wtorek, 29 września 2020


 

Powiew COOL – tury…

25 lat człowieczeństwa

(25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy, reż. Jan Holoubek, 2020)

Bohaterski policjant występujący w imię prawdy przeciwko skorumpowanym kolegom? Człowiek z pasją, który wierzy w swoją pracę i jest do bólu uczciwy, nawet za cenę jej utraty? Rycerz, któremu się udaje pokonać system? Brzmi jak hollywoodzka baśń, tyle że ta „baśń” wydarzyła się naprawdę w 1997 roku, i to w Polsce, a nie za oceanem, i w niczym baśni nie przypomina. Bo trudno nazwać baśnią obskurne ściany celi więziennej, klaustrofobiczny spacerniak, skatowaną twarz bohatera, gwałt na współwięźniu czy samobójstwo towarzysza więziennego losu. A wszystko pokazane brutalnie i ascetycznie. Bez cienia litości dla widza.

Wiosna 2000 roku. Zwyczajny dom. Świt. Kamera pokazuje uśpione twarze domowników. Ciszę przerywa złowróżbny łomot: policja. Tak się zaczyna dramatyczna historia Tomka – nomen omen - Komendy, prostego, nieśmiałego chłopaka, który lubił swoją pracę w myjni samochodowej i właśnie się zakochał. A potem prawie dwadzieścia lat koszmaru: najpierw bicia przez przesłuchujących go policjantów, żeby powiedział to, co chcą usłyszeć, bo przecież trzeba zamknąć śledztwo, a potem katowania przez współwięźniów, mszczących się  okrutnie – zgodnie z więziennym kodeksem – na „dzieciojebcy”. Kiedy oglądałam sceny przesłuchania, a potem katowania bohatera przez policję i innych więźniów, miałam przez chwilę wrażenie, że temat dotyczy drugiej wojny światowej albo głębokiego stalinizmu. Tymczasem wojna się dawno skończyła, komunizm szczęśliwie minął, a my jesteśmy w wolnej (podobno) Polsce u progu nowego Millenium…

Jak to możliwe? – aż chce się zawołać. I film Holoubka jest właśnie opowieścią o tym wołaniu. Czy możemy mówić, że żyjemy w wolnym kraju, skoro do naszego domu w każdej chwili może wtargnąć policja, potraktować nas jak śmieć i uznać za mordercę ot, tak sobie, bo kogoś trzeba uznać? Czy możemy mówić, że żyjemy w wolnym kraju, skoro lepiej nie ruszać sprawy sprzed dwudziestu lat, nawet, jeśli wiemy, że z jej powodu cierpi niewinny człowiek, bo zbyt wielu wpływowych ludzi jest w nią zamieszanych? Czy możemy mówić, że żyjemy w wolnym kraju, skoro dla zatuszowania karygodnych błędów stróżów prawa łamie się życie niewinnemu człowiekowi tylko dlatego, że jest bezbronny i stać go jedynie na adwokata z urzędu?

Tomek Komenda miał szczęście. Po 18 latach odsiadki za niepopełnioną zbrodnię: gwałt i morderstwo piętnastolatki, której nie widział na oczy, spotkał policjanta i prokuratorów, którzy postanowili zająć się sprawą i trafili na ślad prawdziwych sprawców zbrodni.

Tomek Komenda miał szczęście. Wyszedł z więzienia i jest bohaterem. A jeśli nie znalazłby się nikt, kto by stanął w jego obronie, to co?

Tomek Komenda miał szczęście. Zainspirował twórców filmu, który już po 2 tygodniach  dystrybucji stał się hitem, jest zapraszany przez stacje telewizyjne. Ale nawet najbardziej popularny program telewizyjny nie zniweluje tego, co zniszczyło jego psychikę.

Tomek Komenda miał szczęście. Jego los pokazuje, że to, co najbardziej bezbronne, dochodzi czasem do głosu. Ile jest jednak takich słabych, bezbronnych ofiar, które nie spotkają na swojej drodze charyzmatycznego obrońcy?

25 lat niewinności… to także opowieść o 25 latach człowieczeństwa. Tomek jest przedstawiony w filmie jako wrażliwy outsider nie pasujący do systemu. Kompletnie go nie rozumie.  Jest na to zbyt czysty i prosty – niczym Forrest Gump z głośnego filmu Roberta Zemeckisa. Po brutalnym przesłuchaniu przez policję wykrztusza ostatkiem sił, jak dziecko: „chcę do domu”. Długo do tego domu nie wróci… I tutaj wielki ukłon w stronę Piotra Trojana – odtwórcy roli tytułowej. Wydobył z postaci to, co w niej najpiękniejsze: niewinność. Tę prawdziwą, dziecięcą, którą można łatwo stłamsić i podeptać, a jednak bohater ją w sobie ocala i przenosi przez prawie dwudziestoletni koszmar. Aktor buduje postać bardzo oszczędnymi środkami: przez spojrzenia, milczenie, wymalowaną na twarzy bezradność i rozpacz – jednak bez przerysowania. Tomek Komenda w tej interpretacji ma coś ze spłoszonego zwierzątka, coś ze skrzywdzonego dziecka i coś ze starca świadomego swojej godności.

