piątek, 29 września 2023


 

Powiew COOL-tury

 Śpiew przez łzy

(Infamia, reż. Anna Maliszewska, Kuba Czekaj, Netflix 2023)

 

Nie pędzą z wiatrem. Nie tańczą dla samej radości tańczenia. Nie śpiewają „ore ore szabadaba da amore”, a jeśli śpiewają, to dla zarobku.

I to jest taki śpiew przez łzy.

Za feerią barw, kwiatami we włosach i zawodzącymi melodiami Romów kryją się prawdziwe dramaty. Takie jak w każdej innej społeczności.

1.     System, nazywany we współczesnej kulturze patriarchatem, ale przecież także same kobiety utrwalają ten patriarchat – czyli niepisane zasady Romanipenu.  Trzeba się w te ramy wpasować, bo w przeciwnym razie zostanie się skazanym na tytułową infamię, a więc wykluczonym ze ścisłej, zamkniętej społeczności.

2.     Podziały: na Romów i „gadziów” (czyli całą resztę), romską „arystokrację” – tę bajecznie bogatą i wprzęgniętą w ciemne interesy – i romski „plebs”, mieszkający w slumsach, wreszcie: „Cyganów” i „prawdziwych Polaków”.

3.     Konflikt jednostki i społeczności. Jednostka ma konkretne marzenia, ponadprzeciętną wrażliwość i nie zgadza się na bycie trybikiem w bezdusznej machinie Romanipenu.
W dodatku śmie się zakochać niezgodnie z oczekiwaniami rodziny, no i tak naprawdę nie wie, kim jest, a przechodzi burzliwy okres dojrzewania.

4.     Upadek rodziny w idealnym - jak by się wydawało - systemie, który miał tę rodzinę scalać. A więc tak naprawdę zdemaskowanie jego fałszu.

5.     Miłość bez naiwnego happy endu.

Wydaje się, że to wszystko już było w tylu tekstach kultury i pop-kultury, że aż trudno byłoby je policzyć. Chociażby w Romeo i Julii Szekspira. W serialu jest nawet scena balkonowa, wyraźnie nawiązująca do tego dramatu, choć w bardzo smutnym, pasującym do współczesnej rzeczywistości kontekście.

Ale przejmujący, choć trochę melodramatyczny wątek miłosny to jedynie pretekst do ukazania dużo głębszej problematyki: poszukiwania tożsamości, pytania, czym są tak zwane wartości rodzinne i czy w ogóle jest możliwe, żeby o nie walczyć, ukazania dramatu uzależnienia i załamania psychicznego i przede wszystkim: podziałów w społeczeństwie, które mogą doprowadzić do tragedii.

Są jacyś „my” i jacyś „oni”. Dla „prawdziwych Polaków” czyli chłopców w dresach z pałkami, rzucających mało wyrafinowane intelektualnie nacjonalistyczne hasła, ci „oni”, których trzeba „nastraszyć” (a więc de facto – zatłuc), to „Cyganie”, „Ciapaci”, „Żydzi”, „pedały” czy ktokolwiek, kto wydaje się być inny. Dla Romów - to „gadziowie”. Mur wrogości i wzajemnej agresji rośnie. Siłą tego serialu jest to, że jego twórcy nikogo tutaj nie próbują idealizować. Każda z ukazanych grup jest hermetyczna i okrutna wobec wszystkich, którzy do niej nie pasują.

Ale jest także Gita – dziewczyna, która wbrew własnej woli przyjeżdża z rodzicami do Polski po wieloletnim życiu na Wyspach Brytyjskich. Okazuje się, że dość liberalne środowisko Romów w Walii jest zupełnie inne niż konserwatywne środowisko Romów w Polsce. Że w wieku siedemnastu lat ma zostać przymusowo wydana za mąż. Że jej dalsza edukacja wisi na włosku. Że może zapomnieć o swojej pasji: tworzeniu muzyki rapowej. Że ma ubierać się i czesać zgodnie z oczekiwaniami rodziny, która jest solidną, wspierającą instytucją pod warunkiem, że jej członkowie mieszczą się w sztywnych ramach systemu, nakazującego mężczyznom zbijać kasę na narkotykach, a kobietom rodzić dzieci, prowadzić dom i się nie wtrącać. Jeśli Gita nie zgodzi się na narzucony sposób życia, grozi jej wydalenie ze wspólnoty: tytułowa infamia. A to oznacza, że zostanie zupełnie sama. Bez kontaktu nawet z własnymi rodzicami, o ile będą chcieli nadal być częścią wspólnoty.

