Bo w ich oczach odbijają się życiowe dramaty, które ich naznaczyły. Bo pokonała ich rozpacz. Bo widzę w nich zranienie, które może wyleczyć jedynie zraniony Chrystus. Bo myślę o mojej opowieści i moich zranieniach, i wraca do mnie pytanie: co chcę z tym zrobić?

Nie ma sytuacji bez wyboru. „Co wybieracie? Krzyż czy Pole Garncarzowe?” – pyta przeor swoich współbraci w decydującym momencie, kiedy wpada Born, żeby przeszukać klasztor i znaleźć ukrywającego się Żyda.

Co wybieram w roku 2020?

Zwiastun spektaklu:

https://www.youtube.com/watch?v=NutrRKD5tYg

niedziela, 6 grudnia 2020


 

Niedzielnie…

Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki", wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając swoje grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. i tak głosił: "idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby schyliwszy się, rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. (Mk 1, 1 – 8)

Za Janem Chrzcicielem szły tłumy. Dzisiaj miałby może ewangelizacyjny kanał na YouTube i vloga. Nawet Herod chętnie go słuchał do momentu…  Właśnie: dopóki Jan nie nazwał jego postępowania grzechem. I to był początek końca tej tak pięknie rozwijającej się popularności.  Po ludzku Jan Chrzciciel skończył fatalnie: ucięto mu głowę w więzieniu, i to jeszcze w ramach prezentu dla rozkapryszonej nastolatki.

Moja i twoja misja to właśnie „głos wołającego na pustyni”. Bardzo mocno to odczuwam jako katechetka, choć nikt mi fizycznie głowy nie ucina. Głoszę to, co jest niepopularne i wyśmiane przez opinię publiczną: Ewangelię miłości, która jednak jest także Ewangelią wymagań. Wyzwań. Pracy nad sobą. Przekraczania siebie. Rezygnacji z wygody.

Moja i twoja misja to właśnie wołanie: „Idzie za mną potężniejszy ode mnie. Przygotujcie Mu drogę”. Ale najpierw sama muszę przygotować Mu drogę czyli żyć tak, aby wszyscy widzieli, że głoszę Kogoś, kto jest większy ode mnie. Że występuję w Jego imieniu – nawet za cenę odrzucenia.

 „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”. Czy to wezwanie Jana Chrzciciela dotyczy ludzi Kościoła? Oczywiście! Tyle tylko, że ludźmi Kościoła są nie tylko hierarchowie i księża. To przede wszystkim ja i ty.

 

piątek, 4 grudnia 2020



Powiew COOL - tury

Wszyscy jesteśmy na Dziadach

(Dziady. Noc pierwsza i Dziady. Noc druga, reż. Piotr Tomaszuk, Teatr Wierszalin, premiera: 27.05. 2017; premiera w TVP: 17 i 24. 11. 2020)

Z Dziadami jest trochę jak z Biblią. Kiedy ci się wydaje, że już wszystko wiesz, a połowę tekstu znasz na pamięć, pojawia się Piotr Tomaszuk z Teatrem Wierszalin i burzy wszelkie wyobrażenia.

Po co? Żeby otworzyć nowe horyzonty, a jednak pójść za myślą Mickiewicza i wydobyć z dzieła to, co najpiękniejsze.

Moja miłość do tego spektaklu, a przy okazji do teatru Wierszalin, to miłość od pierwszego wejrzenia. Oczywiście słyszałam o Wierszalinie dużo wcześniej, ale było mi jakoś nie po drodze. Wiele straciłam, oj, wiele…

To pierwsze wejrzenie prowadzi mnie do wnętrza, gdzie panuje półmrok – ni to kaplicy, ni to chaty, ni muzeum. Palą się świece. Z mroku wyłania się postać charyzmatycznego starca – Guślarza (w tej roli znakomity Piotr Tomaszuk) -  i słyszymy szept: Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie? Ten fragment II cz. Dziadów powraca przez cały czas trwania spektaklu niczym leitmotiv. I właściwie tylko on, ponieważ reżyser Piotr Tomaszuk zrezygnował w adaptacji z II cz. dramatu.