Kolejną kreacją jest rola matki Tomka w wykonaniu Agaty Kuleszy. Silna i zdeterminowana, a jednak mająca swoje chwile załamania, opanowana, a jednak czasem wybuchająca rozpaczliwą złością, pewna, że „to się wyjaśni”, ale czasem zrezygnowana i bezradna. Dlatego tak autentyczna. Matka Kuleszy to poruszający portret wszystkich bohaterskich matek świata: czekających na odwiedziny w więzieniach, czuwających przy szpitalnych łóżkach, chroniących dzieci przed mężami alkoholikami, gotowych oddać za nie życie – czasem pod kulami toczącej się wojny, a czasem kropla po kropli, w żmudnej codzienności. Przypomina trochę bohaterkę wiersza Wisławy Szymborskiej Portret kobiecy:

Naiwna, ale najlepiej doradzi.

Słaba, ale udźwignie.

Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.

Czyta Jaspersa i pisma kobiece.

Nie wie, po co ta śrubka i zbuduje most.

 

Wreszcie: last but not least czyli Remigiusz Korejwo w wykonaniu Dariusza Chojnackiego. Żaden z niego Tom Cruise z „Ludzi honoru”. Ot, zwykły, szary człowieczek, ojciec kilkorga dzieci, bojący się o pracę. Ale ma poczucie misji czyli - mówiąc mniej górnolotnie - traktuje robotę w policji bardzo serio. Na tyle serio, że ma odwagę wrócić do zamkniętej sprawy gwałtu i zabójstwa w Miłoszycach w feralnego Sylwestra 1996. Chojnacki dał tej postaci pasję i wyrazistość. Niepozorny człowieczek drąży temat, sprawa go coraz bardziej pochłania i to widać w jego rozpalonych gorączką oczach. Chojnacki, podobnie jak Trojan, posługuje się w swojej roli środkami oszczędnymi, ale właśnie dlatego wierzymy jego Remigiuszowi Korejwie.

Wzruszyła mnie scena, kiedy Remigiusz zabiera Tomka na przesłuchanie i ten wyciąga w stronę policjanta ręce, oczekując zakucia w kajdanki, a tymczasem Remigiusz ściska mu dłoń w geście szacunku. Widzi w Tomku człowieka.

25 lat niewinności… to film niełatwy, ale ważny i wstrząsający. Ostre, wyraziste, krótkie obrazy, „postrzępiona”, momentami trochę kakofoniczna muzyka Colina Stetsona i Sary Neufeld świetnie oddająca nastrój więziennej rzeczywistości, klaustrofobiczne wnętrza, chłód i wirujące płatki śniegu bardzo pomagają w wejściu w tę opowieść i utożsamieniu się z bohaterem. Nawet nielinearna narracja ma tutaj sens: widz czuje się trochę tak, jakby wszedł do skołatanej głowy Tomka i był świadkiem jego bolesnych wspomnień. Brak chronologii wydarzeń nie przeszkadza w zrozumieniu fabuły, bo one układają się w spójną, logiczną całość – jak puzzle.

Słowem: warto, a nawet trzeba ten film zobaczyć. Obraz Holoubka pozostawia nas wszystkich z pytaniem o to, czy warto walczyć o prawdę i godność tych, którzy nie mogą się bronić sami. Co ja bym zrobiła na miejscu Remigiusza Korejwy?



Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/25+lat+niewinno%C5%9Bci.+Sprawa+Tomka+Komendy+Zwiastun+nr+2-54413


poniedziałek, 28 września 2020


 

Mówienie prozą…

Taniec na polu minowym – o teatrze w czasie pandemii

Rośnie liczba zakażeń, nie tylko w Polsce, ale i w Europie. W mediach ponure prognozy o drugiej fali, o tym, czy nie powinno być kolejnego lockdownu, o tym, że TO może potrwać jeszcze 10 lat. Covid dotarł do mojej szkoły, na szczęście póki co „zatrzymał się” w gabinecie dyrektora, więc szkoły nie zamknięto, ale uczniów i nauczycieli gwałtownie ubyło. Trudno się dziwić.

Ból gardła wywołuje niepokój a gorączka – panikę. Lepiej nie kaszleć w miejscu publicznym. Czas upływa jak ponury marsz w rytm słów „reżim - dezynfekcja – maseczka – przyłbica – dystans – zakażenia – zgony.”

A w tym wszystkim nagle wyrasta teatr, w dodatku szkolny. Coś, co nie jest przecież artykułem pierwszej potrzeby. Coś prawie nieprzyzwoitego. Coś, co być może należałoby wstydliwie posprzątać jak się sprząta rozsypane klocki po dziecięcej zabawie i odłożyć na „lepsze czasy”.

Problem w tym, że nie ma czegoś takiego jak „lepsze czasy”. Jest tylko „tu i teraz”. Możemy tworzyć, nie poddawać się, walczyć o nadzieję jedynie w tym ciasnym, byle jakim, niechcianym „tu i teraz”.

Premiera musicalu „Miłość zmartwychwstała” grupy teatralnej Dzikie Koty, którą prowadzę w kłodzkim liceum, przypadła na taki właśnie niechciany moment: „tu i teraz” pandemii, niepewności, nerwowego napięcia niemal do ostatniej chwili, czy spektakl w ogóle się odbędzie, a potem czekania na wstrzymanym oddechu, czy wszyscy są zdrowi… Wcześniej pół roku przymusowej przerwy bez gwarancji powrotu do działania.

Ale udało się. Przedstawienie w kłodzkim Centrum Kultury Chrześcijańskiej przy parafii Podwyższenia Krzyża 19 września 2020 obejrzało ponad 150 widzów. Zdezynfekowanych, w maseczkach i w półtorametrowej odległości.

