czwartek, 13 lipca 2023


 Notatki z rekolekcji


KAŻ MI PRZYJŚĆ DO SIEBIE

Mt 14, 22 – 33.

Znowu ich zostawił. Kazał im się przeprawić na drugi brzeg. Było ciężko. Zerwał się wiatr
i kilka godzin walczyli z naturą. Poranna mgła zacierała kontury, niewiele było widać,
a słońce jeszcze nie wzeszło. Nagle zobaczyli majaczącą w oddali postać. Jasny zarys sylwetki płynął NAD powierzchnią wody, w miejscu, gdzie było to niemożliwe.

- Aaaaaaa! – krzyknęli.

Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!

Głos był znajomy, drogi, pełen czułości, która mogła należeć tylko do jednego Człowieka. Nikt spośród tych , których Szymon znał, nie miał w sobie takiego pokoju i czułości. Ludzie z jego otoczenia, spracowani i zahartowani przez walkę z siłami natury, byli wobec siebie szorstcy, powierzchowni i nieufni. Szymon zadrżał. Inni milczeli zdezorientowani i bezradni wobec tej sytuacji. Podniósł głowę i powiedział coś, czego sam nie rozumiał, ale po prostu wiedział, że musi to w tym momencie powiedzieć:

Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!

Usłyszał szepty swoich towarzyszy. Ktoś parsknął śmiechem, ale zupełnie go to nie obchodziło.

Przyjdź!

Podniósł się. Łódka się zachwiała. Ktoś krzyknął. Ktoś chyba nawet zaklął. Nie zważał na to, lecz wysunął stopę poza burtę. Oparł się na krawędzi i wyszedł. Poczuł pod stopami zimną, mokrą powierzchnię. Szedł w stronę jasnej postaci. Tafla jeziora Genezaret była twarda i stabilna, wbrew temu, jaka powinna być, wbrew temu, co wiedział od dziecka, jak kiedyś… Właśnie. Miał kilka lat. Ojciec go zabrał na połów. Było tak samo ciemno i mgliście jak teraz. Wystarczyła chwila nieuwagi ojca, a on wskoczył do jeziora, bo myślał, że da się po nim chodzić. Poczuł jak zalewa go lodowata fala. Woda wlewała mu się do nosa. Tracił oddech. Sparaliżował go strach. Ojciec miał na szczęście refleks, wskoczył do wody, żeby go wyciągnąć, i potem spuścił mu solidne lanie.

Nagle znowu poczuł ten dławiący strach. Ten sam co wtedy. Poczuł niemożliwość tego, co przed chwilą zrobił. Tafla załamała się i zaczęła go wchłaniać.

Mógł zrobić tylko jedno. „Tato! Tato! Ratuj!” – wołał kilkulatek w nim.

Panie, ratuj mnie!

Poczuł mocną dłoń Jezusa. To się naprawdę zdarzyło. Na nowo. Inaczej niż wtedy, przed laty.

Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?

Bo przypomniałem sobie to lanie, jakie dostałem wtedy od ojca. Nie potrafił mi inaczej wytłumaczyć, że nie da się chodzić po wodzie. Chciał mnie chronić. Bo popatrzyłem na swoje koślawe stopy. Bo poczułem zimno i niestabilność fal. Bo zapomniałem, że mam patrzeć na Ciebie.

 

środa, 12 lipca 2023

 

Notatki z rekolekcji

WYBÓR

Mk 3, 13 – 19.

Nauczyciel się znowu oddalił. Prawdę mówiąc, Szymon tego nie rozumiał. Ludzie Go szukają. Kiedy  jest w jakimś domu, to potrafią rozebrać dach, żeby się dostać do środka, nie zważając na protesty, a nawet przekleństwa gospodarza. Kiedy przeprawia się łódką na drugi brzeg jeziora, to tam już czekają kolejne tłumy. W sąsiednich miasteczkach i wioskach już wiedzą, kiedy się pojawi, i przekazują sobie tę wieść z ust do ust. Nauczyciel jest idolem tłumów. Ciągną do Niego ze wszystkich stron. To się musi skończyć tylko w jeden sposób: będzie wielkim Królem. Odzyska dla nich wolność. Nie będzie Rzymianin pluł im w twarz. Szymon patrzył na to wszystko z rosnącą nadzieją i zadowoleniem. Inni uczniowie też.