Wierszalińskie Dziady są podzielone na dwie części –„noce” – ale tworzą spójną całość i tak też warto je potraktować. Odprawiają się w zagadkowej przestrzeni, zaaranżowanej przez scenografa Mateusza Kasprzaka, którą można nazwać przestrzenią obrzędu. W półmroku, rozjaśnionym jedynie blaskiem świec i oszczędnym oświetleniem, przy akompaniamencie liry korbowej, cymbałów ukraińskich i akordeonu – intrygującej muzyce Jacka Hałasa. Protagonistom: Guślarzowi, Gustawowi – Konradowi i Księdzu – Księdzu Piotrowi – towarzyszy chór tajemniczych, niezidentyfikowanych postaci, które są dziećmi w domu Księdza, towarzyszami więziennej niedoli Konrada, złymi i dobrymi duchami i gośćmi w Salonie Warszawskim i na Balu u Senatora. Chór „uzbrojony” jest w arcyciekawe rekwizyty: okna (dzieci w domu Księdza) i kości zwierzęce mające symbolizować ludzkie (wszystkie postacie w scenach z III cz. dramatu). To właśnie spośród tych postaci wyłania się Sobolewski i Pani Rollison (obie role zagrane przejmująco przez Monikę Kwiatkowską), Ewa i Senator. To one wraz z protagonistami tworzą obrzęd. Bo przecież Dziady – spotkanie świata nadprzyrodzonego z ziemskim, duchów i ludzi, umarłych i żywych – dzieją się cały czas w naszym ludzkim życiu. Dlatego autor zdecydował się uczynić z cmentarnego obrzędu klamrę spinającą całe dzieło, a reżyser zaakcentował właśnie ten obrzęd i zrobił z niego wiodący temat spektaklu do tego stopnia, że nie czułam się widzem, lecz uczestnikiem misterium życia i śmierci. A przecież oglądałam jedynie telewizyjną wersję przedstawienia. To jak to musiało wybrzmiewać na żywo?!

Piotr Tomaszuk potraktował tekst dramatu swobodnie, ale z szacunkiem i elegancją. Z przyjemnością śledziłam emocjonalny dialog Gustawa i Księdza, scenę więzienną, Wielką Improwizację i Widzenie Księdza Piotra, które w spektaklu okazuje się… widzeniem Konrada. To nie tylko popis aktorskiego mistrzostwa Rafała Gąsowskiego (Gustaw – Konrad) i Dariusza Matysa (Ksiądz, Ksiądz Piotr), ale przykład wielkiej kultury słowa i nienagannej dykcji. Słucha się tych znanych przecież tekstów jak muzyki!

Pierwszy raz zetknęłam się w scenie więziennej z wykorzystaniem dedykacji autora: Świętej Pamięci Janowi Sobolewskiemu, Cyprianowi Daszkiewiczowi, Feliksowi Kołakowskiemu, Spółuczniom, Spółwięźniom, Spółwygnańcom za miłość ku ojczyźnie, prześladowanym z tęsknoty ku ojczyźnie, zmarłym w Archangielu, na Moskwie, w Petersburgu, narodowej sprawy męczennikom poświęca Autor.” Tekst ten wypowiada Konrad jak modlitwę. Brzmi przejmująco.

Dlaczego kwestię Kobiety w żałobie, która pojawia się na końcu dramatu, mówi Ksiądz z IV cz. Dziadów? Może dlatego, że Ksiądz pełni tutaj równorzędną rolę w stosunku do Gustawa. Spotkanie Gustawa i Księdza, któremu poświęcona jest cała I część spektaklu Tomaszuka Dziady. Noc pierwsza, jest dla obu bohaterów szansą na przemianę. Gustaw dostrzega w swoim życiu „Ewangeliją” czyli traktuje Boga jak partnera, punkt odniesienia, Kogoś, kogo warto szukać, a Ksiądz – „nieszczęście”, czyli uczy się współczucia.

