wtorek, 16 stycznia 2024


 

Powiew COOL- tury

 

„Teraz napiszę swoją bajkę”

(Akademia Pana Kleksa, reż. Maciej Kawulski, 2024)

 Nigdy nie miałam traumy po słynnym „marszu wilków” z Akademii Pana Kleksa Krzysztofa Gradowskiego. Może dlatego, że mama mi pozwalała oglądać zarówno w kinie, jak w teatrze dużo trudniejsze rzeczy, mocno wykraczające poza poziom kilkuletniego dziecka. Tak więc widziałam w sosnowieckim Teatrze Zagłębia Niemców Kruczkowskiego, w których mama grała główną rolę, ale z całego spektaklu zapamiętałam histeryczny śmiech jednej z drugoplanowych bohaterek, kiedy się dowiaduje, że jej kochanek, funkcjonariusz gestapo, nie pozwolił uciec pewnemu więźniowi, lecz go po prostu zabił… Długo nie mogłam się otrząsnąć po filmie Krzyżacy, który obejrzałam po raz pierwszy z mamą mniej więcej w tym samym czasie (miałam osiem, może dziewięć lat) – najbardziej po scenie pokazania Jurandowi na zamku krzyżackim obłąkanej, nieludzko zaniedbanej i poturbowanej dziewczyny, która rzekomo jest jego córką, i jak Krzyżacy potem mu wypalają oczy… W samej Akademii Pana Kleksa najbardziej przerażał mnie golarz Filip i jego mechaniczna lalka, Alojzy. Filip wydawał mi się bardziej okrutny niż wilki, bo wilki czuły się skrzywdzone przez ludzi, a Filipem kierowała zwykła, nikczemna zazdrość i postanowił zniszczyć Akademię od środka…

Takie to miałam przemyślenia w dzieciństwie. Pierwsza ekranizacja Akademii Pana Kleksa na długo została w mojej pamięci i sercu, i wróciłam do niej kiedyś, w ramach odstresowania, już jako siostra zakonna.

Kiedy więc pojawiły się informacje o nowej adaptacji powieści Brzechwy, ucieszyłam się jak dziecko. I wreszcie się wybrałam do kina.

Co mogę powiedzieć o filmie Macieja Kawulskiego? Cóż, można to streścić jednym zdaniem wypowiadanym przez Adę, główną bohaterkę: „Teraz napiszę swoją bajkę.” Bo na pewno nie jest to baśń Jana Brzechwy. Czy to źle? Niekoniecznie, choć nie jestem zwolenniczką „poprawiania” mistrzów, zwłaszcza w wypadku klasyki literatury, a opowieść Brzechwy można już do takowej zaliczyć. Ale scenarzysta i reżyser, robiąc adaptację, ma przecież prawo materiał skrócić, zmodyfikować, przekształcić, a nawet – jak w tym wypadku – stworzyć jedynie „wariacje na temat”.

Co jest dla mnie atutem tej produkcji:

1.     Dobrze się to ogląda: co prawda aż oczy bolą od nadmiaru bodźców i kolorów (przewaga różu, jak w Barbie…), ale montaż, scenografia, kostiumy, efekty specjalne są powalające! Bardzo ciekawa jest także ścieżka dźwiękowa: muzyka jest urywana, jak odległy, wewnętrzny głos, albo powracający sen, i momentami w sposób twórczy nawiązująca do znanych z filmów Gradowskiego kultowych piosenek: Pożegnanie z Bajką, Na wyspach Bergamutach czy Podróż w krainie baśni. Jest więc to wszystko postrzępione, pocięte, fragmentarycznie wplecione w akcję, jak skrawki wspomnień z dzieciństwa… Zamiast nostalgicznej Zdzisławy Sośnickiej (Smutna Księżniczka z Akademii Pana Kleksa) i zadziornej Małgorzaty Ostrowskiej (Królowa Aba z Podróży Pana Kleksa) mamy nieco psychodeliczną Sanah…  Zdecydowanie bardziej do mnie przemawia konwencja musicalu w wersji Krzysztofa Gradowskiego. No i zupełnie nie rozumiem, dlaczego Ralph Kamiński przez pół minuty pojawia się na ekranie jako jakiś epizodyczny wilk zamiast dać spektakularny popis swojego wokalu, choćby w roli tego wilka! Ech… ale by pięknie zawył!

 

2.     Dobrze, że dzieci wyjdą z kina z kilkoma ważnymi, wartościowymi treściami: czym jest empatia, na czym polega prawdziwa przyjaźń, dlaczego należy szanować i akceptować czyjąś odmienność, że bycie „czarnym charakterem” najczęściej ma jakąś swoją smutną historię, nad którą warto się pochylić, i że słowo „ale” należy zamienić na „więc”: Mam marzenie, WIĘC zamierzam o nie walczyć!

 

3.     Kilka kreacji aktorskich, które budzą mój zachwyt: Tomasz Kot jako Kleks – czuły, ojcowski, dużo bardziej subtelny niż genialny poprzednik w pierwszej adaptacji, ale jednak mi czegoś brakowało… Chyba za bardzo „ginął” na drugim planie, a  to jednak Pan Kleks powinien być osią tej opowieści. Charyzmatyczna Danuta Stenka i hipnotyzujący Daniel Walasek jako przywódcy wilków (czy raczej „wilkusów”): z przyjemnością ich oglądałam!  Stenka – wiadomo, ale ten młody… Nie mam pojęcia, skąd go wytrzasnęli, ale chcę go więcej w kinie i teatrze! No i, rzecz jasna, Piotr Fronczewski jako… właśnie, kto? Doktor Paj–Chi–Wo? Tajemniczy sąsiad Ady? Sam Brzechwa? „Stary” Pan Kleks ustępujący miejsca „nowemu”? Pewnie wszystko po trochu. Jest na pewno kimś, kto otwiera Adzie drzwi do innego świata i uczy ją, że można i warto w nim zamieszkać, bo tak naprawdę cały czas ma się go w swoim sercu… Mistrz gra to pięknie, po królewsku, z sobie właściwą klasą.

 

Co mnie rozczarowało?

 

1.     Miejsce akcji w Nowym Jorku. Po co? Mieszkamy w Polsce, książka, na podstawie której powstał film, dzieje się w Polsce. Czy naprawdę nie da się zbudować pasjonującej historii w naszych realiach? Niekoniecznie siermiężnych, powojennych lat 40. XX wieku, kiedy Brzechwa wydał powieść, czy posępnych lat 80. późnego Peerelu, jak u Gradowskiego, ale tych dzisiejszych.