Gita szuka swojego miejsca w świecie. Poznaje nowych przyjaciół w liceum, do którego się zapisała. Okazuje się, że nowa rzeczywistość wcale nie jest „zerojedynkowa”: okropni Romowie i cudowni polscy przyjaciele Gity, którzy ją chronią i bronią. Nie: oni też potrafią być chamscy, mało empatyczni, cyniczni, tchórzliwi, pogubieni, z własnymi, wcale niebagatelnymi problemami, zniewoleni przez różne uwarunkowania społeczne i międzyludzkie. I okrutni.

Czy wobec tego prawo Romanipenu okazuje się jedynie słuszną drogą, którą wybiera Gita? Nie będę zdradzać, ale nic w tym serialu nie jest oczywiste, bo w prawdziwym świecie też nie ma łatwych wyborów.

Serial mocno trzyma w napięciu i momentami jest wstrząsający, ale daje nadzieję. Można przejść przez największą ciemność. Miłość i przyjaźń może zwyciężyć. Rodzina jest najwyższą wartością, ale niekoniecznie rozumiana zgodnie z zasadami jakiegoś sztywnego, nieludzkiego systemu.

Warto przy okazji wspomnieć o genialnej muzyce, gdzie połączono rap z tradycyjnym folklorem cygańskim, znakomicie napisanym scenariuszu, reżyserii i kreacjach aktorskich, które wbijają w fotel, i po prostu znakomitej robocie filmowej!

A główna bohaterka zagrana brawurowo przez Zofię Jastrzębską (która także sama rapuje wykorzystane w serialu kawałki!) może być inspiracją nie tylko dla młodych ludzi poszukujących własnej tożsamości, ale dla każdego, kto stoi na jakimkolwiek życiowym rozdrożu, i pyta o sens i cel życia:

Jestem miksem genów,

Iksem problemów,

Styksem, który dzieli świat

na ten twój i ten mój…

- głosi Gita w tytułowym protest songu.

W kontekście polaryzacji społeczeństwa i niekończących się sporów o uchodźców z Ukrainy i z „zielonej granicy”, osoby LGBT, wierzących, niewierzących, zwolenników partii rządzącej i opozycji te słowa brzmią przejmująco.

Serial trzeba obowiązkowo zobaczyć!


Link do zwiastuna:

https://www.youtube.com/watch?v=1Wm_4dJ1zMk 



piątek, 15 września 2023


 

Książka z duszą

 

Skąd się wzięło to „nie” w tytule?

(Justyna Dżbik – Kluge, Śluby (nie) posłuszeństwa, Wydawnictwo Znak 2023)

 Nie powinnam recenzować tej książki, skoro sama jestem jedną z jej bohaterek, ale jest tak świetna, że nie mogłam się powstrzymać!

Kiedy napisała do mnie Justyna Dżbik – Kluge i zaproponowała wywiad do książki o siostrach zakonnych, zaczęła się wojna w Ukrainie. Media zdominował jeden, zrozumiały w tych okolicznościach temat, a  ja właśnie wydałam w Edycji Świętego Pawła swój zbiór felietonów Zakonnica bez przebrania, ale nie zapowiadało się, że w tej sytuacji to kogokolwiek zainteresuje. Miałam nawet żal do Pana Boga, bo moja poprzednia książka wyszła tuż przed wybuchem pandemii
i oczywiście wszystkie spotkania autorskie trzeba było wtedy odwołać… „To trzeba mieć moje szczęście w życiu!” – myślałam.

Tymczasem kontaktuje się ze mną jakaś miła, ale bardzo rzeczowa pani i w całym tym wojennym zamieszaniu medialnym informuje mnie, że pisze książkę o siostrach zakonnych. Nadmienia, że jest ateistką.

