niedziela, 10 maja 2020



Niedzielnie…


Niech się nie trwoży  serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu mego Ojca jest mieszkań wiele. (J 14, 1 – 2).
Bóg jest czuły. Dzisiaj mówi do mnie: nie bój się. Zaufaj. Czekam na ciebie w domu Ojca. Tęsknię. Jest w nim miejsce – jedyne, wyjątkowe, tylko dla ciebie.
Mogę się nieźle zdziwić, kogo spotkam w niebie, bo Boże kryteria są zupełnie inne niż nasze, ludzkie. Będzie tam prawdopodobnie pełno zbrodniarzy, prostytutek, alkoholików. Będą politycy innej niż „moja” opcji i dziennikarze innej niż „moja” stacji. Ludzie, których znałam jako ateistów, muzułmanów albo działaczy LGBT. „Moherowe” babcie i lewicujące feministki. Zwolennicy biskupa Rysia i ojca Rydzyka. Moje współsiostry , które się „lansują”w mediach i takie, które wolą  obierać w kuchni ziemniaki.
Dlaczego? Jak to kiedyś trafnie ujął biskup Ryś: taki jest Boży „skandal” miłosierdzia. Bóg patrzy na to, czego nie dostrzega człowiek: na serce. Widzi w każdym z nas wyjątkowość i piękno. Czeka na mnie i na ciebie. Dlatego „mieszkań” w niebie jest tak wiele. Dlatego starczy miejsca dla wszystkich. Dlatego Bóg marzy o człowieku: KAŻDYM człowiekiem.
Warunek jest jeden: że chcę zaprosić Jezusa do mojej historii. Dać Mu szansę. Pozwolić, żeby mnie kochał i działał w moim życiu.

piątek, 8 maja 2020




Powiew COOL - tury

Ostra diagnoza i czułość.
(Pope Francis – A Man of His Word, reż. Wim Wenders, 2018)

Nie wiedziałam o istnieniu tego dokumentu, a przecież światową premierę miał 2 lata temu. 
W Polsce jednak przeszedł bez echa. O filmie dowiedziałam się od Piotrka Wojtasika, dziennikarza niezbyt lubianej przez katolików stacji TVN. Reżyserem jest Wim Wenders, człowiek po kilku rozwodach. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, żeby pokazać, że Bóg nie lubi schematów i czasem posyła do nas ludzi, którzy nie wyglądają na proroków, a jednak nimi są, bo przynoszą dobre słowo, nadzieję, twórczy niepokój, inspirację do konstruktywnej refleksji nad własnym życiem.
„Jakby mnie ktoś zapytał, jak postrzegam wiarę, to właśnie tak: oczami papieża Franciszka” – napisał do mnie Piotrek, więc – choć nie lubię dokumentów, zwłaszcza długich i mocno nasączonych publicystyką - postanowiłam, że Papież Franciszek i jego przesłanie będzie moim obowiązkowym must see.
Nie żałuję. Film Wendersa to prawdziwa bomba treściowa. Zawiera nauczanie papieża Franciszka w pigułce: choroby Kościoła ze szczególnym uwzględnieniem jego hierarchów, problem niesprawiedliwości społecznej, ekologii, przywłaszczania sobie przez człowieka osiągnięć cywilizacyjnych, braku jedności w  rodzinie, kwestię równouprawnienia kobiet i mężczyzn, LGBT, dramat pedofilii w Kościele, wojen, zbrojeń i Holocaustu, kwestię uchodźców, dialogu międzyreligijnego i pluralizmu kulturowego, wreszcie: zagadnienie człowieka wobec umierania i konieczności… poczucia humoru.
Film obejrzałam w Tygodniu Modlitw o Powołania, kiedy w liturgii słowa jest czytana mowa Jezusa z Ewangelii Św. Jana o tym, kim jest Dobry Pasterz. A dzisiaj, w uroczystość Świętego Stanisława usłyszałam podczas homilii dopełnienie tych treści w pytaniu: czy żyjesz DLA KOŚCIOŁA, czy Z KOŚCIOŁA? Czy jesteś pasterzem, czy klerykałem? To pytanie nie dotyczy jedynie biskupów, ale wszystkich ochrzczonych. Szczególnie jednak tych, którzy są najbliżej ołtarza lub tak jak my, siostry zakonne, mieszkają z Jezusem pod jednym dachem…
Dokument Wendersa wymaga skupienia i intelektualnej gotowości do przyjęcia dużej dawki niełatwych treści. Nie ma tu szybkich cięć, wypowiedzi osób innych niż Franciszek, elementów fabularnych, które niekiedy dokłada się do filmów dokumentalnych, żeby uatrakcyjnić scenariusz. Jedynym takim elementem jest postać Św. Franciszka z Asyżu – patrona i duchowego ojca papieża: rola bez słów, ukazana jako kontekst tego, czym żyje papież. Święty z Asyżu pojawia się w obrazie Wendersa kilka razy w sposób symboliczny,  jako milczący świadek, a nawet towarzysz działań i wypowiedzi Franciszka. I to właściwie tyle, jeśli chodzi o jakieś filmowe „fajerwerki”. Co więc zatrzymało mnie przy monitorze komputera poza, rzecz jasna, rekomendacją znajomego? Dwie rzeczy: ostra diagnoza i czułość.