Są chwile, kiedy jestem wściekła na Pana Boga i pytam Go – po co? Gdybym wiedziała to wszystko, co wiem dzisiaj i co mi odbiera siły, to bym się nie zabierała za to gigantyczne przedsięwzięcie, nad którym morderczo pracowaliśmy pół roku, nawet w ferie zimowe. Po co ten musical ludziom stłamszonym przez pandemię?

Może właśnie po to. Bo są stłamszeni. Bo tęsknią za dobrymi wiadomościami. Bo w tej nowej rzeczywistości pachnącej płynem do dezynfekcji brakuje nadziei.

Bohaterka musicalu, bł. Julia Rodzińska – moja współsiostra z czasów okupacji – to właśnie patronka nadziei. Trudno sobie wyobrazić bardziej beznadziejne miejsce niż obóz koncentracyjny. Więzień tam był pozbawiony wszystkiego, łącznie z włosami, ubraniem i nazwiskiem. Wbijał tylko zdziczały wzrok w kromkę spleśniałego chleba i w parę drewniaków, które należały do jakiegoś innego szczęśliwca. Siostra Julia pokazała, że nawet w takim świecie jest coś więcej niż brudny materac i nicość, że jest możliwe ocalenie człowieczeństwa, że można kochać drugiego człowieka aż do ofiary z własnego życia. W dodatku kto jak kto, ale siostra Julia doskonale wiedziała, czym jest epidemia. Przecież poszła opiekować się zarażonymi tyfusem, upchniętymi w baraku o posępnej nazwie „umieralnia”. I umarła – ale po to, żeby żyć wiecznie.

Czy to nie jest zbyt poważny temat na musical? Dla muzyki, śpiewu i tańca nie ma zbyt poważnych tematów. Może właśnie taka forma przemawia do odbiorcy najmocniej, bo dotyka serca, a takiego właśnie dotknięcia serca potrzebujemy w czasach, gdy dotyk może być śmiercionośnym zagrożeniem. Może potrzebujemy radosnego podekscytowania przed przedstawieniem. Zamieszania przy przebieraniu kostiumów. Wspólnej pasji. Poczucia wspólnoty. Nadludzkiego wysiłku, który przynosi piękne owoce, bo wychodzimy z tego doświadczenia lepsi, bardziej wrażliwi, bliżsi sobie, tęskniący za Miłością, która ZMARTWYCHWSTAŁA.

Cieszy mnie zrozumienie rodziców, do których dzwoniłam, żeby zapytać o zgodę na udział ich dzieci w spektaklach pomimo trudnej sytuacji – oczywiście poza szkołą i po godzinach lekcyjnych, ponieważ w szkole aktualnie nie można prawie nic. Cieszy mnie Wiktor, który miał po premierze zrezygnować z dalszych przedstawień, ale podszedł do mnie i powiedział: „zostaję”. Cieszy mnie Marysia, która zamówiła moją powieść „Niebo w kolorze popiołu”, również o siostrze Julii, i pochwaliła się tym faktem na Messengerze. Kiedy wyraziłam swoje zdumienie, odpisała: „Nie mogłabym nie przeczytać Siostry książki o tematyce spektaklu, jaki wystawiamy”.

Teatr w czasie pandemii jest jak radosny taniec na polu minowym. Nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień i z czym się nam przyjdzie zmierzyć. Jak wszystko w tym dziwnym, pandemicznym „tu i teraz”. Jak spotkanie z bliską osobą, gest czułości, impreza rodzinna, wyjście do szkoły czy pracy. Jak życie. A przecież trzeba ŻYĆ. Nasza działalność to w tej chwili walka o każdy spektakl i sam fakt, że się coś odbyło, jest już sukcesem. Jeśli dochodzą do tego łzy wzruszenia w oczach widzów i owacje na stojąco, to chce się dalej, więcej i pomimo wszystko...

 

niedziela, 27 września 2020


 

Niedzielnie…

Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: "Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy!" Ten odpowiedział: "Idę, panie!", lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: "Nie chcę". Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca?» Mówią Mu: «Ten drugi». Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. (Mt 21, 28 – 31)

Zawsze się utożsamiałam z tym synem, który nie chciał. Jest mi bliski właśnie dlatego, że tak się ociąga, a przy tym potrafi to wypowiedzieć z rozbrajającą szczerością. Skoro jest tak szczery w tym stanowczym „nie chcę”, to jest szansa, że będzie równie autentyczny w swoim „chcę”.

Kto wejdzie do nieba przede mną, siostrą zakonną z 20 – letnim stażem? To może być każdy. Mogę się zdziwić, jeśli tam zobaczę tłum ludzi, którzy teraz chodzą na parady równości i czarne protesty, a ludzi Kościoła wyzywają od pedofilów.

Mogę się zdziwić, gdy zobaczę tam swoich wrogów.

Mogę się zdziwić, gdy zobaczę tam tych wszystkich letnich katolików, którzy teraz traktują Kościół jak firmę usługową. Mogę się zdziwić, kiedy zobaczę tam młodzież masowo wypisującą się z moich lekcji religii oraz tych spośród nich, którzy z dumą oznajmiają, że zamierzają podpisać akt apostazji, sądząc zapewne, że zrobią na mnie wrażenie…

Skąd wiem, jaki będzie ciąg dalszy ich życia?