To mnie najbardziej zaintrygowało: co ateistka może napisać o siostrach zakonnych? W głowie od razu uruchomiły mi się niezbyt przyjemne skojarzenia: Zakonnice odchodzą po cichu Marty Abramowicz
i Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? Justyny Kopińskiej. Obie znakomicie napisane, co przy „odpowiednim” wyborze tematu daje czołówkę w rankingach Empiku. Obie jednostronne, a przez to fałszujące obraz powołania zakonnego, w dodatku z błędami merytorycznymi.  Obie koncentrujące się wyłącznie na patologiach życia  w klasztorze.

Zaryzykowałam. Przekonała mnie właśnie ta rzeczowość. Przeczuwałam, że się będziemy wzajemnie słuchać, a to daje szansę na ciekawe, inspirujące spotkanie. Oczywiście zapytałam o zgodę przełożonych i dostałam zielone światło. Niedługo później spotkałyśmy się online. Nie zawiodłam się.

Pytania autorki dotyczyły naprawdę tego, co jest dla mnie najważniejsze: mojej przygody z Jezusem. Przygody życia! Najpiękniejszej i najważniejszej, jaka mnie mogła spotkać. Kiedy otrzymałam wywiad do autoryzacji, wiedziałam, że tam jest dokładnie to, co chciałam przekazać. Bez naginania rzeczywistości do potrzeb „rankingów”.

Całej książki jeszcze nie znałam. Nawet nie wiedziałam, które siostry będą moimi „współtowarzyszkami” wywiadów. Okazało się, że dobór rozmówczyń okazał się dla autorki nie lada wyzwaniem. Wywiadu odmówiło kilkanaście sióstr z różnych zgromadzeń, często znanych z mediów społecznościowych albo wykładających na wyższych uczelniach! Dlaczego? Być może właśnie ze względu na ten nieszczęsny stereotyp „dziennikarki – ateistki” czyli kogoś, kto na pewno „czyha” na nasze potknięcie. Równie krzywdzący jak stereotyp „zakonnicy z pogrzebaczem”, nieszczęśliwej w klasztorze i wyładowującej swoje frustracje na współsiostrach albo powierzonych jej opiece dzieciach…

Książka Justyny Dżbik – Kluge obala wszelkie stereotypy i buduje piękny, bo oparty na prawdzie
i wzajemnym zaciekawieniu pomost.

Oprócz mnie bohaterkami wywiadu są cztery siostry zakonne: s. Dolores Zok, przewodnicząca Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych, s. Irena Karczewska, przewodnicząca Komisji Misyjnej przy Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych, s. Anna Bałchan, od lat pomagająca kobietom na ulicy i ofiarom handlu ludźmi,s. Małgorzata Borkowska, autorka wielu książek, siostry z nowego zgromadzenia: Karmelu Ducha Świętego, a poza tym ksiądz Stanisław (nie podał nazwiska) oraz dwie osoby świeckie: była zakonnica, Izabela Mościcka, i psycholożka Justyna Dąbrowska. Każda z tych osób ma zupełnie inny styl bycia, podejście do tematu, temperament, a jednak coś je łączy: potrzeba przekazania światu, że zakony są same w sobie dobrym wynalazkiem. To jedna z wielu dróg, na jakie Bóg wzywa człowieka. Złe może być jedynie niezrozumienie tej drogi. Również przez tych, którzy ją wybrali.

Już pierwsze zdanie książki mnie bez reszty wciągnęło, bo zaczyna się to wszystko jak powieść:

Patrzę w górę.

Zimne powietrze owiewa moją twarz.

Wodzę wzrokiem za przelatującymi po niebie ptakami.

Czuję spokój. Myśli płyną powoli.

A gdybym tak nie wróciła?

Poszła do auta, odpaliła silnik i pojechała gdzieś, gdziekolwiek. Morze? Czemu nie?

Na dzień, dwa, więcej…

Zostawić to wszystko, wyjść z domu i po prostu iść przed siebie.

Dziękuję Justynie Dżbik – Kluge za to szczere świadectwo swoich zwątpień jako żony i matki. Bo kto
z nas nie miał podobnych myśli? Ma je każdy, kto wybrał jakiekolwiek powołanie życiowe.