Ale były momenty, coraz częściej, że Nauczyciel uciekał. Chował się gdzieś na uboczu. Unikał nawet ich, uczniów. Znikał na długie godziny. Dziwne: przecież trzeba wykorzystać sytuację, zdobyć serca tłumów, walczyć o popularność, bo bardzo łatwo ją stracić…

Czasem mu przychodziło do głowy, że Nauczyciel widzi pojedynczych ludzi, a nie tłumy. Zwykle takich, którzy nic nie znaczą i nie mają na nic wpływu.

- Szymonie! – usłyszał nagle. Drgnął. Głos dochodził ze wzniesienia. Zrobił krok do przodu, potem następny, aż wszedł na szczyt, do Jezusa.

Potem jeszcze padły inne imiona: Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, jego brata Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza – tego celnika, którego zauważył przechodząc ulicą Kafarnaum i tak po prostu powiedział: pójdź za Mną – Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę.

Znaleźli się wszyscy na górze, zdezorientowani. Dlaczego akurat oni? Dlaczego akurat dwunastu? Dlaczego Nauczyciel zdawał się nie słyszeć niecierpliwych pytań z dołu: „A ja?
A mnie?”. Nie wiedzieli. Czuli, że najlepiej milczeć. Lepiej, żeby pewne rzeczy pozostały niedopowiedziane.

Będziecie Mi towarzyszyć. Wszędzie, gdzie Ja będę.

Szymon czuł radość i dumę. Stał się kimś wyjątkowym. Szczególnym. Wybranym.
Nie wiedział jeszcze, jaka treść kryje się za tym „wszędzie”.


wtorek, 11 lipca 2023


Notatki z rekolekcji


NA TWOJE SŁOWO

Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. (Łk 5, 1 – 11).

Był zmęczony. To był ten najgorszy rodzaj zmęczenia, przytłaczający poczuciem porażki. Całą noc łowili i nie ma żadnych efektów. Prawo zysków i strat jest bezlitosne. Klienci nie zapytają o ich wysiłek, tylko o towar. I pójdą do konkurencji. Otarł pot z czoła. Południowe słońce nieznośnie prażyło. I nagle znowu ten Głos, ten który wcześniej wezwał go po imieniu i nazwał Skałą:

Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!

Gdyby to powiedział jego kumpel z roboty, a nawet jego brat Andrzej czy ojciec, to Szymon by się popukał w czoło. Przecież każde dziecko wie, że na połów wypływa się w nocy. Na wielu rzeczach się nie zna, nie umie czytać i pisać, ledwo potrafi wyrecytować Shema Israel,
i to też z błędami, ale na swoim fachu zna się świetnie. Popatrzył na Cudotwórcę. Wzrok Nieznajomego był jasny, czysty i uważny. Znowu poczuł dziwne ciepło w okolicy serca, jakby jakieś światło go przeniknęło na wylot. Co, u licha? – mruknął prawie bezgłośnie, ale tamten cierpliwie czekał. W jego łodzi, jakby był u siebie! I było tak jak kilka dni temu, gdy usłyszał, że stanie się rybakiem ludzi i te słowa, choć kompletnie niezrozumiałe, zostały
w jego świadomości, drążyły ją jak kropla drąży skałę, wsiąkały w jego pamięć, wracały
do niego w najmniej oczekiwanych momentach, na przykład jak kładł się spać obok swojej żony o szorstkich dłoniach albo pośpiesznie jadł śniadanie. Poszedł za Głosem jak się idzie we śnie, irracjonalnie i bezwiednie, a jednak z jakimś dziwnym przekonaniem, że musi to zrobić.

Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci.

Zarzucił, trochę jakby to robił ktoś inny, nie on. Ciężar, jaki próbował wyciągnąć z jeziora, był niewyobrażalny. Przeczył jego wiedzy, doświadczeniu całego życia, kwestionował – ba! – rozbijał bezpieczny świat, w jakim żył do tej pory, przez kilkadziesiąt lat, i wydawało się,
że w nim umrze. To musiała być pomyłka. Nie chodziło o jego łódź, nie o niego, nie zasłużył. Tak naprawdę ten cud go wystraszył, bo oznaczał, że coś się w jego życiu rozsypuje, coś trzeba zbudować na nowo – może samego siebie? A to jest niebezpieczne. Nie wiadomo, dokąd go zaprowadzi. Wzrok Nieznajomego znowu zatrzymał się na nim. Palił. Przeszywał. Przerażał. Szymon poczuł się jak karzeł. To musi być pomyłka. Na pewno nie chodziło
o niego. On nie udźwignie żadnego cudu, nie zrozumie, nie doceni, nie jest godzien… Zresztą zawsze się śmiał z lokalnych cudotwórców.

Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny.

Pewnie teraz Nieznajomy go zostawi. Pójdzie do innej łodzi. Znajdzie kogoś lepszego. Powie: „O, przepraszam. Pomyłka”.  Albo: „Skoro tak, to faktycznie nie mam tu czego szukać”.
A potem pójdzie do konkurencji jak ci, którzy szukają dobrego towaru, a Szymon nie ma nic do zaoferowania, bo wrócił z połowu z pustymi rękami. Temu Nieznajomemu też nie ma nic do zaoferowania. Tylko puste ręce i swój strach.

Wystarczy. Daj mi swój strach.

Głos odezwał się tym razem jakoś tak od środka, chyba w sercu albo w głowie, nie był pewien, bo nie znał się na takich subtelnościach. Zdawało mu się.

Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił.

Popatrzył na Nieznajomego z niedowierzaniem. Tym razem głos był wyraźny i skierowany tylko do niego. Co to znaczy: będziesz łowił ludzi? Oczami wyobraźni zobaczył rzymskich żołnierzy prowadzących skutych kajdanami jeńców wojennych albo kupców popychających w skwarze południa niewolników na sprzedaż. Wszyscy ci ludzie, złapani, spętani, nadzy, upokorzeni mieli w oczach pustkę. Tymczasem Nieznajomy czekał cierpliwie na jego odpowiedź. W tym czekaniu był jakiś spokój i czułość. Nie, nie o takie łowienie ludzi tutaj chodzi.

- No, chodź! – ponaglił go jego brat Andrzej.

Zostawił sieci i poszedł za Nieznajomym.

 

poniedziałek, 10 lipca 2023


 

Notatki z rekolekcji

DROGA PIOTRA

Wróciłam z rekolekcji. Przeżyłam je razem ze świętym Piotrem. Przeszłam jego drogę
i odkryłam, jak bardzo jest moja.

Jest mi bliski, bo jest gwałtowny, emocjonalny i spontaniczny jak ja. Przy tym wszystkim jest szczery i nie boi się tej szczerości. Jest w nim nieakceptacja siebie i lęk, a z drugiej strony: ogromna tęsknota za Jezusem. Zamknięcie, wycofanie, chęć ucieczki - i skłonność do ryzyka. Nieufność i dziecinna wiara. Bylejakość i wielkość. Tchórzostwo i odwaga. To wszystko
w nim walczy, sprawia, że Szymon Piotr jest człowiekiem sprzeczności – zupełnie jak ja. To rozdwojenie nazywam „pęknięciem w duszy”. Pęknięciem, które powoduje ból, ale może też być drogą do przeżycia wielkiej przygody.

Historia Piotra jest dla mnie źródłem nadziei, że można być człowiekiem narwanym, niepoukładanym, lękliwym, kompletnie nierozumiejącym Jezusa, a jednak do Niego ostatecznie przylgnąć…

GŁOS

Mk 1, 14 – 1.

Szymon z Kafarnaum był jednym z wielu. Nad Jeziorem Galilejskim było pełno takich ludzi jak on – ani specjalnie bystrych, ani szczególnie pobożnych. Znali się tylko na jednej rzeczy
i zazwyczaj były to umiejętności rodzinne, przekazywane z dziada pradziada, bo tak najłatwiej było w tej okolicy zarobić: na rybach. Jakie najlepiej łowić, kiedy najczęściej biorą, gdzie wypłynąć, żeby brały, pod jakim kątem i z której strony łodzi zarzucić sieci, co zrobić, kiedy sieci się rwą i jak je potem czyścić. Nie mieli szans na żadną szkołę rabinacką (a do innych raczej Żydzi nie posyłali swoich dzieci) i – podobnie jak pasterze, celnicy
i nierządnice – byli przedmiotem pogardy religijnych elit, tych specjalistów od kontaktu
z Panem Bogiem.