Czas więc na moje opamiętanie. Na moje „chcę”.

sobota, 5 września 2020


 

Powiew COOL – tury

„Pyk – po bólu” czyli opowieść o stracie

(6 mm, reż. Mateusz Znaniecki, Beata Dzianowicz i Piotr Lebek, Teatr Śląski im. S. Wyspiańskiego, 2020)

Serial na ogół kojarzy się z kilometrami odcinków i historią w rodzaju: „matka kuzynki jego ciotecznego brata jest uwikłana w romans z przyrodnim bratem jego macochy, który okazuje się jej zaginionym 30 lat temu ojcem”. W projekcie Teatru Śląskiego zatytułowanym lakonicznie „6 mm” niczego takiego nie znajdziemy. Odcinki są zaledwie trzy, i to kilkuminutowe. Nie ma żadnych skomplikowanych powiązań rodzinno – uczuciowych ani wydumanej, doprowadzonej do absurdu sensacji. Jest za to kameralność. Asceza w środkach wyrazu. I cisza. To właśnie sprawia, że „6 mm” ma taką siłę rażenia.

Nazwałabym je raczej etiudami filmowymi. Tym, co łączy te trzy opowieści, jest dziecko. Wymarzone. Oczekiwane. Wytęsknione. Co z tego, że ma dopiero kilka tygodni i 6 milimetrów? Że nawet jeszcze nie wiadomo, jakiej jest płci? Najważniejsze, że jest i że ma swoich rodziców. Radość jednak trwa bardzo krótko, bo nagły krwotok – często już kolejny – powoduje, że: Ktoś tutaj był i był, / a potem nagle zniknął/ i uporczywie go nie ma – jak napisała mistrzyni Wisława Szymborska w Kocie w pustym mieszkaniu, jednym z najbardziej poruszających wierszy o śmierci, jakie czytałam. Trzeba zdecydować, czy dziecko zostanie pochowane, czy poddane utylizacji, bo w wypadku 6 milimetrów nie jest to oczywiste… Trzeba podpisać jakiś papierek. Trzeba wyjść ze szpitala. Trzeba udawać, że nic się nie wydarzyło. Nic? A co zrobić z tą pustką?

Miniserial opowiada o trzech parach, choć dwie pierwsze, o tych samych imionach – Zbyszek i Barbara – można by potraktować jako jedną. Przeżywają ból straty, tęsknotę (która w jednym z odcinków popycha Barbarę do desperackiego kroku: porwania cudzego dziecka), ale też coś, co nazwałabym cichym, milczącym porozumieniem. Ważne jest to, że OBOJE przeżywają, a nie: KOBIETA przeżywa. W miniserialu ogromną rolę odgrywa cierpienie ojca, nigdy nie wypowiedziane, niezrozumiane, takie, z którym musi sobie radzić sam. I je na ogół po prostu tłumi, bo przecież „chłopaki nie płaczą”.

Ale to, co mnie najbardziej poruszyło - wręcz mną wstrząsnęło - to trzeci odcinek. Właściwie bez fabuły. Jest piękny, słoneczny dzień. Dokładnie taki, jak wtedy, kiedy bohaterka straciła dziecko. On i ona siedzą w sielankowej, letniej zieleni, tak bardzo kontrastującej z tym, co niewypowiedziane, a co ich przytłacza. Zaczynają rozmawiać. Dialog przypomina oczyszczenie. Jest bolesny, ale prowadzi do uporządkowania przeszłości. „Ja usłyszałam wyrok, ja musiałam podpisać ten papierek, ja musiałam zdecydować, czy go pochowamy, czy poddamy utylizacji. Ty miałeś próbę…” – rzuca ona. „Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, nie byłoby Leosi” – odpowiada on. Jest w tej rozmowie długo tłumiona, ale nareszcie uwolniona rozpacz, jest wybaczenie, jest zrozumienie, jest pojednanie. Jest miłość, która przecież „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję i wszystko przetrzyma”. Bohaterowie trzeciego odcinka nie mają imion, a w dialogu pojawiają się szczegóły dotyczące prywatnego życia aktorów. To świadomy zabieg. Opowieść o Sześciu Milimetrach w tym właśnie momencie wykracza poza zwykłe dzieło artystyczne, od którego można, a nawet trzeba się zdystansować, jeśli się jest zawodowcem. Ostatni odcinek „6 mm” to spowiedź Darka Chojnackiego i Agnieszki Radzikowskiej, małżeństwa aktorów z Teatru Śląskiego i twórców serialu. Bardzo ich podziwiam i szanuję za tę odwagę i szczerość. Za to, że zdecydowali się przeżyć ten ból jeszcze raz, razem z rodzicami, którzy tak jak oni stracili dziecko. Kiedy udostępniłam „6 mm” na swoim Facebooku, zaraz napisała do mnie koleżanka, która właśnie leży w szpitalu na patologii ciąży i lekarze przygotowują ją na najgorsze. Powiedziała, że film daje nadzieję i poczucie, że nie jest sama z tym, co przeżywa.

Temat poronień jest pomijany w kulturze. No bo przecież co takiego się stało? „Jeszcze będziesz miała dziecko”; „To się zdarza”; „ Nawet nie wiadomo było, czy to chłopiec, czy dziewczynka”… Nie słyszałam o dobrym filmie czy książce na ten temat. A przecież poronienie jest stratą dziecka. Małego człowieka, który miał już swoje imię. I co z tego, że liczył sobie 6 milimetrów? To w takim razie od kiedy i od jakiej długości można go nazwać człowiekiem? I gdzie w tym wszystkim jest ojciec? Czy ktoś w ogóle pyta, co czuje i jak sobie radzi z doświadczeniem utraty dziecka?