Ostra diagnoza: dla mnie najmocniejsza scena filmu to nie kadry z obozów dla syryjskich uchodźców czy z wizyt papieża w zakładach karnych i szpitalach dziecięcych, nie modlitwa Franciszka w Instytucie Yad Vashem, nawet nie ukazanie dramatycznego zatonięcia łodzi z uchodźcami koło Lampedusy, lecz spotkanie z kościelnymi hierarchami w Watykanie. Papież mówi bez ogródek „swoim” ludziom, jakie choroby trawią Kościół: wiara, że jesteśmy nieskazitelni, odporni na zło i niezastąpieni, choroba rywalizacji i próżnej chwały, choroba zamkniętych kręgów, choroba schizofrenii egzystencjalnej, choroba duchowego Alzheimera, choroba bogacenia się i… choroba ponurych min. W tym momencie mistrz Wenders kadruje kamienne twarze zebranych na obradach biskupów. Bezcenne!

Czułość: przewija się przez cały czas trwania filmu. Jest obecna nie tylko w słowach Franciszka, ale w jego tonie głosu, gestach i wnikliwym spojrzeniu. Kiedy słucham wypowiedzi papieża z dokumentu Wendersa, to cały czas mam wrażenie, jakby mówił tylko do mnie. I nieodpartą chęć przytulenia się do niego. Albo pójścia do spowiedzi. Tak, Franciszek żyje wzorem Dobrego Pasterza, jaki Jezus pozostawił w Ewangelii Św. Jana: pasterza, który nie odpuszcza, sam szuka każdej owcy, bo każda dla niego jest wyjątkowa z własnym imieniem i historią życia, pasterza pełnego ciepła i delikatności, lecz kiedy trzeba: stanowczego, pasterza radosnego, lecz kiedy trzeba: zatroskanego.

Dokument oglądałam ze wzruszeniem i tęsknotą, zwłaszcza, gdy pokazywał obrazy z papieskich pielgrzymek czy spotkań z młodzieżą. I te tłumy rozentuzjazmowanych ludzi, które go witały… Od razu przypomniała mi się jakże inna modlitwa Franciszka z 27 marca tego roku: papież był zupełnie sam, na pustym Placu Świętego Piotra, w cieniu pandemii. I płakał z płaczącymi.
Słowa, które mi najbardziej utkwiły w pamięci po obejrzeniu filmu, to wypowiedź papieża o obecności Boga w naszym życiu: „Być może jedyną rzeczą, która wiąże wszystkich ludzi na ziemi, jest właśnie miłość Boga. We wszystkim innym jesteśmy wolni: wolni do tego stopnia, by móc Go nie kochać.”
Jeśli film pozostawił we mnie jakiś niedosyt, to jest on spowodowany brakiem jasnego określenia, co to znaczy, że chrześcijanie są uczniami Chrystusa, i na czym polega wyjątkowość tego, w co wierzymy.  Skoro, jak twierdzi papież, tak naprawdę Bóg jest jeden dla wszystkich, to dlaczego warto iść właśnie za Chrystusem?
I dlatego trzeba film Wendersa zobaczyć. Choćby dla tego jednego pytania. Aha, i dla pewnego zdania, które mnie osobiście urzekło, bo temat jest mi bliski: że artysta jest apostołem piękna.