Pewnie słyszał o Nauczycielu z Galilei, ale był zbyt prosty i zbyt zajęty, żeby sobie zaprzątać głowę jakimiś cudami i uzdrowieniami. Wystarczyło, jak połów mu się udał. A przecież tak często po całej nocy wracał z pustymi rękoma…

Najpierw złapał się na to jego brat Andrzej. Złapał, jak ryba. Był tak zafascynowany, że to było aż irytujące. Ale poszedł za Andrzejem, żeby zobaczyć tego Cudotwórcę. Tylu ich już było. Ludzie tak lubią sensację.

„Ty jesteś Szymon, syn Jana. Ty będziesz nazywał się Kefas – to znaczy: Piotr” – usłyszał zdumiony. Bo ten Jezus mówił do niego jak do starego znajomego. I nazwał go Skałą. Dlaczego tak dziwnie?

Nie dawało mu to spokoju. Te słowa do niego wracały, budził się z nimi i zasypiał. Chciał
o nich zapomnieć, więc zagłuszał je w sposób, jaki był dla niego najprostszy, najbardziej oczywisty i najbardziej dostępny: zajmował się swoją robotą. Zawzięcie.

Znowu się spotkali. Zarzucał sieć w jezioro ze swoim bratem i usłyszał ten głos: „Pójdźcie
za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. Głos go trafił prosto w serce. Był tak mocny, choć przecież ten Człowiek mówił cicho i spokojnie, że Szymon zrobił dokładnie to, co jego brat: zostawił sieci i jak we śnie poszedł za Jezusem. Ktoś za nimi krzyczał coś
o dniówce, niewykonanej robocie, umowie o pracę i zarobku, ale niewiele go to obchodziło. Poszedł za Głosem. I tym spojrzeniem pełnym miłości. Miłości, za którą całe życie tęsknił, choć kompletnie nie rozumiał, co to znaczy być rybakiem ludzi. Ale Głos go przyzywał
i budził zaufanie.

 

wtorek, 2 maja 2023


 

Powiew COOL-tury

Sikanie do doniczek a sprawa życia i śmierci

(Strzępy, reż. Beata Dzianowicz, 2022)

 Wychodzę z krakowskiego kina Pod Baranami. Jest 23.00, bo film w ramach festiwalu OFF-Camera emitowany był późnym wieczorem. Tuż koło mnie wzdycha jakaś pani:

- To już piąty film, na którym byłam w ramach tego festiwalu, i czwarty o śmierci…

Nie widziałam tamtych, ale Strzępy gorąco polecam pomimo trudnego tematu: choroby Alzheimera, jaka nagle spada na szczęśliwą, kochającą się rodzinę, i burzy im świat. Gerard jest profesorem na politechnice. Pewnego dnia podczas kolokwium zaczyna… sikać do doniczek z kwiatami. Okazuje się też, że pamięta, kto był premierem w 1978 roku, ale aktualnego premiera już nie. I nie wie, że „to coś, przez co się patrzy” nazywa się okno. A to dopiero początek koszmaru, jaki dotyka rodzinę.

Silą tego filmu jest jednak to, że reżyserce udało się o tym koszmarze opowiedzieć bezpretensjonalnie, a nawet z subtelnym humorem. Beata Dzianowicz – ceniona dokumentalistka – sprawia, że zwykłe, codzienne gesty, pokazane chwilami wręcz naturalistycznie – mycie zębów, gotowanie, palenie papierosów na balkonie, a nawet kąpiel w wannie i załatwianie potrzeb fizjologicznych – stają się fascynującą opowieścią o tym, czym jest człowieczeństwo. Bo to są takie właśnie strzępy życia, które może scalić tylko miłość. Dwa dni temu widziałam Tár – film o dyrygentce i kompozytorce – gdzie nie było szczotkowania zębów i sikania, za to było dużo „wielkiej” sztuki i specjalistycznego słownictwa muzycznego. A w tym wszystkim zabrakło tego, czego szukam w kinie i teatrze: człowieka. Niedawno tłumaczyłam moim uczniom w liceum, czym jest felieton: możesz pisać o tym, że gołąb narobił na parapet, ale to powinien być punt wyjścia do jakiejś ważnej refleksji. TWOJEJ refleksji. I to właśnie udało się reżyserce Strzępów: zrobiła film o sikaniu do doniczek, ale pozostawiający widza z bardzo ważnymi pytaniami: czym jest umieranie? czym jest miłość? Czy da się wybrać między miłością do rodziców a miłością do żony i dziecka?