Bardzo polecam. Serial obowiązkowy dla rodziców borykających się z utratą dziecka, ale także dla tych, którym się wydaje, że aborcja to zwykły zabieg, jak wyrwanie zęba. Pyk – i po bólu. Otóż nie. Bólu nie da się tak łatwo wyeliminować, jeśli „ ktoś tutaj był i był,/ a potem nagle zniknął/ i uporczywie go nie ma”.

Odcinki dostępne nieodpłatnie na kanale YouTube Teatru Śląskiego.


czwartek, 27 sierpnia 2020

 


Powiew COOL - tury

Samotność to taka straszna trwoga

(Skazany na bluesa, Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, reż. Arkadiusz Jakubik, Teatr  Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, premiera: 07. 03. 2014)

Do Teatru Śląskiego wybrałam się w czasie pandemii, zaraz po otwarciu. Wzruszenie nie do opisania: prawdziwy, żywy kontakt z aktorem, a nie jakiś onlajnowy substytut. Nic to, że maseczki przez dwie godziny, że dystans na widowni, że dezynfekcja i rejestracja widzów. Warto było poczuć bliskość teatru z jego zapachem dekoracji, miękkim pluszem foteli i ciepłem, jakie biło od mlecznego światła reflektorów. Nie da się takiego doświadczenia porównać z niczym innym i zrozumie to tylko ktoś, kto kocha teatr.

Poszłam więc na dobrze mi znaną tragiczną opowieść o liderze zespołu Dżem, śpiewającym buntownicze piosenki o „małżeństwie” z whisky, o „Wiktorii” i o tym, że „samotność to taka straszna trwoga”. Trwoga czai się w każdej scenie, wyłazi z kątów, dopada Ryśka Riedla. Podkreśla ją niepokojący motyw muzyczny i symboliczne postacie, prawie cały czas obecne na scenie: niebieski Budda, jarmarczny anioł z drewnianymi skrzydłami, kobiety w śląskich strojach ludowych, górnicy, jakaś somnambuliczna para młoda, dziecko w szkolnym mundurku (młody Rysiek Riedel?), matka Polka z siatkami na zakupy, groteskowa Matka Boska z Dzieciątkiem, które wozi w … sklepowym wózku na zakupy, święta Barbara w kiczowatej, odpustowej stylizacji. Nie wszystkie symbole są dla mnie czytelne, ale nie muszą. Rzeczywistość w teatralnej adaptacji Skazanego na bluesa dokonanej przez Przemysława Angermana i Jana Kidawę – Błońskiego, i wyreżyserowanej przez Arkadiusza Jakubika to pogranicze snu i jawy. Duchy zmarłych przechadzają się wraz z żywymi. Narkotyczne wizje przenikają realne zdarzenia. To, co widzimy na scenie, tak naprawdę dzieje się w skołatanej głowie głównego bohatera. Przy tej okazji chcę podkreślić świetną robotę reżysera: sceny zbiorowe to nie tylko część akcji. To żywa scenografia, która tutaj zupełnie wystarczy, aby zapełnić teatralną przestrzeń i nadać jej charakter śląskiego „kraju lat dziecinnych” – trochę peerelowskiego, trochę onirycznego. Scena zabudowana jest tylko tym, co niezbędne: kawałek ceglastego muru, jakaś szyba, trochę jak z klatki schodowej, podest dla muzyków (muzyka w spektaklu jest grana na żywo), a w nim drzwi, które pełnią funkcję zarówno wejścia do domu Ryśka, jak Goli. Jakaś ściana z oknem, w którym przesiaduje koleżanka Goli, Baśka. I to wszystko. Reszta jest wizją przywołaną przez muzykę…

Bo każdy moment z życia Ryśka to piosenka. Śpiewa, gdy zaczyna karierę. Śpiewa,  gdy poznaje dziewczynę. Śpiewa, gdy umiera. Wszystko, co dzieje się na scenie, dzieje się jakby mimochodem, w czasie piosenek i pomiędzy nimi. Opowieść o liderze Dżemu to po prostu jedna wielka ballada. Dla mnie najbardziej przejmującym momentem jest scena, gdy Rysiek ma zaśpiewać List do M przed ważnymi gośćmi, od których zależy „być albo nie być” kolejnych koncertów. Nie daje rady. Trzeba odpalić playback. I wtedy lider Dżemu ostatkiem sił recytuje:

Samotność to taka straszna trwoga,

Ogarnia mnie, przenika mnie,

Wiesz, mamo, wyobraziłem sobie, że

Nie ma Boga, nie ma, nie…

 

Recytacja – chrapliwa i urywana – brzmi w wykonaniu Macieja Lipiny jak manifest człowieka, który został zupełnie sam ze swoim uzależnieniem. Rozpaczliwe wołanie z dna nałogu.

W spektaklu jest więcej obrazów, które mnie po prostu wzruszyły. Oto rodzice Ryśka powoli odchodzą z walizkami w ręku. Na scenie zostaje Rysiek i uszczęśliwiona Gola z kluczami do mieszkania. Taka wymiana pokoleniowa… Oto Rysiek jest w stanie agonalnym w szpitalu. W filmie to jeszcze nie jest śmierć. W spektaklu zaraz po tej scenie mamy finał. W tym kontekście dialog Goli z synem nabiera nowego znaczenia:

- Mamo, on umarł?

- Nie. Tylko śpi.

Jakby chciała usłyszeć te słowa i w nie uwierzyć.

