poniedziałek, 11 listopada 2019



Świątecznie…

JEDENASTY LISTOPADA

za kraj lat dziecinnych
w którym dzięcielina pała
za chrząszcza który brzmi w trzcinie
za chochoła w bronowickiej chacie
za zapach starych kamienic w moim mieście
za poloneza na studniówce
za czekoladki z Wawelu które babcia cudem zdobywała
za łamanie się opłatkiem gdy za oknem ciemność
za ten dreszcz kiedy słyszę
że jeszcze nie zginęła
za biel przeciętą
czerwoną smugą
obolałej historii
dziękuję ci ojczyzno

(Kłodzko, 11. 11. 2019)

czwartek, 7 listopada 2019



Powiew COOL – tury…

Wszyscy jesteśmy Jego Ciałem… („Boże Ciało”, reż. Jan Komasa, 2019)

Rzadko się zdarza, żeby jakiś film podobał się zarówno wierzącym, jak niewierzącym, środowiskom katolickim i tym z drugiej strony „barykady”. Musi być wybitny, a przynajmniej dobrze zrobiony.
Tak jest w wypadku „Bożego Ciała” Jana Komasy. Wbił mnie w fotel. Leciały końcowe napisy, a ja siedziałam wpatrzona w ekran. I wstrząśnięta. To w dużej mierze zasługa świetnego, dobrze budującego napięcie scenariusza Mateusza Pacewicza, sprawnej reżyserii, przejmującej muzyki Evgueni’ego i Sachy Galperine, zgaszonych, zimnych kolorów, w jakich pokazany jest cały obraz, i znakomitych aktorów, a szczególnie odtwórcy głównej roli. Bartosz Bielenia opowiedział historię swojego bohatera w sposób bardzo oszczędny, bez przerysowania, i dlatego poruszająco. Natychmiast zainteresowałam się losem tej postaci…
Ksiądz Tomasz jest do białości rozpalony miłością do Chrystusa. Zafascynowany Ewangelią. Kochający swoich parafian. Odważnie stawiający czoła tragedii, jaka się wydarzyła na terenie parafii rok wcześniej, i wynikającym z niej podziałom. Wnosi do obumarłej wspólnoty parafialnej życie. Z młodzieńczym zapałem pokazuje, czym naprawdę jest Ewangelia…
Tyle tylko, że jest… przebierańcem.
Z historii chłopaka, który wychodzi z zakładu poprawczego i nie pała entuzjazmem do piłowania desek w zakładzie stolarskim, więc wpada na pomysł mistyfikacji, po czym sytuacja go przerasta, można zrobić tanią sensację, melodramat albo – dajmy na to - farsę. Komasa się jednak ustrzegł banalnych, narzucających się rozwiązań. Poszedł w głąb. Zadał sobie pytanie, kim jest chłopak o imieniu Daniel. Co sprawia, że nagle wciela się w tę ryzykowną rolę. Za czym tęskni. Co go odróżnia od pozostałych wychowanków zakładu, który tylko z nazwy jest „poprawczy”, bo na żadną poprawę nie ma tam nadziei. Jaki życiowy ciężar ten chłopak dźwiga. I chociaż nie poznajemy jego przeszłości, mało tego: nie wiemy o nim prawie nic, nie ma to żadnego znaczenia. Widzimy jego tęsknotę za światem, gdzie nie ma przemocy, nienawiści, zakłamania. Widzimy to w jego rozgorączkowanym, hipnotyzującym spojrzeniu, gdy stojąc przy ołtarzu jako ksiądz patrzy na Ukrzyżowanego i mówi: „Jak mamy Cię naśladować? Jak? Ty jesteś taki czysty, a w nas tyle brudu…”. Jest w tym wołaniu rozpacz, ale także niezgoda na rzeczywistość.
Film jest pełen paradoksów: pobożna gosposia proboszcza zieje nienawiścią, a młody przestępca, który w dodatku nie stroni od alkoholu i kobiet, okazuje się bardziej autentycznym świadkiem wiary niż ksiądz proboszcz. Kobieta odsądzona od czci i wiary przez mieszkańców wioski przyznaje się do winy, a „dobrych ludzi” modlących się od roku codziennie przy kapliczce, gdzie umieszczono zdjęcia ofiar wypadku, nie stać na przebaczenie i na zwykły, ludzki, oczywisty (jakby się wydawało) gest: pochówek zmarłego. Powiecie: stereotyp „Polaka – katolika”. A może jednak prawda o ludzkiej naturze, tak łatwo zwalniającej się z miłości bliźniego i piętnującej cudze grzechy?
Dla mnie to film, który zmusza do zadania sobie pytań: co zrobiłeś, chrześcijaninie, z Ewangelią? Gdzie ona jest w twoim życiu? Gdzie jest twoja wrażliwość na drugiego człowieka? Gotowość przebaczenia? Odwaga przyznania się do winy? Co robisz w kościele pisanym z małej litery – i w Kościele jako wspólnocie ludzi wierzących w Chrystusa? Czy Kościół dla ciebie jest w ogóle wspólnotą czy tylko firmą świadczącą usługi religijne? Bo wtedy rzeczywiście lepiej pójść sobie na boisko, jak to powiedział na początku filmu kapelan poprawczaka. Pan Jezus cię tam znajdzie.
Film Komasy jest jak gorzka pigułka, którą trzeba przełknąć, żeby wyzdrowieć. Obudzić się z letargu. Popatrzeć szerzej. Niestety, nie kończy się happy endem. Sen o spełnionym marzeniu, które było niemożliwe do zrealizowania, nie może przecież trwać zbyt długo. Życie w takich sytuacjach bywa tak brutalne jak koledzy Daniela z poprawczaka…
Najbardziej niepokoi w dziele Komasy tytuł: „Boże Ciało”. Nie jest to tylko zwykłe nawiązanie do kościelnej uroczystości, która się w filmie pojawia zaledwie na krótką chwilę. Boże Ciało to krucha Hostia, którą bohater podczas świętokradczej mszy trzyma w dłoniach ze wzruszeniem i obawą, jak najcenniejszy skarb. Boże Ciało to postać Ukrzyżowanego, która bohatera tak bardzo inspiruje. Boże Ciało wreszcie to wreszcie my wszyscy: wspólnota chciana i kochana przez Jezusa. Dlatego w scenie pożegnania z parafianami bohater zrzuca sutannę. Wyciąga obnażone ramiona jak ukrzyżowany Chrystus i wychodzi z kościoła, niosąc swój ból i tęsknotę.
Nie mogłam wyjść z kina bez refleksji, co zrobiłam ze swoją przynależnością do Ciała Chrystusa, czy jeszcze za Nim tęsknię i czy z mojego powodu ktoś przypadkiem nie wyszedł z Kościoła ze swoim niezauważonym bólem…
Film mądry, odważny, dający do myślenia i – chociaż można dostrzec pewne podobieństwa w treści - dużo ciekawszy niż „Kler”. Nie tak nachalnie jednowymiarowy. Warto!