Adam musi wybrać: jego ojciec przestaje rozpoznawać członków rodziny, jego zachowania są coraz bardziej irracjonalne, a ze wspomnień i skojarzeń pozostają coraz trudniejsze do poukładania strzępy. Kiedy zachowanie Gerarda stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia rodziny, Adam umieszcza go w ośrodku. Nie na długo jednak. Nie jest w stanie żyć ze świadomością, że oddał tatę pod opiekę obcych ludzi. Jego decyzja o zabraniu ojca z ośrodka jest początkiem katastrofy, pokazanej tutaj – jak wszystko w tym filmie – bez patosu i może dlatego tak przejmującej.  

Kluczowa scena filmu dla mnie to moment, gdy Gerard już po powrocie z ośrodka, bezradny jak dziecko, zamknięty we własnych „strzępach” świadomości, siedzi przed puzzlami. Kiedyś to były malutkie kawałeczki liczone w tysiącach, teraz – cztery duże elementy, przeznaczone dla trzylatka, które trzeba złożyć w prosty obrazek. Gerard nie wie, co z tym zrobić i zaczyna krzyczeć. Coraz głośniej, coraz rozpaczliwiej, coraz bardziej przeszywająco…

Strzępy to nie jest film do kanapy i popcornu. Nawet lepiej siedzieć na niewygodnych fotelach w studyjnym kinie. Jednak jest tak mocny, że szybko o tych fotelach się zapomina. Powinien go zobaczyć każdy, kto chce wiedzieć, czym są relacje z bliskimi, życie, śmierć, miłość i jak mądrze towarzyszyć chorej osobie, żeby nie niszczyć swojego świata. Bo Adam zachowuje się trochę jak alkoholik: choroba ojca staje się dla niego całym  światem. Traci żonę, dziecko, pracę, a wreszcie – samego siebie. Czy to dobry wybór? Oceńmy sami.

Na koniec chcę wspomnieć o znakomitym aktorstwie całej obsady. Postacie są wyraziste, wiarygodne, łatwo zapadają w pamięć: szczególnie Gerard w wykonaniu Grzegorza Przybyła (Złote Lwy na festiwalu w Gdyni za najlepszą drugoplanową rolę męską!), Adam Michała Żurawskiego i Bogna Agnieszki Radzikowskiej (Nareszcie mogłam zobaczyć tę aktorkę nie tylko w teatrze, ale w jednej z głównych ról na dużym ekranie! Tak powinno być częściej!). Aktorzy budują postacie oszczędnie, ale w taki sposób, że słyszymy nawet ich milczenie. Warto też zwrócić uwagę na młodziutką Polę Król w roli córki Pateroków, Zoi. Ma dziewczyna potencjał!

Czy warto Strzępy zobaczyć? Bardzo! Umieściłabym ten tytuł obok takich produkcji jak Śubuk czy Johnny. Bo to tego rodzaju film, z którym się zostaje na bardzo długo. I trzeba go sobie poukładać we własnym życiu jak puzzle.



 

wtorek, 24 stycznia 2023


 

Powiew COOL - tury

 

Dziewczyna z granatami w torebce

(Magda Knedler, Narzeczona z powstania, wydawnictwo Mando, 2022)

Marysię poznajemy jako roześmianą siedemnastolatkę jadącą tramwajem przez piękną Warszawę. Jest lato 1938 roku. Marysia ma swój świat: przyjaciółki z Polskiej Organizacji Wojskowej, ukochanego Walka i marzenia o założeniu własnej firmy dziewiarskiej. Właśnie kończy szkołę zawodową ze świetnym wynikiem, więc realizacja marzeń jest na wyciągnięcie ręki…

Ale „alarm dla miasta Warszawy” przerywa te marzenia. Przerywa wszystkie marzenia wszystkich kilkunastoletnich Maryś i Walków. Zostają przedwcześnie wrzuceni w dorosłość i pozbawieni młodości. Zamiast toreb ze szkolnymi książkami zaczynają nosić torby z tajnymi meldunkami albo granatami. A za to można wylądować na Szucha albo dostać kulkę w łeb. Ich żydowscy przyjaciele nagle zostają odgrodzeni murem, którego nie da się przekroczyć bez specjalnej przepustki. A warszawiacy patrzą, jak ten mur rośnie, potem patrzą, jak ich dawnych znajomych i przyjaciół wyprowadzają na Umschlagplatz, a stamtąd wywożą w nieznane, potem patrzą, jak płonie getto, i nie reagują…