Dlaczego Widzenie Księdza Piotra staje się udziałem Konrada? Może dlatego, że Konrad nie wypowiedział ostatniego, bluźnierczego słowa wielkiej Improwizacji i w jego życiu zwyciężył Bóg? Piękna, głęboko ewangeliczna interpretacja tej postaci.

Dziadów Tomaszuka się nie OGLĄDA. Te Dziady się DOŚWIADCZA. Niemal czułam zapach rozgrzanego wosku świec i kadzidła. Pomaga w tym rytmiczność i muzyczność spektaklu: rytm wystukiwany na instrumentach perkusyjnych, grana na żywo muzyka i polifoniczny śpiew:

Człowieku, gdybyś wiedział, jaka twoja władza,

Kiedy myśl w twojej głowie jako iskra w chmurze

Zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza

I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze

 

- kwestia Ducha z III cz. dramatu wyśpiewana przez wierszaliński chór brzmi jak manifest, a zarazem – modlitwa.

Pomagają w tym doświadczaniu Dziadów również kontrasty, na których oparty jest cały spektakl. Zderzenie sacrum i profanum. Milczenia i krzyku. Światła i ciemności. Wampirycznej pieśni Konrada Zemsta na wroga, przypominającej krwawy, satanistyczny rytuał, z Widzeniem Ewy, w którym reżyser położył akcent na modlitwę prostej, niewinnej dziewczyny, bo przecież: Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”. (Mt 5,8). Intymnego monologu Konrada Nocy cicha, gdy wschodzisz, kto ciebie zapyta, skąd przychodzisz… z eskalacją napięcia aż do granicy obłędu w Wielkiej Improwizacji.

Te zabiegi sprawiają, że choć nie są to Dziady z „tłem historycznym” i scenami rodzajowymi, a zamiast barwnej galerii współczesnych Mickiewiczowi postaci mamy chór wcielający się w różne role, trzymają widza w napięciu do ostatniej minuty.

Jednak to, co mnie najbardziej wbiło w fotel to kreacja Rafała Gąsowskiego jako Gustawa – Konrada. Czekałam na jego sceny. Byłam ciekawa, w jaki sposób aktor zmierzy się ze stworzoną przez Gustawa Holoubka, Jerzego Trelę, Artura Żmijewskiego czy Michała Żebrowskiego (żeby wspomnieć tylko niektórych) legendą grania tej postaci.

Rafał Gąsowski stworzył własną opowieść o Konradzie – nadwrażliwcu, wizjonerze, świętym. Samotniku, który niesie swoje rany (charakterystyczną częścią kostiumu aktora są bandaże na piersi), ale to właśnie one sprawiają, że jego miłość „nie na jednym spoczęła człowieku”. Konrad kocha mocno i głęboko, miłością dojrzałą, która jest wyborem, a nie porywem. Z drugiej strony Gustaw – Konrad Gąsowskiego jest pełen ekspresji, rozhuśtany emocjonalnie, chwilami wręcz neurotyczny. Przypomina szamoczącego się w klatce ptaka i rzeczywiście podczas Wielkiej Improwizacji trzyma się łańcucha, który zdaje się go więzić, i wychyla się desperacko, jakby się zrywał do lotu. Ta rola jest jak krzyk. Nigdy nie miałam zaufania do tak emocjonalnego sposobu budowania postaci. Bardziej przekonuje mnie intymność i przekazywanie emocji oszczędnie, „od środka”. Tutaj jednak taka interpretacja Mickiewiczowskiego bohatera nie razi. Jest bardzo konsekwentna. Najbardziej widać tę konsekwencję właśnie w Wielkiej Improwizacji. Nie odebrałam tego monologu jako aktu oskarżenia Boga, lecz jak pełne tęsknoty wołanie: „Boże mój Boże, czemuś mnie opuścił?”. I kiedy w finale to właśnie Konrad mówi pokorne słowa modlitwy, przeznaczone w dramacie dla Księdza Piotra, wszystko układa się w spójną całość. Zwłaszcza, że w tle widoczna jest sylwetka mężczyzny z rozkrzyżowanymi ramionami, przypominająca Chrystusa.