Gola Ewy Kutyni jest pewna swojej siły. Tą siłą jest miłość. Żona Ryśka w tej interpretacji nie jest ofiarą współuzależnioną od męża, lecz kobietą, która wie, czego chce. Aktorka umiejętnie wydobywa z postaci emocje: od zaciekawienia poprzez zawód aż do spokojnego, zdecydowanego trwania, jak w wierszu Szymborskiej portret kobiecy:

 

Albo go kocha, albo się uparła.

Na dobre, na niedobre i na litość boską.

 

Nie sposób też nie wspomnieć o Ojcu w interpretacji Adama Baumanna. Trudno mi recenzować własnego tatę, powiem więc tylko, że ta postać mnie porusza. Jest w nim bezradność dziecka, żal za niemożliwą do odzyskania przeszłością, starcza rezygnacja i – paradoksalnie – nadzieja, gdy mówi: „Jo żech mioł pieskie życie. Może tobie będzie lepiej”. Emocje bohatera są pokazane bardzo oszczędnie i dlatego wiarygodnie.

Wreszcie: Rysiek Macieja Lipiny. To nie jest oczywiste, że jeśli się jest dobrym wokalistą, to również dobrym aktorem. Lipinie się to udało. Zadanie miał trudne: zmierzyć się z kreacją, jaką stworzył Tomasz Kot w filmie Skazany na bluesa Jana Kidawy – Błońskiego z 2005 roku, a także poprzednik Lipiny: Tomek Kowalski. Nie widziałam w tej roli Kowalskiego, więc nie mam porównania. Rysiek w wykonaniu Lipiny to zamknięty w swoim świecie outsider, który czuje, że żyje, dopiero, gdy śpiewa. Coraz bardziej szamocze się w nałogu jak w potrzasku i tę rozpaczliwą bezradność słychać również w śpiewie. Współczujemy Ryśkowi, utożsamiamy się z nim. Razem z nim śnimy sen o Wiktorii, która niestety nie nadchodzi…

Skazany na bluesa w Teatrze Śląskim to opowieść o zniewoleniu, samotności i miłości, która nie boi się największego dna. I tylko ona jest prawdziwa w korowodzie zjaw, które przewijają się przez scenę. Spektakl Jakubika to także opowieść o wewnętrznym świecie genialnego wokalisty Dżemu. Świecie górników, familoków, ormowców, Barbórki w sztucznych gronostajach i niebieskiego Buddy: Śląsku utkanym z marzeń, halucynacji i wyobraźni niczym Drohobycz w Sklepach cynamonowych Brunona Schulza.

Warto się wybrać i przeżyć tę opowieść. Bo można w niej znaleźć własne zniewolenia, tęsknoty, samotność i miłość, a o to przecież w teatrze, ba! – w ogóle w sztuce – chodzi.

Zwiastun do spektaklu:

https://www.youtube.com/watch?v=cJktxpSybOQ

wtorek, 18 sierpnia 2020

 

Powiew COOL - tury

Historia ma swój zapach

(Maria Paszyńska, Wiatr ze Wschodu. Czas białych nocy, Książnica 2020)

„Po pogrzebie wszyscy rozpłynęli się jak poranna mgła. Nie wiadomo, kiedy zniknęli bez śladu. Echo poniosło w świat pogłos elegijnych pieśni, chrzęst kamyków pod stopami idących w karawanie żałobników, szemranie ziemi spadającej na prostą, nielakierowaną trumnę, pomruki zniecierpliwionych grabarzy” – kiedy  tak wygląda początek powieści, to już wiem, że to mój świat. Że chcę być jego częścią. Zaprzyjaźnić się z bohaterami.  Odkryć, co jest ich tajemnicą. Oto mam w ręku Wiatr ze wschodu, czas białych nocy, kolejną powieść Marii Paszyńskiej – tym razem nie o II wojnie światowej jak tetralogia Owoc granatu, Salon piękności czy Dwa światła – ale o rzeczywistości dużo wcześniejszej. Fabuła obejmuje lata 1906 – 1920. Kazimierz Stawicki to młody Polak, syn dobrze sytuowanego kupca, który rozpoczyna studia w Petersburgu. Anastazja Nikołajewna Szewczenko jest Ukrainką wychowaną w bogatej rosyjskiej rodzinie. Ucieka z domu do Petersburga. Tam właśnie, u progu rewolucji październikowej,  krzyżują się losy dwojga młodych…

Mogłoby się wydawać, że to jedno z wielu romansideł, od jakich uginają się księgarskie półki. Szybko jednak okazuje się, że coś o wiele więcej. Po pierwsze: tło historyczne. Polska pod zaborem rosyjskim i charakterystyczne napięcie między Polakami a Rosjanami. A potem rewolucja ukazana z perspektywy młodych ludzi, którzy wiążą z nią swoje marzenia, chcą po prostu kochać albo wybierają cyniczną beztroskę. Za tymi wyborami kryją się ich poplątane doświadczenia życiowe i rany, jakie wynieśli z dzieciństwa. Wielkie wydarzenia historyczne są tutaj przedstawione za pomocą obrazów: strzału na ulicy, który rozpoczął zamieszki, a po nim zapadła na chwilę taka cisza, jakby zatrzymał się świat. Wiatr turlający stare gazety po bruku rewolucyjnego Piotrogradu. Ekskrementy płynące ulicami miasta. Zdewastowane pałace i rezydencje. Historia opowiadana przez Paszyńską – nie tylko w tej powieści – ma swoje barwy, kształty i dźwięki, a nawet zapachy. Jak konkretne ludzkie losy.