Link do zwiastuna:

środa, 6 maja 2020



Powiew COOL - tury

Plakaty z Patrickiem na ścianach i odkrywanie kobiecości (Dirty Dancing, reż. Emile Ardolino, 1987)

Kochały się w nim wszystkie nastolatki: nie dość, że piękny, wysportowany, męski, to jeszcze świetnie śpiewał i jeszcze lepiej tańczył. A przy tym w spojrzeniu i całym sposobie bycia miał jakąś nieuchwytną czułość i delikatność. Jego bohaterowie prawie zawsze byli w typie silnego wrażliwca. Patrick Swayze.
Kiedy miałam jakieś 12 lat, na ekrany wszedł serial o Wojnie Secesyjnej Północ – południe, który do dziś uwielbiam, oraz film, którego całkiem zgrabny tytuł Dirty Dancing przetłumaczono nie wiedzieć czemu jako Wirujący seks, więc plakatami Patricka oblepiłam sobie ściany w pokoju. Dopóki nie zakochałam się w koledze z klasy.
Wirujący seks – brzmi pretensjonalnie i dzisiaj już nikt by w ten sposób żadnego tytułu nie przetłumaczył, ale dla dziewczynek z siódmej klasy podstawówki brzmiało ekscytująco.
Co zapamiętałam z tego filmu po latach? Kolory, bajeczny klimat Ameryki lat 60., musicalową beztroskę, oszałamiającą choreografię i muzykę, która przetrwała próbę czasu i do dziś dodaje skrzydeł lepiej niż Red Bull. No i oczywiście hipnotyzujący romans (ach, ta scena ćwiczenia układu tanecznego w wodzie!), a także obowiązkowy wątek amatorki, co to nagle a niespodziewanie musi zastąpić profesjonalistkę podczas występu, od którego zależy niemal zbawienie ludzkości, a przynajmniej utrzymanie pracy przez bohatera – instruktora tańca… Oczywiście robi to brawurowo.
Co zobaczyłam w Dirty Dancing wczoraj wieczorem, kiedy do niego wróciłam po ponad 30 latach? Podziały społeczne. Niestety trochę toporne i zerojedynkowe: ci „biedni” są empatyczni, wrażliwi, zdolni, ale zdegradowani, a ci „bogaci” - znudzeni, cyniczni i moralnie zepsuci. Ciekawe, że w filmie nie pojawia się wątek dyskryminacji rasowej, co było naprawdę dużym problemem w Ameryce tamtych czasów. Trzydzieści lat młodsze Służące, których akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych dokładnie w tej samej epoce,  akcentują właśnie ten temat. Tymczasem w Dirty Dancing mamy prawie wyłącznie białych bohaterów - ale tych  „lepszych” i tych „gorszych”. Ci z elity to przeciętniacy i degeneraci. Faceci traktują dziewczyny jak swoją własność lub je wykorzystują i potem (o zgrozo!) nie pomagają im w zorganizowaniu „zabiegu”, szantażują tych, którzy nie mają żadnej kasy ani wpływów, mszczą się i niszczą innym facetom reputację, żeby przykryć swoje grzeszki. Kobiety to puste lale: dbają jedynie o to, żeby mieć ładnie ułożone włosy, zastanawiają się, z kim spędzić noc, i reagują frustracją, gdy odcień butów nie pasuje im do sukienki. Na tym smutnym tle wyróżnia się trójka bohaterów: Baby (Jennifer Grey), Johnny (Patrick Swayze) i Penny (Cynthia Rhodes). Pierwsza jest tą Jedyną Absolutnie Dobrą czyli nie pasującą do systemu nastolatką ze świata bogatych. Rodzinne wakacje w ekskluzywnym ośrodku wypoczynkowym są dla niej czasem odkrywania, kim jest i czego chce od życia. Zderzenia idealistycznych marzeń o wstąpieniu do Korpusu Pokoju i ukończeniu studiów, które posłużą jej w ratowaniu ludzkości, z brutalną