Bohaterowie Narzeczonej z powstania Magdy Knedler to zwyczajni młodzi ludzie. Ani nie są z bogatych, ziemiańskich rodzin, ani specjalnie zdolni czy wykształceni, ani nie prezentują heroicznej postawy. Marysia ma swój mały świat i małe marzenia, jest po raz pierwszy zakochana i kiedy wybucha wojna, to mimo wszystko chce korzystać z życia, nie przejmując się zbyt drobiazgowo chrześcijańską moralnością…  A meldunki i granaty przenosi jakby przy okazji. Rudek to utracjusz i kobieciarz, żaden z niego bohater romantyczny. Ale i on znajduje się w samym środku wojennej katastrofy i zachowuje się „jak trzeba”.

Bo wojna zmusza do radykalnych wyborów. Albo ryzykujesz życie, albo zdradzasz swoje ideały. Albo walczysz o wolność, albo godzisz się na to, żeby mur w środku miasta stawał się coraz większy, a niewinnych ludzi wyprowadzano na Umschlag. Albo decydujesz się wziąć do ręki broń i narażasz na śmierć w ramach „odwetu” tysiące niewinnych ludzi - również kobiety i dzieci - albo godzisz się na upodlenie, które nie wiadomo kiedy się skończy… Nie da się być neutralnym, a wybory nie są oczywiste.

Powieść Magdy Knedler to autentyczna historia rodzinna jej dziadków: Marii Gołyńskiej i Rudolfa Knedlera. Autorka bardzo dokładnie przebadała genealogię swojej rodziny, zachowane zdjęcia i dokumentację.

To, co mnie najbardziej przygnębia, kiedy myślę o swojej rodzinie, to niewiedza. Nie wiem, co robili w czasie wojny dziadkowie od strony mamy i taty. Po czyjej stronie byli. Czy walczyli lub w ogóle w jakikolwiek sposób próbowali się przeciwstawić terrorowi, czy po prostu chcieli przetrwać. Coraz częściej ich historia do mnie wraca, męczy mnie, woła, nie daje spokoju. Coraz częściej zastanawiam się nad przebadaniem mojej historii rodzinnej, równie zwyczajnej i „nieświętej” jak opowieść o dziadkach Magdy Knedler. Bardzo żałuję, że nigdy ich nie zapytałam. Cóż, byłam dzieckiem, a potem nastolatką, której się wydawało, że ważna jest tylko realizacja osobistych pasji i marzeń. A jednak, kiedy przychodzi jakiś „alarm dla miasta Warszawy”, to nagle się okazuje, że nic nie jest ważne poza okruchami człowieczeństwa, które można ocalić wraz z powstańczym chlebakiem i starymi zdjęciami.

Narzeczona z powstania poraża aktualnością. Wojna to nie jest coś abstrakcyjnego, co przydarzyło się naszym dziadkom i pradziadkom. Wojna dzieje się tuż obok. Czujemy jej zimny oddech na plecach. Nie wiemy, czy nie dotrze do naszych granic. A tak naprawdę ta wojna zaczyna się dużo wcześniej: w granicach naszego serca. Zawsze, gdy dzielimy ludzi na „swoich” i „obcych”, lepszych i gorszych, z tej czy innej opcji politycznej, tej czy innej orientacji, tego czy innego światopoglądu, a zapominamy o najważniejszym: że to po prostu ludzie.

Jak powiedział Marian Turski, były więzień KL Auschwitz, w słynnym, wstrząsającym przemówieniu ze stycznia 2020 roku: Oto jednego dnia, w tych wczesnych latach 30. na ławkach pojawia się napis: „Żydom nie wolno siadać na tych ławkach”. Można powiedzieć nieprzyjemne, to nie jest fair, to nie jest ok, ale w końcu tyle ławek dokoła, można usiąść gdzie indziej, nie ma nieszczęścia (…). Pojawia się obok, tam jest basen pływacki, napis: „Żydom zabroniony wstęp do tej pływalni.” Można znów powiedzieć, nie jest to przyjemne, ale w końcu Berlin ma tyle miejsc, gdzie można się kąpać (…). Jednocześnie gdzieś indziej pojawia się napis: „Żydom nie wolno należeć do niemieckich związków śpiewaczych.” No to co, niech sami chcą śpiewać, muzykować, niech się zbiorą, będą śpiewali, okej. Potem pojawia się napis i rozkaz: „Dzieciom żydowskim, niearyjskim nie wolno się bawić z dziećmi niemieckimi, aryjskimi. Będą się bawić same.” A potem pojawia się napis: „Żydom sprzedajemy chleb i produkty żywnościowe tylko po godzinie 17.”. to już jest utrudnienie, jest mniejszy wybór, ale w końcu po 17 też można robić zakupy. Uwaga, uwaga, zaczynamy się oswajać z myślą, że można kogoś wykluczyć (…). I tak powolutku, powolutku, stopniowo, dzień za dniem, ludzie zaczynają się oswajać z tym, i ofiary, i oprawcy, i widzowie, świadkowie.”