 

2.     Rozumiem, że w Akademii są dzieci płci obojga i że wśród nich jest także chłopiec na wózku. To dobrze. Ważne, żeby dzieci uczyły się wzajemnej akceptacji. Ale jeszcze obowiązkowo MUSZĄ być z różnych stron świata. Czy naprawdę jest to konieczne, żeby wszędzie aż tak mocno wciskać inkluzywność? Samo przesłanie powieści Brzechwy, mówiące o sile wrażliwości i wyobraźni, pięknie dziecięcych marzeń, i współdziałaniu w grupie jest już chyba na tyle „inkluzywne”, że nie trzeba aż tak mocno „wjeżdżać” z dydaktyką…

 

3.     Wątek przyjaciela Ady. Ten chłopiec jest nieco dziwny. Z fabuły wynika, że jest czymś w rodzaju mechanicznej lalki. Czy to nawiązanie do postaci Alojzego  z oryginalnej powieści Brzechwy? Jeśli tak, to po co, skoro Alojzy – w przeciwieństwie do Alberta -  jest bohaterem z gruntu negatywnym? Nie rozumiem. Być może zostanie to wyjaśnione w planowanej drugiej części filmu.

 

4.     Film Kawulskiego serwuje nam popkulturową papkę. Czego tu nie ma! Trochę tu Harry’ego Pottera (nawet się pojawia aluzja do mojego ulubionego zaklęcia Expecto Patronum!), trochę Opowieści z Narnii, trochę Avatara, trochę Netflixowych seriali, gier komputerowych, a nawet… Titanica (jest taka jedna scena na zamarzniętym jeziorze, a jakże! – z lodową krą w roli głównej!). W rezultacie cierpi na tym to, co najważniejsze w opowieści Brzechwy: baśniowość. A baśniowość zakłada kluczową rolę wyobraźni. Film nas dosłownie zalewa obrazami, efektami specjalnymi, cytatami, aluzjami, kalkami tego, co znane i lubiane, i pozostaje bardzo niewiele miejsca na – jak to mówi Ada Niezgódka – „napisanie własnej bajki”. Szkoda…

 

5.     Rola Antoniny Litwiniak czyli filmowej Ady Niezgódki. Wybaczam twórcom, że wymyślili sobie Adę zamiast Adasia. Rozumiem też motywy: wszędzie się wkrada modna „herstoria” czyli promocja BOHATEREK. Trend nie ominął też bajek. Ale skoro tak, i jeszcze do tego na tej postaci opiera się CAŁY film - bardziej niż na Kleksie! - to niech ta dziewczyna tę rolę rzeczywiście ZAGRA, a nie przestoi, przesiedzi, przepłacze i przesnuje! Główna bohaterka jest dla mnie całkowicie bezbarwna, pozbawiona wyrazu, nie ma tego „pazura”, który by podkreślał jej indywidualność. Nie chce mi się śledzić jej losów. Nie przekonuje mnie jej historia. Myślę, że tutaj zawiniła reżyseria.  

 

6.     Choć twórcy filmu zdecydowali się w całej opowieści najbardziej wyeksponować historię księcia Mateusza, historię, która zawsze mnie poruszała, to tak naprawdę w filmie jej… nie ma. Są jakieś humanoidalne wilki rodem z kina fantasy, które mają świetne kostiumy, są dobrze zagrane przez aktorów i nawet – ciekawy pomysł! – mówią własnym językiem przypominającym nieco „starszą mowę” elfów z Wiedźmina, ale nie ma królewskiego pałacu, tragedii zdemolowanego przez wilki państwa i samej postaci księcia. Tak, wiem, że to ten kolorowy, infantylny, trochę irytujący ptak, ale przez to tragizm tej historii gdzieś się rozmywa…

 

7.     Wreszcie – ostatnia rzecz, dla mnie najważniejsza: przesłanie. Uczniowie Akademii z Kleksem na czele nie WALCZĄ ze złem, które uosabiają wilkusy. Oni z nim NEGOCJUJĄ. Każdy jest z natury dobry i to dobro da się z niego wydobyć. Wystarczy pogadać. Wszystko i wszystkich da się ocalić. Nie będzie ofiar. Czyżby? To w takim razie skąd się wzięła wojna w Ukrainie i Strefie Gazy? Dlaczego tyle zła i wzajemnej nienawiści jest w naszym kraju? Dlaczego tyle zła jest w rodzinach i najmłodsi odbiorcy Akademii Pana Kleksa często sami tego doświadczają? W oryginalnej baśni Brzechwy jest mądre, ponadczasowe przesłanie, że warto ocalić w sobie dziecko, ale jest także PRAWDA. Nikt nie negocjuje ani z wilkołakami, ani z golarzem Filipem (którego w nowej adaptacji nie ma, za to zapowiada go tytuł mającej wyjść za rok drugiej części), a Pan Kleks bez wahania niszczy Alojzego – upiorną, mechaniczną lalkę, która miała być dla Akademii „koniem trojańskim”. W Opowieściach z Narnii Aslan unicestwia Białą Czarownicę, w Harrym Potterze tytułowy bohater zabija Voldemorta. Sam Jezus nie dyskutuje z Szatanem, lecz mówi ostro: „Idź precz!”, a w księdze Apokalipsy jest wzmianka o wojnie w niebie i strąceniu Szatana i jego demonów…  Od zła można się tylko odciąć i nie da się udawać, że go nie ma.

Dobra baśń zawsze zawiera prawdę: może czasem trudną, może nie zawsze przyjemną, ale taką, która uczy czegoś bardzo ważnego. Akademia Pana Kleksa w oryginalnym dziele Brzechwy zostaje jednak zniszczona. Do dziś jest mi z tego powodu smutno. Ale Adaś Niezgódka wychodzi z niej jako inny człowiek. Ocalił w sobie dziecko czyli to, co najczystsze i najpiękniejsze, i wraca z tym do „swojej” rzeczywistości.

W adaptacji  Kawulskiego brakuje mi takiego właśnie przesłania. A ten fałsz, plastikowy i różowy jak trawa na terenie nowej Akademii, jest bardzo niebezpieczny. Mimo wszystko warto iść do kina - z dziećmi, młodzieżą, dorosłymi albo samemu - a potem porozmawiać o tym filmie.




 Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/Akademia+pana+Kleksa+Zwiastun+nr+2-67433

piątek, 12 stycznia 2024


 

Powiew COOL- tury

Czy na pewno wszyscy zginą?

(Światło, którego nie widać, reż. Shawn Levy, Netflix 2023)

Na pewno wszyscy zginą! – pomyślałam po pierwszych dziesięciu minutach i tylko czekałam kiedy.

Nie będę oczywiście spojlerować, ale serial zaskakuje. Światło, którego nie widać jest nieoczywistą opowieścią o drugiej wojnie światowej: bez martyrologii, Holocaustu, obrazów nędzy i piekła obozów koncentracyjnych.