niedziela, 3 listopada 2019


Niedzielnie…


ZACHEUSZ

Stałem w tłumie.
Daleko, jak najdalej.

Nie chciałem, żeby mnie wzięli
za zwolennika tego cudotwórcy.

I wtedy zwierzchnik celników
wlazł na drzewo.

Starzejący się mężczyzna
w ubraniu najlepszej marki
wdrapuje się na drzewo
jak dziesięcioletni syn dozorcy.

Pomimo hałasu słyszę,
och, jak dobrze słyszę
trzask rozrywanej tuniki.

Drogi materiał wydaje z siebie
skowyt
z powodu ilości złota,
jakim za niego zapłacono.

Złota ze zrabowanych majątków.

Uśmiecham się na myśl o moim przyodziewku.
Czystym. Bez jednej fałdki.

Zacheuszu.

Ocknąłem się.
Cudotwórca wypowiedział imię.
Nie moje imię.
Imię człowieka na drzewie,
który jeszcze nie widział swojego rozdarcia.

Zejdź prędko, albowiem
Muszę się zatrzymać w twoim domu.

Dlaczego właśnie jego imię?
Dlaczego właśnie jego dom?

Jeśli cudotwórca jest Synem Bożym,
to powinien wiedzieć, kim jest ten człowiek na drzewie.
Z ilu zrujnowanych domów wybudował swój dom.

Odszedłem z pośpiechem
niosąc swoje serce
ściśnięte
niespełnioną miłością.

Puste jak wyschnięta studnia.

(Ostrzyca, 21. 07. 2019)




piątek, 1 listopada 2019

fot. Marta Woynarowska



Świątecznie…

WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

październik powoli zachodzi
złotą łuną
i mgła okrywa całą ziemię

po nikłych schodach
z cmentarnych płomyków
idą do nieba
listopadowi święci
nieogłoszeni
trochę nieudani
robotnicy ostatniej godziny

dziecko sąsiadów co w zeszłym roku
zginęło na przejściu dla pieszych
potyka się o rozwiązaną sznurówkę

ta dziwaczka co dokarmiała
osiedlowe koty
biegną za nią wszystkie
ocierają się o jej dziurawe buty
jeden śpi w jej ramionach jak niemowlę