Konrad Rafała Gąsowskiego tęskni za światem, w którym panuje Boski porządek i ewangeliczna miłość. Ta prawdziwa. niesfałszowana przez zwyczaje, konwenanse, układy i pusty rytuał.

Po co nam kolejne Dziady? Tyle ich już było w teatrze i w filmie (Lawa. Opowieść o Dziadach Tadeusza Konwickiego, 1989). Może po to, żeby przypomnieć sobie właśnie o tęsknocie za Bogiem. I o tym, że granica między życiem a śmiercią, dobrem i złem, światłem i ciemnością, światem duchowym i ziemskim jest nieoczywista i przebiega przez ludzkie serce.

Wszyscy jesteśmy zaproszeni na Dziady, bo nasza codzienność pełna jest duchów zmarłych, którzy zaglądają nam w oczy i pytają: „Co robisz ze swoim życiem?”.

Wierszalin to teatr z duszą. Pozbawiony „instytucjonalności” (pewnie jej do końca nie uniknął, jak każdy zawodowy teatr, ale nie daje tego widzom odczuć). Bez politykowania. Bez pretensjonalności, która każe klasykę literatury odzierać z piękna, profanować to, co było do tej pory zarezerwowane dla sfery sacrum i doczepiać aktorom plastikowe genitalia, a teatr zamienia w performance o nie wiadomo czym.

Dziady z Supraśla są zdecydowanie O CZYMŚ. I dlatego warto je przeżyć.

Link do zwiastuna:

https://teatrtv.vod.tvp.pl/50818555/dziady-noc-pierwsza-zwiastun

https://teatrtv.vod.tvp.pl/50906849/dziady-noc-druga-zwiastun


 

 

wtorek, 1 grudnia 2020



 Powiew COOL - tury

Dziękuję ci, Kurtyno. Kilka słów o najlepszym festiwalu teatralnym w galaktyce.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym przeglądzie teatralnym, to włączył mi się wewnętrzny automat do marudzenia. Eee…aż w Gdyni? Jak my tam dojedziemy. Eee, nie mam szczęścia do konkursów teatralnych. A jeszcze najczęściej w regulaminach jest ograniczenie czasowe (pamiętam próbę Romea i Julii na Albertianę, gdzie goniłam moich biednych niepełnosprawnych aktorów niemal ze stoperem, bo musieliśmy się zmieścić w 15 minutach; skończyliśmy zlani potem i się okazało, że jest szesnaście i 40 sekund…). Organizatorzy narzucają temat: „wolność była rok temu, w tym roku ma być o miłości”. Limitują liczbę aktorów: „do 10 i nie ma zmiłuj, dziesięć i pół już odpada”.  A do tego jeszcze można mieć bliskie spotkanie trzeciego stopnia z wybrzydzającym jury: „Kiepski scenariusz. Ta historia jest, z przeproszeniem, naiwna i trąci banałem. Jak się domyślamy, siostra jest katechetką i po prostu chciała przygotować z dziećmi jakiś pobożny obrazeczek zamiast lekcji religii.” No, a do tego jeszcze cała logistyka: dojazd, wyżywienie, zakwaterowanie…

Nie warto, myślałam. W dodatku impreza KATOLICKA? Tym bardziej nie warto. Moje doświadczenia z teatrem na imprezach katolickich są dramatyczne. I bynajmniej nie chodzi tu o rodzaj literacki, lecz o psujące się nagłośnienie, brak kogoś, kto miał siedzieć przy sprzęcie, ale jeden Bóg wie, gdzie aktualnie się znajduje, kilka innych zespołów, które właśnie w tym momencie muszą zrobić próbę, i organizatorów, którzy sprawiają wrażenie jeszcze bardziej zdezorientowanych niż ja i moja grupa… Do tego jeszcze w KOŚCIELE?! Z kościelną akustyką? Nigdy w  życiu. Choćby dzwonił sam papież, w co wątpię.