A jednak jest pokazany jej tragizm, a akcja trzyma w napięciu do ostatniej chwili.

Światło, którego nie widać to wyjątkowo udana Netflixowa adaptacja nagrodzonej Pulitzerem powieści Anthony’ego Doerra. Jest to historia dwojga równolatków z przeciwległej strony „barykady”: Marie, córki pracownika muzeum, i Wernera, genialnego konstruktora radia i znawcy działania fal radiowych. Mogą mieć osiemnaście lat, może dwadzieścia. Są nieprzeciętnie inteligentni i – jak się okazuje – odważni. Choć nie mówią o tym wprost, marzą o miłości i po prostu o tym, żeby być szczęśliwym, jak każdy młody człowiek. Jak każdy człowiek w ogóle. Oboje doświadczeni przez los: Marie jest niewidoma i mieszka jedynie z tatą (w serialu nie ma ani słowa o tym, co się stało z mamą), Werner wychowuje się w sierocińcu. No i ona jest Francuzką, a on Niemcem, co niczego dobrego nie wróży w latach 30. i 40. XX wieku.

Ich drogi niespodziewanie się skrzyżują, ale jeśli ktoś się spodziewa banalnego romansidła, jakiejś marnej kalki Romea i Julii, to nic z tych rzeczy. Tu jest coś o wiele więcej: jest czysta miłość, która rodzi się nie „od pierwszego wejrzenia”, lecz raczej od pierwszego słyszenia, jest wrażliwość, ale bez ckliwości, jest heroizm, ale bez patosu, jest idealizm, ale bez naiwności, i nadzieja, ale bez taniego optymizmu. Wreszcie: jest tęsknota za prawdą i odwaga w jej ocalaniu i jest odcięcie się od zła, nawet kosztem własnego życia.

Jest jeszcze jedna rzecz: audycja radiowa nadawana każdego wieczoru na tej samej częstotliwości, w której pewien profesor tłumaczy dzieciom różne zjawiska zachodzące w przyrodzie i w świecie. To właśnie on mówi, że najważniejsze jest światło, którego nie widać. Tajemniczego profesora słuchają dzieci zarówno w Niemczech, jak w innych krajach Europy. Oczywiście przed wybuchem wojny.

A potem losy młodych bohaterów mocno się komplikują, jak losy tysięcy innych ludzi w tym czasie.

Dlaczego ten serial naprawdę warto obejrzeć? Bo pokazuje, że są sprawy ważniejsze niż życie. I że można ocalić człowieczeństwo nawet w najbardziej nieludzkiej rzeczywistości. „Nie zmieniaj częstotliwości” – mówi Juta, siostra Wernera, gdy ten wyjeżdża z sierocińca do elitarnej placówki edukacyjnej dla chłopców, która ma z niego zrobić „nadczłowieka”, a ja w tym momencie ryczę jak bóbr… I że ta walka o swoją „częstotliwość” jest bardzo trudna i czasem wymaga dramatycznych wyborów. I jeszcze to, że miłość – ojca do córki, bratanicy do stryja, dziewczyny do chłopaka – jest właśnie tym tytułowym „światłem, którego nie widać”, siłą zdolną pokonać największe bestialstwo.

Pomimo że serial mówi o mrocznej rzeczywistości, jest przeniknięty właśnie tym światłem: ludzie, którzy wybierali dobro w czasach, kiedy inni chcieli tylko przetrwać, zdarzali się wszędzie, nawet w tym najbardziej nieludzkim obozie nazistów.

Podoba mi się niejednoznaczność tytułu: „światło, którego nie widać” może być nawiązaniem do ślepoty Marie, która tak naprawdę widziała o wiele więcej niż inni, i do wewnętrznej wolności, na którą się może zdecydować każdy z nas. Bez względu na okoliczności. Nawet, gdy wokół panuje nieprzenikniona ciemność.

Serial przypomina mi trochę Życie jest piękne Roberto Begniniego, film opowiadający o realiach życia w obozie koncentracyjnym, dokładnie w tym samym duchu: w perspektywie światła.

Oglądałam ten serial na wstrzymanym oddechu: tak dobrze był skonstruowany scenariusz Stevena Knighta, tak świetna reżyseria Shawna Levy’ego, tak wartka akcja i napięcie do ostatniego momentu. A do tego znakomicie poprowadzone kreacje aktorskie, szczególnie  młodych bohaterów: Louisa Hofmanna jako Wernera oraz Arii Mii Loberti jako Marie-Laure LeBlanc. Chciałabym ich jeszcze zobaczyć w jakimś filmie! Dodajmy, że Aria Mia Loberti naprawdę jest niewidoma.

Kiedy skończył się ostatni, czwarty odcinek, siedziałam przed ekranem oszołomiona, wstrząśnięta i z poczuciem żalu, że to już. Zostało mi „światło, którego nie widać” – czyli to, w co wierzę, co mnie kształtuje i co daje mi siłę nawet, gdy wokół panuje mrok. Dla mnie tym światłem jest Bóg.



Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/%C5%9Awiat%C5%82o%2C+kt%C3%B3rego+nie+wida%C4%87+Zwiastun+nr+2+polski-66781

sobota, 14 października 2023


 

Powiew COOL- tury

 

Wszyscy jesteśmy z jakichś Lipiec

(Chłopi, reż. DK Welchman i Hugh Welchman, 2023)

Bardzo szybko zapomniałam, że to animacja. Dałam się wciągnąć. Wzruszyć. Oczarować. Ożywa polskie malarstwo realistyczne i naturalistyczne, ożywa dzieło Władysława Reymonta, ożywa opowieść o ludzkich namiętnościach i tęsknotach, pragnieniu bliskości i niedopasowaniu do sztywnych ram wyznaczonych przez społeczność, o wrażliwości i odrzuceniu.

Krytycy piszą, że Chłopi z 2023 roku to adaptacja „herstoryczna” i pewnie mają rację, ale ja tutaj widzę także piękne, wielowymiarowe, wyraziste postacie męskie. Widzę po prostu ludzi: walczących o przetrwanie, dla których ziemia była świętością, bo zapewniała im byt, kochających i nienawidzących, żyjących w zgodzie z rytmem przyrody i roku kościelnego, a równocześnie potrafiących zakłuć widłami każdego, kto nie przestrzega reguł zbiorowej gry.