chuda dozorczyni co miała
męża pijaka
albo syna
różnie mówią

babcia co piekła taką szarlotkę
że w całym domu pachniało
przedwojennym sadem
zanim nadleciały samoloty
i zabiły wszystkie drzewa

kuzynka co nie umiała mówić
śliniła się tylko
i wołali na nią ta głupia
a w jej oczach była cała treść

dziewczyna ze zdjęcia
czarno – biała jeszcze
ta co się uparła
że urodzi
w czasach kiedy
lepiej było umrzeć przy porodzie
niż żyć z nieślubnym dzieckiem
jakby się umarło

ta dziewczynka z podwórka
wieczna ośmiolatka
co się dzieci z niej śmiały
że widzi anioły
a potem anioł przysiadł
na jej szpitalnym łóżku
kiedy było jej coraz mniej

idą po nikłych schodach
z cmentarnych płomyków
śmieją się i śpiewają
jak przedszkolaki maszerujące na piknik

ci co przyszli z wielkiego ucisku
i wypłukali swe szaty
we krwi Baranka
te znoszone ubrania
niekochanych żon
sierot
kalek
źle zarabiających stróżów


idą biali jak śnieg
zamienieni w muzykę

(Kłodzko, 01. 11. 2019)




środa, 23 października 2019


Myśli niedorzeczne…

ODEJŚCIE

Władysławowi Zakrzewskiemu

Przemknął koło mnie korytarzem tak cicho,
że nie zdążyłam złapać tej chwili za rękę.
I pomilczeć z nią, i wsłuchać się w jej ukrytą mądrość.

Mądrość, która mówi, że to, co wieczne, jest niepozorne.
Mądrość, która uśmiecha się do dziecka o płowych, pospolitych włosach
i zmęczonej kobiety z torbą pełną ziemniaków.
Mądrość, która chodzi w wytartym swetrze
i pięknieje dopiero, kiedy kocha.
Mądrość, która nie wstydzi się, że jest stara,
i właśnie dlatego jest bardzo młoda.
Mądrość, która zachwyciła się światem i tak już jej zostało.
A potem zamieniła się muzykę.

Przemknął korytarzem jak tyle razy wcześniej.
A potem nagle skręcił w wieczność.

A my stoimy oszołomieni i nie wiemy, co zrobić z rękami.
Jak debiutanci.
Jak osierocone dźwięki niezagranego koncertu.
Jak zawsze wtedy, gdy ktoś skręca w wieczność.

(Kłodzko, 24. 10. 2018)


niedziela, 20 października 2019



Niedzielnie…

„Obroń mnie przed moim przeciwnikiem.” (Łk 18, 3)

Przypowieść o wdowie, która naprzykrzała się sędziemu, pokazuje, czym jest modlitwa: systematycznym naprzykrzaniem się Bogu. Czasami jest to wołanie, czasem szept, a czasem pogawędka przy kawie. Bo tylko wtedy można mówić o relacji.
Kiedy mówię Bogu: „Obroń mnie przed moi przeciwnikiem”, to wiem, że mnie wysłucha. Nie ma takiego lęku, porażki, smutku, który by mnie wdeptał w ziemię.  Po prostu wiem, że zło jest bez szans. Nie ma do mnie dostępu.  Szatan realnie istnieje, ale jest bezradny wobec relacji Boga z człowiekiem.
Oczywiście to nie jest tak, że kiedy uwierzę Jezusowi, to dostaję w pakiecie młodość, piękność, zdrowie, bogactwo i sławę, a także gwarancję, że wszystkie nieszczęścia świata będą skutecznie omijać mój dom. Najwyżej spadną na domy sąsiadów. Cierpienie jest integralną częścią naszego życia. Począwszy od błahej sytuacji, że nie mam skąd pożyczyć historycznych mundurów na spektakl teatralny, poprzez chorobę moją czy kogoś bliskiego, a na wojnie w Syrii skończywszy… Różne są nasze lęki powszednie i różne cierpienia. Nie da się jednak ich uniknąć.
„Obroń mnie przed moim przeciwnikiem” oznacza tyle, co: „Wiem, Komu zaufałem.” Jest taka piękna biblijna opowieść o młodym Dawidzie, który idzie walczyć z potężnym, dobrze uzbrojonym Goliatem, wyposażony jedynie w procę. „Ty idziesz na mnie z mieczem, dzidą i zakrzywionym nożem, ja zaś idę na ciebie w imię Pana Zastępów” (1 Sm 17, 45) – mówi Dawid do drwiącego z niego olbrzyma. To wystarczy. Zwycięża.
Kiedy wiem, w czyje imię zaczynam dzień, idę do pracy, zmagam się z trudnościami, wracam do domu, to wiem, po co żyć. I żadne cierpienie nie ma takiej mocy, żeby mnie złamać.
A natrętna modlitwa jest po to, żebym sobie ciągle o tym przypominała.