Rzadko jest tak, że zło nas zaskakuje. Najczęściej opanowuje nasz świat stopniowo, niedostrzegalnie, i kiedy chcemy zaprotestować, to już jest za późno. Przegapiliśmy ten właściwy moment…

Nie mogłam się z tym pogodzić, z tym, że pozwoliliśmy na postawienie muru, że tylu ludzi pozwoliliśmy poświęcić. Naszych ludzi, warszawiaków – mówi bohaterka powieści Magdy Knedler. Po aryjskiej stronie muru postawiono karuzelę. Ludzie się na niej bawili podczas, gdy zza muru słychać było strzały. Właśnie się zaczęło powstanie w getcie…

 

Wspomniałem Campo di Fiori

W Warszawie przy karuzeli.

W pogodny wieczór wiosenny,

Przy dźwiękach skocznej muzyki.

Salwy za murem getta

Głuszyła skoczna melodia

I wzlatywały pary

Wysoko w pogodne niebo

- wspomina Czesław Miłosz ten obraz w wierszu Campo di Fiori. 

I o tym właśnie jest powieść Magdy Knedler: o obojętności. O bohaterstwie niebohaterskich ludzi. O młodzieńczej miłości, która pamięta się przez całe życie. O naznaczeniu wojną. I o pamięci – konieczności przekazania tego, co najważniejsze, bo przecież „świat istnieje dzięki opowieściom starych kobiet.”


 

piątek, 20 stycznia 2023


 

Powiew COOL - tury

 

Czołgi ruskie przejechały po mojej muzyce…

(Agata Puścikowska, Siostry nadziei, Wydawnictwo Znak 2022)

 „Miałam wrażenie, że czołgi ruskie przejechały po mojej muzyce” – wspomina wybuch wojny siostra Maria Slepczenko, redemptorystka ze Lwowa, z wykształcenia muzyk i kompozytor.  W Filharmonii Lwowskiej miał się odbyć długo wyczekiwany koncert jej utworów. Wojna przerwała te plany. Och, jak ja dobrze rozumiem ten ból i zawód pomimo świadomości, że są ważniejsze sprawy…  Kiedy zaczęła się pandemia, musiałam odwołać spektakle musicalu, nad którym morderczo pracowałam pół roku z moją młodzieżową grupą teatralną, a także spotkania autorskie z okazji wydania powieści Niebo w kolorze popiołu, wydania, na które czekałam trzy lata… Powieść zresztą opowiada o mojej współsiostrze, bł. Julii Rodzińskiej, męczennicy II wojny światowej. Pracując nad tą książką nie przypuszczałam, że temat wojny stanie się znów tak boleśnie aktualny…

Większość sióstr zakonnych opisanych w książce Agaty Puścikowskiej Siostry nadziei nie spodziewała się agresji rosyjskiej. Nikt nie wierzył, że wydarzenia znane z powieści i filmów mogą się znowu dziać na naszych oczach. A jednak. Przyszedł tragiczny świt 24 lutego 2022 i zmienił wszystko. Bohaterki książki Puścikowskiej, siostry zakonne z 22 zgromadzeń (w tym nasze dominikanki z Żółkwi i Czortkowa), zarówno Polki jak Ukrainki, a także jedna Ormianka, w większości zostały w objętym wojną kraju. Jeśli niektóre z nich wyjechały, to albo dlatego, że przełożeni im to nakazali, albo po to, by pomagać ukraińskim uchodźcom za granicą.