Podobno większość z nas to potomkowie chłopów. Wszyscy jesteśmy z jakichś Lipiec: społeczności, w której trzeba było się „zmieścić” i jakoś egzystować. To „jakoś” oznaczało często biedę, zgodę na pracę ponad siły, a nawet przemoc w rodzinie, rezygnację z własnych potrzeb, wieczne zaciskanie zębów. Nie ma ani miejsca, ani czasu na marzenia. Trzeba się dostosować. Trzeba się zgodzić na „wyjście z domu” czyli ślub za morgi, najczęściej z panem młodym, który „młody” jest tylko z nazwy…

No i trzeba być po „naszej” stronie, bo jeśli nie: lądujesz poza nawiasem. Brzmi znajomo…

Główna bohaterka, Jagna, nie potrafi i nie chce się zmieścić w takim schemacie. Jest inna, a więc skazana na wykluczenie.

Byłam bardzo ciekawa, jaki będzie pomysł na tę postać w nowej wersji Chłopów. Cały czas miałam w oczach przaśną femme fatale, zarówno z samej powieści, jak z wersji Jana Rybkowskiego z 1973 roku, a także z musicalu Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Ociekającą zmysłowością, wyrachowaną kusicielkę.

Welchmanowie poszli w zupełnie innym kierunku i to jest siłą tego filmu. Jagna grana przez Kamilę Urzędowską jest krucha, bezbronna i po prostu zbyt wrażliwa, żeby zrozumieć prawa rządzące światem, w który została bez własnej woli wrzucona. Ratuje bociana ze złamanym skrzydłem, chroni przed rozdeptaniem napotkanego na drodze żuczka, ucieka w świat wycinanek i… patrzy w chmury (genialny pomysł na to, jak umieścić słynne Babie lato Józefa Chełmońskiego w konkretnym kontekście fabularnym!). W innym świecie byłaby może artystką. Tutaj musi pilnować pola i obejścia, i zgodzić się na małżeństwo z pierwszym gospodarzem we wsi, do którego nie czuje nic poza obrzydzeniem.

Mirosław Baka jako Boryna stworzył jednak taką kreację, że aż sobie pomyślałam: Szkoda! Szkoda, że ona nic do niego nie czuje… Ten twardziel ma w sobie jakąś źle skrywaną czułość i opiekuńczość, która w innych warunkach mogłaby rozkwitnąć. Lubię tego Borynę, żal mi go z całego serca i chciałabym, żeby na stare lata był jeszcze szczęśliwy…

Warto też wspomnieć o Hance Soni Mietielicy: bohaterki równie ważnej i tragicznej co Jagna. Zębami i pazurami walczy o swoje – czyli głównie dobro dzieci, ale także własną pozycję kobiety w rodzinie. Potrafi jednak być równie krucha i wrażliwa jak Jagna. Wzruszyła mnie scena, kiedy Hanka wybiera się na pielgrzymkę do Częstochowy i przychodzi do Jagny i Dominikowej, żeby je przeprosić. Przyjmują ją chłodno. Hanka nie strzela focha. „Będę się za was modlić.” – mówi na odchodne i jest w tym kwintesencja Ewangelii. Jest w tym także pokora silnej, świadomej własnej wartości kobiety, i współczucie. Dlatego postać Hanki jest tak poruszająca.

Zresztą w tym filmie nie ma złej czy choćby nijakiej roli. Świat Chłopów jest barwny nie tylko ze względu na oszałamiającą stronę wizualną: animacja obrazów inspirowanych malarstwem, ciekawe, świetnie dobrane kolorystyczne kostiumy (jednolite spódnice chłopek i wyróżniająca się na ich tle odmienna kolorystyka sukni Jagny, na przykład w scenie wesela), widowiskowe plenery i scenografia, ale przede wszystkim ze względu na znakomitą dramaturgię: emocje i napięcie w mimice aktorów, w każdym ich geście, genialne sceny zbiorowe. A w tym wszystkim hipnotyzująca muzyka Łukasza Rostkowskiego (L.U.C. – a), inspirowana folklorem, ale nie będąca jedynie jego wiernym odtworzeniem. Ta muzyka porywa, buduje napięcie, jest równoległą opowieścią z wewnętrznego świata bohaterów i… widzów.

Fascynuje mnie w tym filmie zderzenie sielankowych, uwodzących kolorami obrazów z dramatycznymi losami bohaterów, które z sielanką nie mają nic wspólnego. Myślę, że to zamierzony efekt.

Dlaczego warto pójść na Chłopów? Po to, żeby zobaczyć, że klasyka literatury może być  do bólu współczesna. Po to, żeby dać się porwać wizualnej i muzycznej stronie filmu. Po to, żeby odnaleźć własną historię w losach bohaterów, bo przecież tęsknota za miłością, lęk przed odrzuceniem, napięcie między potrzebą przynależności a pragnieniem wolności to coś, co dobrze znamy, nawet, jeśli ostatni raz byliśmy na wsi w dzieciństwie, na wakacjach u dziadków.

Po to, żeby powrócić do własnych wewnętrznych Lipiec - czyli tego, co nas ukształtowało. Dobrego i złego.

 I jeszcze jedno: wielkie brawa dla twórców filmu za to, że w finale nie zrobili z Jagny ofiary, choć zachowali wierność tekstowi Reymonta. Jagna jest wolna. Do samego końca.

Kibicuję Welchmanom. Cieszę się, że publiczność doceniła ich wizjonerski obraz w Gdyni. W moim przekonaniu zasłużyli na Oscara jak mało kto z polskich twórców w ostatnich latach!



Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/Ch%C5%82opi+Zwiastun+nr+1-66589

wtorek, 10 października 2023


 

Powiew COOL -tury

 

Chwileczkę , ulegamy zbiorowej psychozie!

(Maria Paszyńska, Hańba, Książnica 2023)

Nigdy nie śnił jej się Łuck. Każdorazowo widziała swoją wioskę. Rozpoznawała każdy dom, każde drzewo morwowe, każdą grządkę, ścieżkę, każdy płot. Uśmiechała się na widok sąsiadów pochylonych nad codziennymi pracami. Jędrzej, otoczony gromadka dzieci, wyplatał koszyki z długich wiklinowych witek, Joaśka łuskała fasolę, stara Maciejowa zrywała w kącie ogrodu pokrzywę do suszenia. Janka wołała do nich serdecznie, lecz gdy podnosili głowy, słowa cofały się w głąb jej krtani. Zamiast twarzy mieli krwawe miazgi. Powyłupywane oczy. Przepołowione czaszki. Poobcinane uszy.

Czytałam już sporo tytułów Marii Paszyńskiej. Te książki urzekają mnie wiernością w odtwarzaniu historycznego tła, głębią psychologiczną postaci i dramaturgią. Są po prostu poruszające. Zazwyczaj prezentują losy jednostki na tle nieludzkiej historii. Przenosimy się do ogarniętej hołodomorem Ukrainy warszawskiego getta, na Syberię, a nawet do Iranu (mało znany epizod deportacji polskich Sybiraków właśnie do tego kraju).