rzeczywistością. Służy temu – a jakże! – romans, w jaki się wdaje z ujmującym instruktorem tańca Johnnym, i przyjaźń z „zakazanym” towarzystwem, które wydaje się nieodpowiednie dla panienki z dobrego domu. Okazuje się jednak, że dziewczyna nareszcie czuje się sobą i dostrzega, że życie nie jest takie proste, jak jej się do tej pory wydawało. Baby dorasta. Staje się kobietą. Nabiera pewności siebie i odwagi. Jest nawet w stanie poświęcić swoją reputację, żeby stanąć w obronie ukochanego. I to mi się akurat bardzo podoba. Szkoda jednak, że twórcom filmu do ukazania tej przemiany tak bardzo potrzebne było „wrzucenie” bohaterki do łóżka Johnny’ego. Bo jaki tutaj mamy przekaz? Szesnastolatka zakochuje się w starszym i – jak wynika z kontekstu – mocno już doświadczonym przez życie i kobiety chłopaku. Jest to bardzo powierzchowna znajomość, trwająca tyle, ile wakacyjny turnus. Oczywiście nie ma szans, żeby rodzice zaakceptowali ten związek ze względu na zbyt duże różnice społeczne. Pamiętajmy, że akcja się dzieje sześćdziesiąt lat temu. Oczywiście młodzi mogliby się zbuntować i zdecydować, że choćby się waliło, paliło i grzmiało, to oni chcą być razem. Jak Romeo i Julia. Nic takiego jednak nie wynika ani z rozwoju akcji, ani z dialogów. Nie ma zresztą tych dialogów między zakochanymi zbyt wiele, bo albo tańczą, albo uskuteczniają sceny miłosne. Jedno i drugie przepiękne i pokazane w sposób niezwykle delikatny, wręcz wyidealizowany, tylko jakie to ma skutki dla ich dalszej relacji? Czy w ogóle można nazwać relacją to, co się dzieje między nimi? Może rzeczywiście jest to po prostu „wirujący seks”?
Johnny ukrywa jakąś tajemnicę. To typ wrażliwego twardziela, ewidentnie skrzywdzonego przez los. Z jednej strony czuły i opiekuńczy, z drugiej – uciekający przed bliskością. Jakby się bał miłości. No i obłędnie tańczy… Trudno się zresztą dziwić: Patrick Swayze był z zawodu tancerzem.
Penny to typowa dziewczyna wystawiona do wiatru przez łajdaka, który się nią pobawił, a gdy pojawił się problem w postaci niechcianego dziecka: wyrzucił jak zepsutą zabawkę.
I tutaj dochodzimy do sedna: w pozornie beztroskim i musicalowym Dirty Dancing tkwi bardzo niebezpieczne przesłanie, że niezobowiązujący romans jest ok, nawet dla kilkunastoletniej dziewczynki, bo pomaga odkryć swoją kobiecość i nabrać pewności siebie, a aborcja jest moralnie dopuszczalna, wręcz oczywista w wypadku, gdy nam się nie udało zapobiec ciąży. Swoją drogą, w filmie ani razu nie pada słowo „aborcja”. Zamiast tego słyszymy miłe, uspokajające słowa: „lekarz”, „zabieg”, „pomoc”, „wszystko będzie dobrze”, „będę jeszcze mogła mieć dzieci”. Mało tego: bohaterstwo Baby to w dużej mierze pomoc w organizacji „zabiegu” dla nowo poznanej przyjaciółki. Pożycza pieniądze od taty, ryzykuje, że straci jego zaufanie, i zastępuje Penny podczas występu tanecznego. Na nauczenie się układu ma co prawda tylko kilka dni, no, ale z Patrickiem Swayze, to przecież czysta przyjemność!
Podsumowując: film obezwładnia widownię, szczególnie jej damską część. Warto jednak pomyśleć, jaki jest jego przekaz. A potem popatrzeć na niego jak na podróż do przeszłości i zanucić She’s Like The Wind albo Time of My Life…