Obeszło się bez papieża. Usłyszałam od organizatorów z gdyńskiego ruchu Światło Życie, że:

a)   zapewniają wyżywienie;

b)   zakwaterowanie też;

c)    tylko dojazd musimy zorganizować sobie sami;

d)    nie ma limitu czasowego w spektaklu;

e)     limitu osób też nie;

f)   nie, tematu też nie narzucają, byle przedstawienie nie obrażało uczuć religijnych i nie podważało wartości chrześcijańskich;

g)      „To ile potrzebujecie tych mikroportów? 22? Pomyślimy.”

Jedziemy – zdecydowałam. Był wrzesień 2019. Wysłałam na przegląd naszą nową premierę: adaptację Wesela Stanisława Wyspiańskiego.  Dwa miesiące później trafiłam z grupą teatralną Dzikie Koty na najbardziej niezwykły festiwal teatralny, w jakim dane mi było uczestniczyć: IV Przegląd Teatrów Amatorskich im. Marka Hermanna w Gdyni – Małym Kacku. Wieczory teatralne odbywały się w goszczącej nas parafii: kościele Chrystusa Króla. Tak, WIECZORY TEATRALNE, a nie żadne ELIMINACJE. Nikt tu nikogo nie eliminował. Wręcz przeciwnie: ciepła, rodzinna atmosfera dawała poczucie wspólnoty.

A jednak była rywalizacja, a w jury zasiadali związani z teatrem profesjonaliści. A jednak było o co walczyć: główna nagroda to 3000 zł. na dalszą działalność. A jednak, co tu ukrywać, była adrenalina. Nie wiadomo było, czego się spodziewać, bo w tej samej konkurencji stanęły zespoły dziecięce, młodzieżowe, dorosłych i osób z niepełnosprawnościami. Twórcy Kurtyny uznali, że dobry spektakl zawsze się obroni, niezależnie od wieku i możliwości wykonawców, i tematu. Wygraliśmy.

To miało być pożegnanie z Weselem. Obiecaliśmy sobie, że za rok tutaj wrócimy z nowym spektaklem. Zaczęliśmy już przecież intensywne próby musicalu Miłość zmartwychwstała. Nikt nie był w stanie przewidzieć, jak beznadziejna dla wszelkiego rodzaju kultury będzie sytuacja za rok…

Jesień 2020 to był dla mnie bardzo trudny czas. Dużo trudniejszy niż wiosna, kiedy jeszcze miałam nadzieję, że ten przymusowy zastój nie potrwa długo. Odwołane targi książki, w których miałam brać udział jako autorka. Odwołane promocje książki. Odwołane spektakle Miłości zmartwychwstałej. Czekałam na ponury telefon od organizatorów Kurtyny, że niestety. Może za rok.

Zadzwonili: „Zmieniliśmy formułę, ale wszystko się odbędzie on line.” I tak zostaliśmy zaproszeni na Kurtynę 5 – lecia z nagraniem… Wesela. W konkurencji stanęły najlepsze spektakle wyróżnione od 2016 roku czyli od początku imprezy, a więc mieliśmy się zmierzyć z mistrzami.

Złota Kurtyna 5 – lecia przypadła w udziale nam. Nagrodzona została nie tylko jakość artystyczna spektaklu, ale przede wszystkim ogrom naszej pracy. Próby  po godzinach, kiedy po lekcjach padaliśmy ze zmęczenia. Maturzyści rezygnujący z jakichś korepetycji, żeby dotrzeć na próbę generalną. Walki o wolną salę. Komplikacje obsadowe i logistyczne. Chwile załamania. Porywy nadziei. I to przekonanie, które trzymało nas przy życiu: że choćby nie wiem co – warto! My po prostu wierzyliśmy w to, co robimy.

Tak jak twórcy Kurtyny. To ludzie, którzy żyją z pasją i się nie poddają. Pamiętam próbę przed naszym Kurtynowym występem rok temu. Coś nie chciało odpalić. Wpadłam w panikę. „Siostro, spokojnie. Nie ma  problemów, są tylko zadania do wykonania” – usłyszałam od uśmiechniętego i niezwykle opanowanego pana obsługującego nagłośnienie.