Zawsze jednak w centrum wydarzeń jest jakaś para bohaterów. Klasyczny romans młodych ludzi, którzy mają swoje plany, marzenia i chcą za wszelką cenę żyć.

Nie chciałabym jednak być bohaterką powieści Paszyńskiej. Postacie z jej książek mają, delikatnie mówiąc, przechlapane. Trudno się jednak dziwić: historia jest okrutna, a jej niszczycielska siła potrafi odebrać człowiekowi absolutnie wszystko. Na samym końcu dopiero życie.

Historia? A może jednak drugi człowiek?

Czy wydarzenia, które opisuje Maria Paszyńska: bestialstwa Niemców w okupowanej Warszawie, życie w getcie, wywózki na Sybir, wreszcie – jak w Hańbie – zbrodnia na Wołyniu, to wina jakiejś odgórnej, ślepo kierującej ludzkim losem historii, czy może skutek konkretnych ludzkich wyborów?

Zawsze jest wybór: dać się zmanipulować przez jakąś ideologię albo pozostać sobą, stać się bestią albo bohaterem, nienawidzić albo sprzeciwić się złu, pozostać obojętnym i uniknąć kłopotów albo narazić własne życie. Nie są to łatwe wybory, bo czasem wiążą się z ocaleniem lub wystawieniem na niebezpieczeństwo własnej rodziny, ale często decydują o tym, czy ocalimy własne człowieczeństwo.

Powieść Marii Paszyńskiej Hańba opowiada o wydarzeniach na Wołyniu w 1943 roku. O Wołyniu już napisano bardzo wiele, powstał też film Wojtka Smarzowskiego. Polacy padli ofiarą tak niewyobrażalnych okrucieństw ze strony Ukraińców, że aż trudno o tych bestialstwach czytać. A jednak czytam i to, co dla mnie jest najbardziej przerażające w tej powieści, to nie tyle opisy mordów, gwałtów i tortur, ile opis mechanizmu zniewolenia ludzkiego umysłu i serca.

Oto mamy Wołyń z lat trzydziestych XX wieku, gdzie zgodnie mieszkają  Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Może nie do końca się rozumieją, może żyją w innych światach, ale współistnieją, a nawet czasami nawiązują relacje. Wołyń to kraina, gdzie jedno zdanie zaczyna się po polsku, a kończy po ukraińsku, i nikt się temu nie dziwi. Mamy też trójkę beztroskich nastolatków, takich, jak tysiące innych w międzywojennej wielokulturowej Polsce. Jak tysiące innych w Polsce współczesnej. 

Semen i Janka – rodzeństwo z mieszanej rodziny Polki i Ukraińca - oraz ich przyjaciel Dima, rdzenny Ukrainiec. Ich błahe, nastoletnie problemy (koleżanka Janki jest ładniejsza i ma większe powodzenie wśród chłopców, Semen ma słabe oceny w szkole i ciągle go wyrzucają z kolejnych placówek edukacyjnych) przerywa druga wojna światowa.

Wraz z wojną przychodzi przyspieszona dorosłość, dramatyczne wybory i pierwsza miłość, której lepiej, żeby w tych okolicznościach nie było…

Semen i Dima dają się wciągnąć w coraz bardziej popularny i rosnący we wpływy na Wołyniu ruch banderowców. I to jest prawdziwy dramat tej powieści. Czytając powieść Paszyńskiej, chyba jeszcze bardziej niż kilka lat temu podczas głośnego filmu Smarzowskiego, zastanawiałam się, jak to możliwe, że ludzie, którzy mieli przyjaciół, sąsiadów, kolegów z dzieciństwa, a nawet narzeczonych, współmałżonków, rodziców i rodzeństwo, mogli w ciągu jednej nocy z zimną krwią zaszlachtować ich siekierami, i nie znalazł się nikt, kto by stanął i powiedział: Chwileczkę, ulegamy zbiorowej psychozie!

Jak to możliwe, że ksiądz w grekokatolickiej cerkwi nawołuje do rzezi, używając do tego jeszcze cytatu z Ewangelii o oddzielaniu pszenicy od kąkolu? Jak to możliwe, że syn bez mrugnięcia okiem planuje morderstwo własnej matki i siostry, bo uważa, że musi z siebie zmyć „hańbę” – czyli otworzyć sobie furtkę do awansu w szeregach banderowców?

Możliwe. Tak jak możliwe było wmówienie porządnym, wykształconym Niemcom – lekarzom, prawnikom, profesorom, miłośnikom Goethego i Wagnera – że Żydzi śmierdzą, mają wszy i nie są ludźmi. Trwało to zaledwie kilka lat, a to, co się działo w czasie wojny, było już skutkiem tej duchowej „przemiany”.

Uwaga, uwaga, zaczynamy się oswajać z myślą, że można kogoś wykluczyć, że można kogoś stygmatyzować, że można kogoś wyalienować. I tak powolutku, stopniowo, dzień za dniem ludzie zaczynają się z tym oswajać – i ofiary, i oprawcy, i świadkowie, ci, których nazywamy bystanders, zaczynają przywykać… - mówił z goryczą były więzień KL Auschwitz Marian Turski w słynnym przemówieniu Auschwitz nie spadło z nieba.

Przemówienie dotyczyło antysemityzmu, ale czy nie można go odnieść do każdego wykluczenia, podziału na „naszych” i „nie naszych”, Polaków i Ukraińców, uchodźców „legalnych” i „nielegalnych”, zwolenników tej czy innej partii, „lewaków” i „katoli”, „tęczową zarazę” i „pisiorów”?

Tak łatwo zmienić ludzki umysł. Zaprogramować go zgodnie z oczekiwaniami jakiegoś ugrupowania czy partii. Zamienić porządnego obywatela, który kocha swoją rodzinę, słucha muzyki poważnej i chodzi do teatru, w oprawcę…

Hańba Marii Paszyńskiej nie jest powieścią, która jedynie opisuje odległe wydarzenia. To książka, która stawia ważne pytania na dziś. Czy potrafimy ze sobą rozmawiać? Czy hasła o równości, tolerancji i wzajemnym szacunku w polskiej przestrzeni publicznej nie są tylko pustymi słowami? Czy dajemy sobie wzajemnie prawo do odmiennego zdania, światopoglądu, sposobu życia? Czy umiemy się pięknie różnić i szukać raczej mostów niż budować mury?