Pozycja Wydawnictwa Znak świetnie się wpisuje w poruszający cykl autorki o „wojennych siostrach”: Wojenne siostry (Wydawnictwo Znak 2019) i Siostry z Powstania (Wydawnictwo Znak 2020). „Siostry nadziei” pozostały w tyglu działań wojennych, wiedząc, że w każdej chwili może spaść im na głowę bomba, mogą zostać zastrzelone albo nawet zgwałcone przez zwyrodnialców z armii Putina, którzy – poza mundurem – niczym się nie różnią od swoich rodaków z Armii Czerwonej sprzed kilkudziesięciu lat. Dowodem są akty bestialstwa, jakie miały miejsce w Mariupolu, Irpieniu, Buczy, Charkowie, Kramatorsku, Winnicy…

Aż się chce powiedzieć: niczego nas historia nie uczy. A jednak miłość bliźniego i – nie bójmy się tego słowa – heroizm są ponadczasowe. Co robią siostry zakonne w ogarniętej wojennym piekłem Ukrainie? Starają się w prosty sposób pokazać przerażonym ludziom, którzy często stracili cały dobytek, a nawet najbliższych, że istnieje jeszcze niebo, a zło nigdy nie ma ostatniego słowa. Zapewniają uchodźcom i przesiedleńcom dach nad głową, rozdają żywność na granicy, przewożą przez granicę ludzi i dary, organizują pomoc humanitarną, opiekują się dziećmi w taki sposób, żeby złagodzić maluchom traumatyczne przeżycia, opatrują rany, pielęgnują osoby starsze, niepełnosprawne i chore, katechizują, a nawet… grają na wiolonczeli, komponują muzykę i piszą wspomnienia. Bo przecież trzeba normalnie żyć, żeby nie zwariować i mieć siłę pomagać innym.

„Pisałam przed wojną, piszę i teraz naszą klasztorną kronikę.” – mówi siostra Aksana Szczypanska, terezjanka z Łucka – „Opisuję tam dzień po dniu wszystkie wydarzenia naszej wspólnoty. Rzeczy odświętne i zwyczajną codzienność. To ważne szczególnie teraz, bo mamy świadomość, że dzieje się historia, również historia naszego zgromadzenia. I przyjdzie taka chwila, że będę mogła napisać: wojna, Bogu dzięki, się skończyła”.

Wszystkie bohaterki książki jednogłośnie przyznają, że nie ucieka się z tonącego statku i nie zostawia płonącego domu przyjaciół. Dlatego wkładają całe serce w pomoc dotkniętym wojną Ukraińcom, często z narażeniem własnego życia. W wielu zgromadzeniach jest jakaś współsiostra lub grupa sióstr będących męczennicami II wojny światowej. Siostry wierzą, że opiekuje się nimi z nieba. I że jest z nich dumna.

Siostry nadziei czytałam w Adwencie. To był dla mnie z różnych powodów bardzo trudny czas pod względem duchowym. Bohaterki książki Puścikowskiej pomogły mi przejść tę moją prywatną drogę mroku. Pokazały, że warto. Że jest dla kogo. Że Miłość zawsze zwycięża.

Moją ukochaną „siostrą nadziei” – poza oczywiście moimi współsiostrami dominikankami, które także zostały w Ukrainie lub pomagają poszkodowanym poprzez Fundację Sióstr Dominikanek – jest redemptorystka, siostra Maria. Może dlatego, że podobnie jak ja, musiała w klasztorze uczyć się od podstaw gotowania, sprzątania i prania. A może dlatego, że jest artystką i tworzy nawet w tym wojennym Armagedonie. To pomaga mi uwierzyć, że sztuka jest potrzebna. Nawet wtedy, gdy płoną domy i umierają ludzie. A może właśnie wtedy… Jak bardzo mi bliskie są jej słowa: „Moi bracia giną, a to oznacza, że cząstka mnie samej też ginie. Jednak poprzez twórczość mogę wyrazić moje wołanie do Boga, moją modlitwę, mój ból. Mogę wyrazić też miłość, nadzieję i wiarę w zwycięstwo”.

Warto te reportaże przeczytać. To bardzo ważny głos w dyskusji, czym jest Kościół, czy jeszcze jest komuś potrzebny i jak się ma postawa jego przedstawicieli do miłości bliźniego. Jestem dumna, że noszę habit zakonny i chciałabym mieć taką odwagę, jak Siostry Nadziei.