Po drugie: wyraziste, ciekawe postacie. Przede wszystkim trzy pierwszoplanowe: Kazimierz, Anastazja i przyrodni brat dziewczyny Borys. Ich życiowe wybory i zachowania są umotywowane traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa. Ten fakt nadaje tym bohaterom rys niejednoznaczności. Cała trójka rozpaczliwie tęskni za miłością. Taki głód nie może prowadzić do  spokojnego i spełnionego życia. Dochodzi więc do dramatu…

Nie mogę jednak nie wspomnieć o jeszcze jednej bohaterce, której obecność w powieści mnie pozytywnie zaskoczyła: matce Bolesławie Lament, założycielce Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny. Czternastoletnia Anastazja, szukając schronienia w Petersburgu, trafia do prowadzonego przez jej siostry sierocińca. Zakonnica przedstawiona jest jako kobieta niezwykle ciepła, otwarta, kreatywna i głęboko ludzka:

„ – Słyszałam, że opowiadasz dzieciom bajki… - odezwała się wreszcie.

- To nic takiego, przysięgam! – zaczęła tłumaczyć Anastazja, której nagle zdało się, że wyczuwa w tonie siostry nuty zdenerwowania. – To tylko bajki. Mitologie. Stare podania ukraińskie, które kiedyś, dawno temu opowiadała mi matka. Wiem, że nie są chrześcijańskie, ale… - Urwała nagle.

- Ale? – podchwyciła siostra Bolesława.

- Ale są takie przejmujące i… i piękne! – zakończyła szczerze Anastazja z westchnieniem, pewna, że tym wyznaniem ostatecznie przekreśliła swoją szansę na pozostanie u sióstr (…).

- Bóg jest we wszystkim, co piękne – powiedziała spokojnie siostra Bolesława.”

I tak Anastazja otrzymuje nową, niespotykaną dotąd w sierocińcu pracę: usypiacza dzieci. Pojawienie się „zakonnej” bohaterki oraz Olega, rodzonego brata Borysa, będącego w prawosławnym seminarium duchownym, wprowadza do powieści pytanie o istnienie Boga i Jego stosunek do ludzkich losów. Pytanie dyskretnie, ale konsekwentnie powracające w miarę upływu powieściowej akcji. Jaki jest ten Bóg? Obojętny, przyglądający się jak niemy widz tragicznym wydarzeniom w rewolucyjnej Rosji? A może to Bóg – sadysta, który wojenną i rewolucyjną jatkę traktuje jak widowisko? A może Go w ogóle nie ma? A może wręcz przeciwnie: to Ktoś, kto płacze razem z człowiekiem i – zgodnie ze słowami matki Bolesławy – jest we wszystkim, co piękne? I właśnie dlatego, nawet, gdy ulicami płyną ekskrementy, a mieszkańcy Piotrogradu chyłkiem uciekają przed czekistami, młodym ludziom ciągle przytrafia się miłość?

Powieść Paszyńskiej nie przynosi jednoznacznych odpowiedzi. Nie rozwiązuje także losów głównych bohaterów, ponieważ jest pierwszym tomem dłuższej opowieści. Tytułowy „wiatr ze Wschodu” przyniósł nową rzeczywistość, która okazała się dużo bardziej przerażająca od starego ładu. Wojna z bolszewikami, jaka miała miejsce w Polsce w 1920 roku, sprawiła, że „wiatr ze Wschodu” nie zamienił się w huragan i jego niszczycielska siła zatrzymała się nad Wisłą. W tym punkcie autorka mnie zostawia z uczuciem niedosytu i tęsknotą za bohaterami, z którymi zdążyłam się już zaprzyjaźnić. Cóż, pozostaje czekać na ciąg dalszy…

 

 

niedziela, 16 sierpnia 2020

 

Powiew COOL - tury

Między światłem a mrokiem (ks. Arkadiusz Paśnik, Znamię, Edycja Świętego Pawła, 2015)

Jeżeli zabieram książkę wszędzie, nawet do tramwaju, to ta książka musi mnie naprawdę porywać. Tak było ze Znamieniem ks. Arkadiusza Paśnika.

Pierwsza moja myśl, na początku lektury: „ja bym to napisała inaczej”. Oczywiście, że inaczej, bo nie jestem Paśnikiem. Ale zaufałam tej opowieści. Pozwoliłam się jej  poprowadzić, wciągnąć, wreszcie: uwieść. Nic dziwnego, skoro już pierwsze zdania przenoszą mnie do Lublina z lat 60. XX wieku. Po Znamię sięgnęłam tuż po powrocie ze współczesnego Lublina, zakochana po uszy w tym mieście, nic więc dziwnego, że uśmiecham się, kiedy czytam o Placu Litewskim albo o kościele kapucynów na Krakowskim Przedmieściu. Natychmiast staję się uczestnikiem wartko płynącej i ukazanej w sposób niezwykle obrazowy akcji:

„ - Dokąd się pani tak śpieszy? – krzyknął.

- A co to pana obchodzi? – odpowiedziała zaskoczona dziewczyna.

Przestraszona odsunęła się od intruza. Chłopak ignorował jej opór. Uśmiechał się i tańczył wokół niej. Chwytał ją raz pod jedno, raz pod drugie ramię (…).

- Skoro się śpieszysz, to mam propozycję. Śpieszmy się razem!”