Patrząc na to, co się dzieje w moim kraju przed wyborami, nie byłabym tego taka pewna. Czuję na plecach lodowaty wiatr historii…

niedziela, 8 października 2023


Powiew COOL- tury

Śpiwór w lesie

(Zielona granica, reż. Agnieszka Holland, 2023)

W październiku 2021 - czyli wtedy, kiedy dzieje się akcja filmu Agnieszki Holland - akurat byłam na Podlasiu. Pamiętam, że spacerowałam po lesie z koleżanką, mieszkanką tych terenów. Szłyśmy do legendarnej osady proroka Ilji: Wierszalina, a właściwie tego, co z niej pozostało. Było zimno, mgliście i nastrojowo. Wszędzie bajecznie kolorowe liście. Nagle koleżanka znalazła pod drzewem porzucony śpiwór.

- Są tutaj. – powiedziała wyraźnie poruszona.

- Kto? – zapytałam niezbyt przytomnie.

- Uchodźcy i aktywiści, którzy im pomagają. Niewiele mogą zrobić, więc podrzucają śpiwory, leki, ubrania, żywność, gorącą herbatę…

Mieszkałam wtedy na drugim końcu Polski, przy niepilnowanej przez nikogo granicy z Czechami, dużo się działo w moim życiu, więc niewiele myślałam o kryzysie uchodźczym. Ten śpiwór w lesie sprawił, że się zatrzymałam i popatrzyłam pod nogi. Był namacalny, do bólu konkretny i krzyczał o uwagę.

Agnieszka Holland zrobiła swój najnowszy film właśnie po to, żeby się zatrzymać i popatrzeć pod nogi. Przynajmniej takie było założenie.

W Zielonej granicy nie ma jednej, głównej postaci i wyraźnej linii fabularnej. Bohaterem jest zbiorowość, niejednorodna, zróżnicowana i skonfliktowana: kilkoro uchodźców z krajów arabskich i Afryki, prostaccy strażnicy graniczni z Polski, pogardliwie nazywający uchodźców „ciapatkami” albo „turystami” i podkreślający, że śmierdzą (jak mają pachnieć, skoro od kilku tygodni błąkają się po lesie?), cyniczni, wręcz okrutni strażnicy graniczni z Białorusi, grupa młodych, gniewnych aktywistów, psycholożka Julia, gotowa postawić wszystko na jedną kartę, żeby pomagać „ludziom z lasu” i ten jeden jedyny wrażliwy strażnik graniczny po polskiej stronie, nie pasujący do systemu.

Taka konfiguracja to potencjał na świetny, trzymający w napięciu scenariusz. Tymczasem wyszła klapa. Czekam na rozwój akcji, ewolucje postaci, jakieś skontrastowanie dynamiki, tempa, nastrojów i… nic. Blisko trzy godziny surowego, czarno – białego obrazu, prawie nie podbudowanego ścieżką dźwiękową, nagranego tak jak się nagrywa relacje telefonem komórkowym. To zabieg bardzo ciekawy i adekwatny do opowiadanej historii, ale nie wtedy, kiedy stosowany jest cały czas, bez chwili wytchnienia. Cały czas, bez wytchnienia są także dozowane trudne emocje: rozpacz, strach, bezsilność, gniew. Trzy godziny wysokiego „C”. To oczywiste, że film wymaga pokazania ludzkiej tragedii: kobiety rodzącej w warunkach, w jakich nie zostawia się nawet rodzących psów czy kotów, tonącego w bagnach chłopca, starego człowieka, który  nie ma siły dalej iść, dziewczyny, którą trzeba odtransportować do szpitala, bo umrze, a straż graniczna chce ją odtransportować, ale z powrotem za drut kolczasty… Jednak tego typu ekspozycja bez wyrazistego zarysowania postaci i ich indywidualnych losów, i bez wprowadzenia scen, które by choć trochę kontrastowały z „leśnym” dramatem, były jakimś kontrapunktem dla tragicznych wydarzeń,  powoduje, że zaczyna boleć mnie głowa, a nie serce. I zerkam na zegarek.

Najmocniejsza scena tego filmu to dla mnie spotkanie Julii (Mai Ostaszewskiej) z koleżanką, świetnie zagraną przez Agatę Kuleszę. Julia chce pożyczyć od przyjaciółki samochód. Jej własny ktoś zdemolował, gdy odkrył działalność Julii.  Kiedy jednak przyjaciółka się dowiaduje, że Julia wplątała się w pomoc uchodźcom, odmawia.

- Rozumiesz, ja muszę utrzymać rodzinę…

Jakże groteskowo brzmią tłumaczenia przyjaciółki, że przecież głosowała na Platformę i stała ze świeczką przed sądem. W Zielonej granicy podoba mi się, że obrywają równo wszyscy: polski rząd, białoruski reżim Łukaszenki, straż graniczna, wszystkie opcje polityczne, wreszcie: Unia Europejska. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, że na „zielonej granicy” koczują ludzie. I jest to granica życia i śmierci. Wśród tych ludzi są starsze osoby, kobiety i dzieci.

- Każdy coś musi – ucina Julia dalszą dyskusję.

No właśnie: każdy coś musi. Każdy stoi przed wyborem: zatrzymać się i popatrzeć pod nogi, czy udawać, że nie widzi tego śpiwora. Dostrzec drugiego człowieka czy przejść obok, bo tak łatwiej, wygodniej, bezpieczniej…

Z takimi pytaniami wychodzę z kina po tym ciężkim filmie. Film kończy się epilogiem przypominającym, że Polacy z otwartym sercem przyjęli tłumy uchodźców z Ukrainy w pierwszym okresie inwazji rosyjskiej. Oni nie musieli koczować przy drucie kolczastym…

Tak więc są ludzie „legalni” i „nielegalni”. Uchodźcy „lepsi” i „gorsi”. Ci, których się mija, i ci, którym organizuje się natychmiastową pomoc, dach nad głową i wsparcie.

Mam świadomość, że film jest mocno tendencyjny. Że straż graniczna – poza tym jednym bohaterem - jest przedstawiona jako banda troglodytów, dla których sensem życia jest pędzenie samogonu. Że Julia nie posiada dzieci, za to ma dwa psy, a o uchodźcach mówi, zgodnie z aktualnymi wytycznymi językowymi, „osoby uchodźcze” – i jest to świadomy zabieg scenariuszowy, który dużo nam mówi o postaci, jej światopoglądzie i sposobie życia.

Ale jest jedna rzecz, za którą ten film bardzo cenię: uczy człowieczeństwa. Przypomina, że każdy człowiek jest bezcenny w oczach Boga, bez względu na to, czy modli się słowami, których nauczył nas Jezus, czy rozwija dywanik i recytuje szachadę. Czy kraj, z którego ucieka, jest w „cywilizowanej” Europie, czy w „dzikiej” Azji.  Czy ma paszport ukraiński, czy ten „najgorszy z możliwych”…

Przypomina mi się wiersz Wisławy Szymborskiej Psalm:

O, jakże są nieszczelne granice ludzkich państw!