Zamiast zwiastuna - kultowe Time of My Life:


wtorek, 5 maja 2020



Mówienie prozą…

CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI PANDEMICZNE.

ODSŁONA TRZYDZIESTA SZÓSTA. TEOLOGIA JARKA.

W pałacowej kaplicy Domu Chłopaków trwa msza imieninowa mojej przyjaciółki, siostry Reginy. Ewangelia, która bardzo pasuje na tę okoliczność - o Dobrym Pasterzu:
Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu… (J 10, 1 – 3). Kazanie ojca Rafała jest o tym, że warto zaufać Pasterzowi. Nauczyć się Jego głosu. Wpuścić Go do swojego życia.
Na mszy jest Jarek. Dziecko bardzo mocno zaznaczające swoją obecność poprzez żywiołowe reakcje i głośne komentowanie wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Nie trzeba było więc długo czekać…
- Warto żyyyć! – rozlega się na całą kaplicę okrzyk Jarka i podrywa wszystkich z ławek.
I właściwie to wystarczy. Jarek nam streścił całą Ewangelię, wszystkie komentarze, jakie kiedykolwiek do niej napisano – ba! – całą teologię. No bo o co chodzi w naszej wierze, bez względu na to, czy świeci słońce, czy pada deszcz, czy zalewa nas blask jupiterów, czy fala nieszczęść, czy czujemy się jak zwycięzcy, czy jak zbite psy, czy wygrywamy milion, czy zostajemy na lodzie bez pracy z masą długów? O to, że WARTO ŻYĆ.
Brzmi naiwnie? Cóż, tak samo naiwnie brzmi podnoszenie się z upadków, ocieranie łez, odbudowywanie świata po kataklizmie, rodzenie dzieci po wojnie, wznoszenie domów na miejscu tych, które ktoś nam zniszczył, bo przecież, jak pisał Leopold Staff po zburzeniu Warszawy w 1939:

Będziemy znowu mieszkać w swoim domu,
Będziemy stąpać po swych własnych schodach.
Nikt o tym jeszcze nie mówi nikomu,
Lecz wiatr już o tym szepcze po ogrodach.

I można powiedzieć: po powstaniu tego wiersza było jeszcze sześć lat wojny i pięćdziesiąt lat komunizmu, a i teraz nie jest zbyt radośnie. A można powiedzieć coś zupełnie innego: wszystko ma swój koniec – i wojna, i zły ustrój, i kataklizm, i pandemia. Tylko miłość Dobrego Pasterza jest wieczna, bo Ten, który pokonał grzech i śmierć, jest silniejszy niż wszystkie nieszczęścia tego świata. Warto Go wpuścić do swojej biografii, bo wtedy zobaczymy, że choćby się waliło i paliło, to WARTO ŻYĆ.
Jarek z Broniszewic już o tym wie od dawna.

poniedziałek, 4 maja 2020




Myśli niedorzeczne…


DO MOJEJ PRZYJACIÓŁKI

Moja przyjaciółko
pochylona nad niedogaszonym knotkiem
trzciną nadłamaną
i psem z kulawą nogą

Czas
ten dobroduszny latarnik
chyba nas polubił
tyle lamp już pogasił
ale nie nasze

I tak sobie idziemy
wśród wczorajszych marzeń

I tak sobie znajdujemy
pogubione chwile
które miały trwać

I tak się uśmiechamy
do wszystkich końców świata
jakie wspólnie udało się nam przeżyć
Moja przyjaciółko
zbieraczko kropel rosy
osłabłych biedronek
zabłąkanych żuczków
much ze złamanym skrzydłem
i przydrożnych kotów

Moja przyjaciółko
szczęśliwa posiadaczko
głowy Jezusa z rozbitego krzyża
zapomnianych snów
i świętej cierpliwości

Moja przyjaciółko
matko bezdomnych dzieci
które odkrywają
że słowo dom
może otulić i ogrzać

Moja przyjaciółko
przyjmująca ze spokojem
wszystko
co we mnie
niepoukładane
niedokończone
niechciane

Moja przyjaciółko
wieczna jak konwalie

(Broniszewice, 03. 05. 2020)








niedziela, 3 maja 2020


Mówienie prozą…


CZAS NIEOKREŚLONY. ZAPISKI PANDEMICZNE.

ODSŁONA TRZYDZIESTA PIĄTA. ŚWIĘTOWANIE.