sobota, 19 października 2019



Powiew COOL – tury…

Plac zabaw zakazanych (Plac zabaw, reż. Bartosz M. Kowalski, 2016)

Straszny tytuł, biorąc pod uwagę tragiczny finał filmu – zwieńczony sekwencją o takim właśnie podtytule: „Plac zabaw”. Film jest bowiem podzielony na kilka prostych, ascetycznych wręcz sekwencji – historii trojga dzieci kończących właśnie podstawówkę. Akcja zamknięta jest w jednym dniu – czerwcowym, słonecznym początku wakacji. Poznajemy Gabrysię, Szymka i Czarka. Poznajemy też ich domy, z różnych powodów zimne, obce, pozbawione miłości.  Stąd już prosta droga do katastrofy.
Twórcy filmu opowiadają o tych dzieciach – milczących, zamkniętych w sobie i paradoksalnie krzyczących o miłość i uwagę – zwięźle, bez ozdobników, niemal bezemocjonalnie. I właśnie dlatego film zawiera silny ładunek emocji. Po zakończeniu siedziałam przez chwilę w osłupieniu. Przesłanie niby oczywiste - w każdym „potworze” kryje się poranione przez niedojrzałych rodziców dziecko - jednak głęboko prawdziwe i przedstawione na ekranie w sposób wiarygodny. Bez moralizowania. Bez niepotrzebnych wątków. Bez patosu. Bez epatowania okrucieństwem. Mamy jedynie kilka obrazów: blokowisko, kamienice, gdzie (jak się można domyślić) mieszka tak zwana „patologia”, szkołę, zrujnowany pustostan, szkolne toalety, galerię handlową i wreszcie tytułowy „plac zabaw” – tory kolejowe.  Te miejsca przerażają opuszczeniem: i dosłownym, i metaforycznym. Są bowiem symbolem stanu psychicznego małoletnich bohaterów. Dzieci nie mogących sobie znaleźć miejsca w świecie, zaniedbanych przez rodziców, rozpaczliwie samotnych, klnących jak szewc, palących nielegalnie papierosy i coraz bardziej okrutnych. Okrucieństwo i autoagresja jest w tym filmie dawkowana umiejętnie – od trzech mocnych scen, kiedy Gabrysia wypija duszkiem kubek wrzątku, Szymek wzorowo opiekujący się niepełnosprawnym ojcem nagle zaczyna go bić, Czarek odbiera ze sklepu zamówione mięso, a potem drażni wygłodniałego psa, poprzez bezgranicznie smutną scenę w opuszczonym budynku, kiedy chłopcy upokarzają Gabrysię, aż po finałową „zabawę” Szymka i Czarka na torach, pokazaną w oddali – tak, jakbyśmy my, widzowie, byli jej świadkami, a równocześnie biernymi obserwatorami, którzy nie reagują, gdy jeszcze jest na to czas. Reżyser jest bezlitosny: stawia nas bardzo blisko zbrodni. Widzimy ją i… nic. To nie nasza sprawa. Interwencja zajęłaby nam zbyt dużo czasu i może pokrzyżowała piękne plany na ten słoneczny, wakacyjny dzień…
Film jest do bólu prawdziwy i bardzo smutny. Jest jednak diagnozą istotnego fragmentu rzeczywistości. Opowieścią o niekochanych dzieciach, jakich wokół nas pełno. Jeśli nie poświęcimy im wystarczająco dużo czasu i uwagi, to zaczną sobie szukać własnych „placów zabaw” – budynków zrujnowanych i opuszczonych jak ich dziecięce dusze, torów kolejowych, na których można zakatować kogoś słabszego albo samego siebie, mrocznych zakamarków wirtualnego świata albo kolorowej beztroski, jaką obiecują substancje psychoaktywne. Film nie jest przesadą. Jest apelem do rodziców i nauczycieli: nie stójcie w oddali jak widzowie spektaklu. Miejcie odwagę podejść bliżej. Żeby zapobiec katastrofie.
Jeśli po obejrzeniu filmu mam jakieś wątpliwości, to dotyczą one bardzo młodych aktorów obsadzonych w tych wymagających rolach. Zagrali rewelacyjnie, ale na ile zostali przygotowani do odtworzenia swoich postaci? I czy udział w tym filmie nie zostawił trwałego śladu w ich psychice? Gdybym była reżyserem, chyba bym się bała obsadzić w czymś takim dzieci…