Po tak spektakularnym początku moja kobieca słabość do romansów woła: „jeszcze!”. Tyle tylko, że to „jeszcze” bardzo szybko przestaje być romansem, a staje się bolesnym powrotem do przeszłości w miejsca najciemniejsze. Te, które budzą największy lęk. Te, które zgrabnie omijaliśmy przez całe życie… Właśnie dlatego trzeba tam wrócić: żeby stać się całkowicie wolnym. Odnaleźć swoje wewnętrzne dziecko i się nim zaopiekować. Przebaczyć i doświadczyć przebaczenia.

Czym właściwie jest Znamię? Powieścią? Pamiętnikiem? Autobiografią? Niczym z tych rzeczy i… wszystkim po trochu. Wartki, obrazowy język i wyraziste postacie nadają książce cechy powieści. Do tego jeszcze charakterystyczna dla większości powieści, trzecioosobowa narracja w tej części książki, która opowiada o losach matki bohatera i trudnych okolicznościach jego narodzin. Kiedy jednak bohater jest już kilkuletnim chłopcem, świat ukazany jest z jego perspektywy i narracja przechodzi w pierwszą osobę liczby pojedynczej. Tutaj już zaczyna się pamiętnik. Znamię opisuje rodziców księdza Arkadiusza i jego życie od narodzin w 1968 roku do święceń kapłańskich w 1995 roku. Opowiadanie koncentruje się na losach jego i jego rodziny, niełatwych, bo naznaczonych wojenną traumą. Babcia Henryka przeżyła wywózkę na Sybir (o czym opowiada poprzednia książka ks. Paśnika Obietnica), a teraz wyjeżdża za chlebem do Kanady, zostawiając w Lublinie Halinkę, dziewiętnastoletnią córkę. I wtedy właśnie dziewczyna poznaje pewnego młodzieńca, tyleż uroczego, co nieodpowiedzialnego. Przyszłego ojca księdza Paśnika.  A potem poznajemy koleje losu młodego Arkadiusza, prowadzące go do kapłaństwa.

Mocną stroną książki są obrazy – poruszające, niepokojące, zapadające w pamięć. Przywołam kilka.

Mleko ściągane z piersi, które matka bohatera dawała… kotom. Nowonarodzonego syna musiała oddać w „depozyt” do domu dziecka, ponieważ nie mogła pogodzić wychowywania dziecka z pracą.

Zgubiony w tramwaju klocek i cios w twarz, jaki otrzymał kilkuletni Arek od człowieka, który tego dnia się nim opiekował: „Miałem wówczas cztery lata. Dziś jestem dorosły i nigdy nie układam klocków z dziećmi”.

Pierwsza Komunia: mały Arek sam doprowadza dom do porządku na przyjęcie gości. Zbiera wszystkie butelki po alkoholu i wynosi je do sklepu. Za otrzymane pieniądze kupuje krakersy i kisiel, specjały, które muszą starczyć za cały poczęstunek dla gości. Zamiast krzeseł, których w domu nie było, Arek postawił przy stole sanki. Normalnie służyły do zastawiania drzwi, bo nie było zamka...

Przyjazd mamy Arka z Warszawy i radość kilkuletniego chłopca, kiedy się dowiaduje, że mama zamierza go zabrać do siebie. Pamiętam dokładnie taką samą sytuację z czasów, kiedy miałam tyle lat, co mały Arek. Moja mama mieszkała wtedy w Sosnowcu. Przyjechała do Krakowa i powiedziała że mnie zabiera. Nidy nie zapomnę, z jaką radością biegłam przez długi, szkolny korytarz, żeby rzucić się w jej ramiona…

Wspomnienia z dzieciństwa są w książce wyrywkowe, pozbawione konkretów, takie właśnie, jak relacja dziecka. Przez to wstrząsające. W książce księdza Paśnika jest wiele momentów, w których odnajduję swoją historię, ba! – mam wrażenie, że czytam o sobie. Że autor „ukradł” mi biografię. Znamię dotyczy spraw trudnych i bolesnych: rodziny dysfunkcyjnej, alkoholizmu, nieobecnego ojca, dziecka zagubionego w świecie dorosłych i tęskniącego za miłością, kilkunastolatka, który nie wie, kim jest i jakie jest jego miejsce w świecie, ale także – przebaczenia, pojednania, odnalezionego sensu i Boga, który nie rezygnuje z człowieka i potrafi uczynić z najbardziej poplątanego życia arcydzieło.

Tytuł nawiązuje do znamienia, jakie otrzymał bratobójca Kain, aby każdy mógł go rozpoznać (Rdz 4, 15). Warto przypomnieć, że znamię to miało służyć nie tyle napiętnowaniu, co ocaleniu Kaina. I tak może być  z wszystkimi naszymi ranami: mogą być dla nas ocaleniem, jeśli wpuścimy do naszego życia Boga. Jego miłość może zdziałać cuda. Wystarczy popatrzeć na postacie, jakie weszły do rodowodu Jezusa: prostytutki, cudzołożnice, zabójcy, pogardzani przez Żydów cudzoziemcy...

Znamię Paśnika to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy czują się z jakichkolwiek powodów napiętnowani: traumatycznym dzieciństwem, nałogiem własnym lub rodziców, rozwodem, depresją, poczuciem porażki. Nie ma takiego dna, do którego Bóg by nie zszedł, żeby wydobyć człowieka. Nigdy nie jest za późno na nowy początek.

„Stoję tak między światłem a mrokiem” – pisze autor – „Pomiędzy tymi po prawej i po lewej stronie. Nikogo nie chcę zostawić”.

Bo takie jest przecież ludzkie życie: poranione, naznaczone lękiem, ale z nadzieją, która czeka tuż za zakrętem. Między światłem a mrokiem.