Ile to chmur nad nimi bezkarnie przepływa,

Ile piasków pustynnych przesypuje się z kraju do kraju,

Ile górskich kamyków stacza się w cudze włości

W wyzywających podskokach! (…).

Czy muszę tu wymieniać ptaka za ptakiem jak leci?

Albo jak właśnie przysiada na opuszczonym szlabanie?

Niechby to nawet był wróbel, a już ma ogon ościenny,

choć dzióbek jeszcze tutejszy. W dodatku – ależ się wierci! (…).

Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie obce.

Reszta to lasy mieszane, krecia robota i wiatr.

Podsumowując: Zielona granica nie jest dla mnie żadnym artystycznym objawieniem. Jestem przekonana, że zarówno peany na cześć tego filmu, jak odsądzanie reżyserki od czci i wiary są w dużej mierze podyktowane przedwyborczymi napięciami. Warto jednak się wybrać do kina: żeby wyrobić sobie własne zdanie. I żeby zatrzymać się i popatrzeć pod  nogi. Może przy drodze leży pobity człowiek i to właśnie ja albo ty mamy okazję stać się dla niego Samarytaninem?

Napływające fale migrantów to problem globalny, o coraz większej sile rażenia. Cała Europa, nie tylko nasz kraj, mierzy się z wyzwaniem, czy wykazać się roztropnością, czy wrażliwością serca, i czy można te dwie postawy pogodzić. To nie są łatwe dylematy. Ja wiem  jedno: trzeba być przede wszystkim człowiekiem. Ewangelia tego człowieczeństwa uczy najlepiej.

 



niedziela, 1 października 2023


 

Powiew COOL-tury

 Opowieść o ojcostwie

(Znachor, reż. Michał Gazda, Netflix 2023)

Znachor Tadeusza Dołęgi – Mostowicza był zawsze dla mnie synonimem kiczu, do tego stopnia, że wersję z 1981 roku obejrzałam dopiero w tym miesiącu, jak się dowiedziałam, że wychodzi nowa wersja na Netflixie.

Co odnalazłam w tej trącącej myszką historii, która tak mocno zawładnęła naszą zbiorową wyobraźnią, w dużej mierze dzięki legendarnej ekranizacji Jerzego Hoffmana? Nadzieję: że miłość i po prostu zwykła przyzwoitość ma szansę wygrać z największą podłością, choć niekoniecznie natychmiast. Wrażliwość społeczną, która zdominowała literaturę pozytywizmu i pozostała w polskiej kulturze już na zawsze. Im jestem starsza, tym bardziej rozumiem, o co pozytywistom chodziło.  Wiarę, że na świecie istnieją ”doktorowie Judymowie”, tacy właśnie jak tytułowy bohater powieści Dołęgi – Mostowicza, których stać na bezinteresowną pomoc najuboższym i najbardziej bezbronnym. Ale także: nieco banalny mezalians z happy endem, czarno – białe charaktery i sztampowe postacie kobiece, nieskomplikowana, szyta grubymi nićmi fabuła.

Byłam ciekawa, co można wnieść nowego do kultowego, ale niezbyt wyrafinowanego tematu, w jaki sposób go rozwinąć i uaktualnić, i czy to w ogóle jest możliwe. Nie jestem zwolenniczką teorii „jedynie słusznej ekranizacji”, która jest nienaruszalną świętością i każda próba reaktywacji jest grzechem wołającym o pomstę do nieba. Tak więc zasiadłam przed ekranem bez uprzedzeń i… nie zawiodłam się!

Netflixowy Znachor to po prostu świetna robota filmowa: ze znakomitą, budującą napięcie muzyką Pawła Lucewicza, która nawiązuje do tradycyjnych pieśni ludowych, wartką akcją i pełnokrwistymi kreacjami aktorskimi: zwłaszcza tytułową rolą Leszka Lichoty, pełnego ciepła, choć powściągliwego, Zośki, wyrazistej chłopki, kobiety z krwi i kości,  o silnej osobowości, która wie, czego chce i nie zawaha się o to zawalczyć, w wykonaniu rewelacyjnej Anny Szymańczyk, oraz Marysi Wilczurówny, którą zagrała Maria Kowalska. Ta młoda aktorka nadała swojej bohaterce temperament i koloryt, jej Marysia jest „jakaś”, o coś jej chodzi, z czymś się nie zgadza, ma swoje zdanie, nareszcie z charakterem, w przeciwieństwie do zjawiskowo pięknej, ale statycznej i posągowej potulnej „gąski” z wersji Hoffmana.

Trochę zaskoczył mnie luźny stosunek scenarzystów do fabuły powieści: nieobecne w poprzednich wersjach wątki i postacie, rezygnacja z pokazania, że rodzina młynarza jest prawosławna, za to wprowadzenie do narracji Żydów, drobne zmiany w przebiegu akcji, no i wszechobecny we współczesnych produkcjach filmowych, zarówno polskich jak zagranicznych, seks przedmałżeński, również tam, gdzie pierwotnie go nie ma. Jest to na pewno niezgodne z obyczajowością epoki, co nie znaczy, że takie zjawisko nie istniało. Ale czy było aż tak powszechne i oczywiste jak dzisiaj? Po co te innowacje? Nie wiem. W niczym to jednak nie umniejsza wartości bardzo dobrze opowiedzianego filmu.

Jednak to, co mnie najbardziej poruszyło, co wyniosłam dla siebie, co jest najbardziej „moje”, to relacja Rafała Wilczura z córką. Nie będzie spoilerem, jeśli zdradzę, że główny bohater przeżywa dramat, ponieważ zostawia go żona i zabiera w nieznane ich małą córeczkę, skutkiem czego bohater wpada w tarapaty i traci pamięć, bo fabuła Znachora, spopularyzowana przez filmy z 1937 i  1981 roku, jest powszechnie znana. W nowej wersji jednak twórcy z czułością pochylają się właśnie nad tym wątkiem: ojca i córki. To jest dla głównego bohatera najważniejszy łącznik między  światem cenionego chirurga Rafała Wilczura a światem człowieka znikąd – Antoniego Kosiby. Można stracić pamięć umysłu, ale nie da się stracić pamięci serca…

I kiedy film się zaczyna od zabawy ojca i córeczki w operację, płaczę ze wzruszenia. Już wiem, o czym jest Znachor Michała Gazdy: to opowieść  o ojcostwie. Paląco potrzebna w czasach rozwodów, związków na próbę, samotnego macierzyństwa i rodzin patchworkowych. Warto obejrzeć, najlepiej z dziećmi. A potem porozmawiać.




Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/Znachor+Zwiastun+nr+1-66351

piątek, 29 września 2023


 

Powiew COOL-tury

 Śpiew przez łzy

(Infamia, reż. Anna Maliszewska, Kuba Czekaj, Netflix 2023)

 

Nie pędzą z wiatrem. Nie tańczą dla samej radości tańczenia. Nie śpiewają „ore ore szabadaba da amore”, a jeśli śpiewają, to dla zarobku.

I to jest taki śpiew przez łzy.

Za feerią barw, kwiatami we włosach i zawodzącymi melodiami Romów kryją się prawdziwe dramaty. Takie jak w każdej innej społeczności.

1.     System, nazywany we współczesnej kulturze patriarchatem, ale przecież także same kobiety utrwalają ten patriarchat – czyli niepisane zasady Romanipenu.  Trzeba się w te ramy wpasować, bo w przeciwnym razie zostanie się skazanym na tytułową infamię, a więc wykluczonym ze ścisłej, zamkniętej społeczności.

2.     Podziały: na Romów i „gadziów” (czyli całą resztę), romską „arystokrację” – tę bajecznie bogatą i wprzęgniętą w ciemne interesy – i romski „plebs”, mieszkający w slumsach, wreszcie: „Cyganów” i „prawdziwych Polaków”.

3.     Konflikt jednostki i społeczności. Jednostka ma konkretne marzenia, ponadprzeciętną wrażliwość i nie zgadza się na bycie trybikiem w bezdusznej machinie Romanipenu.
W dodatku śmie się zakochać niezgodnie z oczekiwaniami rodziny, no i tak naprawdę nie wie, kim jest, a przechodzi burzliwy okres dojrzewania.

4.     Upadek rodziny w idealnym - jak by się wydawało - systemie, który miał tę rodzinę scalać. A więc tak naprawdę zdemaskowanie jego fałszu.

5.     Miłość bez naiwnego happy endu.

Wydaje się, że to wszystko już było w tylu tekstach kultury i pop-kultury, że aż trudno byłoby je policzyć. Chociażby w Romeo i Julii Szekspira. W serialu jest nawet scena balkonowa, wyraźnie nawiązująca do tego dramatu, choć w bardzo smutnym, pasującym do współczesnej rzeczywistości kontekście.

Ale przejmujący, choć trochę melodramatyczny wątek miłosny to jedynie pretekst do ukazania dużo głębszej problematyki: poszukiwania tożsamości, pytania, czym są tak zwane wartości rodzinne i czy w ogóle jest możliwe, żeby o nie walczyć, ukazania dramatu uzależnienia i załamania psychicznego i przede wszystkim: podziałów w społeczeństwie, które mogą doprowadzić do tragedii.

Są jacyś „my” i jacyś „oni”. Dla „prawdziwych Polaków” czyli chłopców w dresach z pałkami, rzucających mało wyrafinowane intelektualnie nacjonalistyczne hasła, ci „oni”, których trzeba „nastraszyć” (a więc de facto – zatłuc), to „Cyganie”, „Ciapaci”, „Żydzi”, „pedały” czy ktokolwiek, kto wydaje się być inny. Dla Romów - to „gadziowie”. Mur wrogości i wzajemnej agresji rośnie. Siłą tego serialu jest to, że jego twórcy nikogo tutaj nie próbują idealizować. Każda z ukazanych grup jest hermetyczna i okrutna wobec wszystkich, którzy do niej nie pasują.

Ale jest także Gita – dziewczyna, która wbrew własnej woli przyjeżdża z rodzicami do Polski po wieloletnim życiu na Wyspach Brytyjskich. Okazuje się, że dość liberalne środowisko Romów w Walii jest zupełnie inne niż konserwatywne środowisko Romów w Polsce. Że w wieku siedemnastu lat ma zostać przymusowo wydana za mąż. Że jej dalsza edukacja wisi na włosku. Że może zapomnieć o swojej pasji: tworzeniu muzyki rapowej. Że ma ubierać się i czesać zgodnie z oczekiwaniami rodziny, która jest solidną, wspierającą instytucją pod warunkiem, że jej członkowie mieszczą się w sztywnych ramach systemu, nakazującego mężczyznom zbijać kasę na narkotykach, a kobietom rodzić dzieci, prowadzić dom i się nie wtrącać. Jeśli Gita nie zgodzi się na narzucony sposób życia, grozi jej wydalenie ze wspólnoty: tytułowa infamia. A to oznacza, że zostanie zupełnie sama. Bez kontaktu nawet z własnymi rodzicami, o ile będą chcieli nadal być częścią wspólnoty.

Gita szuka swojego miejsca w świecie. Poznaje nowych przyjaciół w liceum, do którego się zapisała. Okazuje się, że nowa rzeczywistość wcale nie jest „zerojedynkowa”: okropni Romowie i cudowni polscy przyjaciele Gity, którzy ją chronią i bronią. Nie: oni też potrafią być chamscy, mało empatyczni, cyniczni, tchórzliwi, pogubieni, z własnymi, wcale niebagatelnymi problemami, zniewoleni przez różne uwarunkowania społeczne i międzyludzkie. I okrutni.

Czy wobec tego prawo Romanipenu okazuje się jedynie słuszną drogą, którą wybiera Gita? Nie będę zdradzać, ale nic w tym serialu nie jest oczywiste, bo w prawdziwym świecie też nie ma łatwych wyborów.

Serial mocno trzyma w napięciu i momentami jest wstrząsający, ale daje nadzieję. Można przejść przez największą ciemność. Miłość i przyjaźń może zwyciężyć. Rodzina jest najwyższą wartością, ale niekoniecznie rozumiana zgodnie z zasadami jakiegoś sztywnego, nieludzkiego systemu.

Warto przy okazji wspomnieć o genialnej muzyce, gdzie połączono rap z tradycyjnym folklorem cygańskim, znakomicie napisanym scenariuszu, reżyserii i kreacjach aktorskich, które wbijają w fotel, i po prostu znakomitej robocie filmowej!

A główna bohaterka zagrana brawurowo przez Zofię Jastrzębską (która także sama rapuje wykorzystane w serialu kawałki!) może być inspiracją nie tylko dla młodych ludzi poszukujących własnej tożsamości, ale dla każdego, kto stoi na jakimkolwiek życiowym rozdrożu, i pyta o sens i cel życia:

Jestem miksem genów,

Iksem problemów,

Styksem, który dzieli świat

na ten twój i ten mój…

- głosi Gita w tytułowym protest songu.

W kontekście polaryzacji społeczeństwa i niekończących się sporów o uchodźców z Ukrainy i z „zielonej granicy”, osoby LGBT, wierzących, niewierzących, zwolenników partii rządzącej i opozycji te słowa brzmią przejmująco.

Serial trzeba obowiązkowo zobaczyć!


Link do zwiastuna:

https://www.youtube.com/watch?v=1Wm_4dJ1zMk