Kiedy w niedzielę Chrystusa Króla zaczął się tegoroczny wirtualny festiwal, siadłam przed monitorem w uroczystym nastroju, ze wzruszeniem i lekkim napięciem. Jakbym tam była fizycznie. Zaczęła się cudowna przygoda z teatrem, trwająca aż tydzień. Spektakle, wywiady, koncert uczniów z prowadzonej przez polskich misjonarzy w RPA African Music School, gala finałowa wyciskająca adrenalinę w nie mniejszym stopniu niż ta sprzed roku…

Zostało mi w pamięci kilka obrazów i sporo ważnych treści.

Anioł ze skrzydłami jak popiół z Apokalipsy. U wrót doliny Teatru Effatha. Przerażony jakby był w potrzasku. Ten, który powiedział Bogu: „Nie będę służył”.

Czułość niepełnosprawnych aktorów z Teatru 40 Serc opowiadających swoją własną wersję historii brzydkiego kaczątka: o dziecku z niepełnosprawnością, niechcianym przez rodziców.

Jezus w białych spodniach błąkający się w tłumie przed kościołem w spektaklu Teatru Krzesiwo Eksperyment. Jezus, na którego nikt nie zwraca uwagi. Przechodnie nie widzą, nie słyszą, śpieszą się…  Jezus wołający: „Skoro nie widzicie i nie słyszycie, to po co wam kościół?”.

Dziewczyna z Pociągu nienawiści Gwiazd z 13 - tki, która mówi: „Nikt nie nauczył mnie być dobrą.”

Pobity robotnik Stoczni Gdańskiej przejmująco zagrany przez niepełnosprawnego aktora z Teatru Biuro Rzeczy Osobistych w Moim mieście. I ten teatr cieni… I ta przejmująca muzyka… Od razu miałam skojarzenia z filmem Czarny czwartek Antoniego Krauzego i spektaklem Teatru Śląskiego w Katowicach Wujek.81. Czarna ballada Roberta Talarczyka.

Dzieci recytujące upiorną wyliczankę „wpadła bomba do piwnicy” i snujące marzenia o obiedzie z trzech dań w przedstawieniu Teatralnej Szóstki Wpadła bomba do piwnicy. Wojna widziana oczami dziecka jest pozbawiona patosu, prosta i może dlatego tak poruszająca.

I jeszcze zdanie, które wypowiedziała w wywiadzie Lidka Taborowska, wychowanka Placówki Opiekuńczo – Wychowawczej im. Marii Karłowskiej sióstr pasterek w Pniewitem:: „Piękne w teatrze jest to, że można wyrazić siebie, a widz, który to ogląda, nie zawsze wie, że my nie gramy, tylko wyrażamy siebie.”

I może właśnie tym jest teatr: opowieścią o nas. O naszych zwycięstwach i porażkach. Przekraczaniu siebie i ograniczeniach. Radościach i tęsknotach. Odwadze i lęku. Wyrażeniem tego wszystkiego w formie artystycznej. Bo przecież, jak mówi Gospodarz z Wesela:

To tak w każdym z nas coś woła,

Jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna.

 Dziękuję ci, Kurtyno, za lekcję nadziei i zaufania Bogu. Z Nim pokonaliście nawet pandemię! Dziękuję za pasję i zaangażowanie. Dziękuję za kreatywność. Dziękuję za gościnność i otwartość, bez względu na to, czy rzecz dzieje się w realu, czy online. Bo przecież tworzymy wielka Kurtynową wspólnotę.

Jestem dumna z mojego Kościoła. Ta impreza, choć nie miała charakteru bezpośrednio ewangelizacyjnego, bardzo mocno pokazała, czym jest Kościół. Jest wielką rodziną przyjaciół Jezusa. Potrzebujemy takiego świadectwa – zwłaszcza w tych trudnych czasach, kiedy się wydaje, że Kościół rozpada się na naszych oczach. Właśnie: WYDAJE SIĘ!

Zrozumiałam też, czym jest postulowana przez ruch Światło Życie Nowa Kultura. To zarażanie świata pozytywnymi wartościami: prawdą, dobrem, pięknem. To inspiracja do refleksji nad własnym życiem. To wezwanie do odkrycia piękna Ewangelii. Bo przecież Bóg jest największym Artystą i najlepszym Reżyserem naszego życia.