Dzisiaj imieniny siostry Reginy, mojej przyjaciółki. Nie pomyślałabym, że będziemy je świętować razem, i to jeszcze w Broniszewicach. Takie błogosławieństwo pandemii…
Regina  jest w moim życiu od zawsze. Co prawda to „zawsze” zaczęło się trzynaście lat temu, kiedy przyjechałam na placówkę do Broniszewic, ale ma wymiar zdecydowanie wieczny. Moje początki w Broniszewicach były trudne, ponieważ matka generalna z jakichś do dzisiaj dla mnie niezrozumiałych powodów oddelegowała mnie do biura, do pracy w charakterze… pomocnika księgowej. W umowie o pracę ten etat nosił wdzięczną nazwę „kasjerka”. Kto mnie choć odrobinę zna, ten dobrze wie, że w raportach kasowych ciągle się coś nie zgadzało, a obliczenia o niebo lepiej wykonywała w pamięci siostra Mariola (emerytowana księgowa) niż ja w programie EXCEL. I wtedy właśnie siostra Regina uratowała mi życie, a ściśle mówiąc: moją psychikę. Zatrudniła mnie do pomocy przy reżyserii jasełek. Udział mieli wziąć nasi chłopcy uczący się w szkole specjalnej w Pleszewie, gdzie siostra Regina była podówczas katechetką. Jasełka graliśmy kilka razy w różnych miejscach, a nawet zdobyliśmy główną nagrodę czyli Anioła Bożonarodzeniowej Twórczości na jakimś powiatowym konkursie jasełek. Anioł wisi do dziś w biurze siostry Reginy.  
Tak się zaczęła nasza przyjaźń. Kilka kolejnych wspólnych przedstawień. Niejeden śmiech i łzy. Długie spacery po parku. Podziwianie rozkwitających konwalii przy grocie Matki Bożej. Próba ratowania pewnego naszego wychowanka przed nałogiem i moralnym upadkiem, niestety bezskuteczna. Słuchanie tych samych piosenek, których drugie dno rozumiałyśmy tylko my. Wypad z dziesięcioma niepełnosprawnymi chłopakami na czuwanie modlitewne do Białej Niżnej i nocleg u mojej mamy. Do dziś nie mam pojęcia, w jaki sposób w dwóch pokojach zmieściło się kilkanaście osób. Wakacyjne spotkania w Krakowie u mojej mamy i wieczorne włóczenie się po Starym Mieście, które nazywałyśmy „wdychaniem zapachu starych kamienic”. Wzajemnie wspieranie się w chwilach kryzysów, czasem bardzo poważnych.  Uroczyste czytanie fragmentów moich powieści w żydowskich knajpkach na Kazimierzu. Wesele Baśki, rodzonej siostry Reginy, na którym miałam śpiewać psalm, ale pociąg się zepsuł i spóźniłam się na mszę. Wreszcie: powieść o Broniszewicach, którą zaczęłam pisać, ale skończyło się na jednym rozdziale. Rozdział powstał – dodajmy – jedenaście lat temu i opisuje Reginę jako tytankę przebudowującą ośrodek i panującą tam jako dyrektorka. Oczywiście nikomu się wtedy nie śniło, że to będą prorocze słowa. W sumie dobrze, że powstał tylko ten rozdział, bo w następnych miałam zamiar uśmiercić samą siebie i jeszcze dwójkę naszych przyjaciół. Taki miałam wtedy nastrój. Był tam jednak fragment, który nie stracił na aktualności i z czystym sumieniem mogę się pod nim podpisać również dzisiaj:
„Są takie miejsca, które chcemy za wszelką cenę ochronić przed upływem czasu, biegiem zdarzeń i nie znającą wspomnień koniecznością. Miejsca, które żyją w nas ze swoim zatrzymanym czasem. Czasem płynącym powoli i bez przemijania, zapomnianym i niepotrzebnym nikomu – poza nami.”
Dziękuję Ci, moja Konwaliowa Przyjaciółko za te wszystkie bezcenne lata, często spędzone daleko od siebie, ale tak, jakbyśmy były ciągle razem.

sobota, 2 maja 2020


Świątecznie…

LITANIA PRZYDROŻNA
Maryjo z przydrożnej kapliczki,
W wypłowiałej sukience
I z bukietem kaczeńców,
Które ktoś kiedyś tam zostawił
Ze swoimi łzami
- módl się za nami

Maryjo z fresków Fra Angelico,
Krucha jak poranny powiew
I silna jak „Bądź wola Twoja”
- módl się za nami.

Maryjo z Jasnej Góry,
Wielka jak śluby Jana Kazimierza
I cicha jak obietnica przyjaciela
- módl się za nami.

Maryjo ze znanych
od dziecka pieśni,
prostych jak Biblia, \którą opowiadał dziadek
i trudnych jak tęsknota za niebem
- módl się za nami,

Maryjo z Litanii Loretańskiej,
Oswojonej jak dom rodzinny
I świeżej jak wyznanie miłości
- módl się za nami.

Maryjo z twarzą mojej matki,
Maryjo o spojrzeniu,
Z którego
Można wyczytać jak z otwartej księgi
To zawieszenie
Miedzy Krzyżem a Zmartwychwstaniem
- módl się za nami.


fot. s. Regina Dorota Krzesz