I jestem dumna z moich Dzikich Kotów. Są nie tylko świetnymi aktorami i muzykami, ale po prostu pięknymi, wrażliwymi, młodymi ludźmi i zgraną grupą. Dostałam najlepszy prezent od Pana Boga, jaki mogłam dostać. I już za nimi tęsknię.

Kurtyno - do zobaczenia za rok. Może  już w kościele Chrystusa Króla? Miłość zmartwychwstała to będzie duże wyzwanie dla ekipy technicznej. Ale przecież nie ma problemów. Są tylko zadania do wykonania.

niedziela, 29 listopada 2020


 

Niedzielnie…

Jezus powiedział do swoich uczniów: "Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, do wszystkich mówię: Czuwajcie!".

(Mk 13, 33-37)

Pan zostawia swój DOM – czyli Kościół. Zostawia każdemu z nas, mnie i Tobie. Bo wszyscy jesteśmy Kościołem i mamy konkretne zadanie do spełnienia.

Adwent jest czuwaniem, a czuwanie to uważność na obecność Boga. Przychodzi niepostrzeżenie: w drugim człowieku i jego większej czy mniejszej biedzie, w pracy, którą mam wykonać, a nie zawsze ja lubię, w mojej wspólnocie zakonnej czy rodzinie.

Dom to Kościół. Dom to moje powołanie. Dom to moje życie. Dom to moje relacje z ludźmi.

Są tacy, którzy przesypiają powrót Gospodarza. Są tacy, którzy ten dom rujnują…

A ja? Czy Jezus czuje się w moim życiu jak w domu?

niedziela, 22 listopada 2020


 

Niedzielnie…

 „ A On oddzieli jednych od drugich jak pasterz oddziela owce od kozłów.” (Mt 25, 32).

Król podczas Sądu Ostatecznego pyta o miłość. To jego pytanie przyprawia mnie o dreszcz, bo od razu sobie przypominam te wszystkie sytuacje, kiedy mi się po prostu nie chce. Ktoś dzwoni do drzwi i nie chce mi się otworzyć. Ktoś do mnie pisze i nie chce mi się poświęcić tej osobie czasu i uwagi. Ktoś prosi o modlitwę, obiecuję zdawkowo „tak, tak, będę pamiętać” i… natychmiast zapominam.

Król pyta o miłość. Nie o światopogląd. Nie o to, na kogo głosowałam. Nie o to, czy popierałam taki czy inny protest. Nawet nie o to, czy byłam praktykującą katoliczką – lecz o miłość.

Czy to znaczy, że te inne rzeczy nie są istotne? Że wszystko jedno, jakie wartości wyznaję? Że nie ma znaczenia, na jakiego polityka głosuję i po jakiej stronie się opowiadam? A to, czy regularnie się modlę, przyjmuję sakramenty i słucham Jego Słowa też jest dla Niego nieważne?

Ważne. To wszystko bardzo wiele mówi o moim życiu i o tym, co wybieram. Ale miłość mówi coś ważniejszego: DLACZEGO wybieram. I ostatecznie tylko miłość będzie się liczyć.

Zawsze wzruszały mnie słowa Jezusa: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść, byłem spragniony, a daliście mi pić.” Dzisiaj zwróciłam uwagę jeszcze na coś innego. Na słowa: „A On ODDZIELI jednych od drugich”. Jak to? Chrystus przychodzi, żeby tworzyć podziały? Nie: On przychodzi, żeby zaprosić mnie i Ciebie do wielkiej, bezwarunkowej miłości, która przekracza wszelkie granice. Podział na „owce i kozły” oznacza tych, którzy potrafią dostrzec Chrystusa w drugim człowieku - nawet, jeśli w ten sposób Go nie nazywają - i tych, którzy Go mijają, zapatrzeni jedynie w siebie.

Panie, naucz mnie takiego spojrzenia, które potrafi Cię rozpoznać i nakarmić, napoić, przyodziać, przyjąć, odwiedzić…