A przecież niczego nie zostawiamy, nie idziemy przed siebie. Trwamy.

I o tym trwaniu jest ta książka, zatytułowana przekornie Śluby (nie) posłuszeństwa. Nie da się być siostrą zakonną bez posłuszeństwa. Naśladujemy w tym Kogoś, dla kogo jesteśmy w klasztorze: samego Jezusa, który „stał się posłuszny aż do śmierci, a była to śmierć na krzyżu” (por. Flp 2, 8).

Czym ma być to „posłuszeństwo aż do śmierci”? Cierpiętnictwem? Masochizmem? Wybieraniem drogi „pod górkę”? Nic z tych rzeczy. To po prostu przyjmowanie tego, co jest. Tylko i aż. Tego, że źle sprzątam korytarz. Że za grubo obieram ziemniaki. Że jestem katechetką, a wolałabym uczyć języka polskiego. Że nie potrafię się dogadać z jakąś współsiostrą, może to jest nawet moja przełożona albo dyrektorka w miejscu pracy. Że śpię  na modlitwach, bo godzina wstawania jest dla mnie za wczesna. Że za każdym razem muszę prosić o nowe buty i pieniądze na wyjazd. Że nie posiadam karty bankomatowej, co teraz na każdym kroku utrudnia życie.

Posłuszeństwo to konsekwencja wyboru określonej drogi.

Skąd więc to „nie” w tytule? Z przekory autorki? A może po to, żeby się zastanowić nad ogromem odwagi, jaki często się kryje w zakonnym posłuszeństwie?

Gdyby nie ta odwaga, święty Dominik by nie wysyłał braci z dopiero co powstałego zakonudo głoszenia Ewangelii po wioskach i obcych miastach. Matka Teresa z Kalkuty nie posłuchałaby żebraka, który powiedział „pragnę” i nie założyłaby zgromadzenia zbierającego z ulicy umierających
i zostawionych samych sobie mieszkańców slumsów. Siostra Anna Bałchan nie poszłaby do kobiet głęboko doświadczonych przez los, a siostra Małgorzata Borkowska by nie napisała znakomitej Oślicy Balaama piętnującej głupotę „duchownych panów”. Wreszcie: moje współsiostry z Broniszewic nie zbudowałyby w siedem lat dwóch nowych Domów Chłopaków i przepięknej kaplicy.

Ale to jest zawsze Boże „(nie)posłuszeństwo”, wynikające ze słuchania Jezusa.

Bardzo polecam tę książkę zarówno wierzącym, jak niewierzącym. Dla wierzących będzie opowieścią o wielkiej miłości do Boga tych, którzy dali się Mu uwieść. Dla niewierzących – fascynującą podróżą po świecie na ogół niedostępnym dla zwykłych „śmiertelników”, owianym nie zawsze zdrową atmosferą tajemnicy…

Atutem tej książki jest wielostronne, nie tylko pozytywne spojrzenie na temat. Ale jedynie po to, żeby przyjrzeć się prawdzie.

Gdybym nie wiedziała, że Justyna Dżbik – Kluge jest ateistką, nigdy bym się tego nie domyśliła na podstawie samych wywiadów. Nie dlatego, że próbuje idealizować bohaterki czy życie, jakie wybrały. Dlatego, że jej praca cechuje się rzetelnością dziennikarską i wielkim szacunkiem dla rozmówczyń.

Ech, gdybyśmy wszyscy umieli się tak słuchać, zarówno prywatnie, jak w przestrzeni publicznej, o ileż byłoby mniej podziałów i nieporozumień!

A świat jest tak fascynujący w swojej różnorodności…



fot. s. Regina Dorota Krzesz.

piątek, 11 sierpnia 2023


 

Powiew COOL - tury

Cisza po eksplozji i sałatka z łososiem

(Oppenheimer, reż. Christopher Nolan, 2023)

Kiedy chodziłam do liceum, przedmioty ścisłe były kompletnie poza sferą moich zainteresowań. Byłam (i nadal jestem) klasyczną podręcznikową humanistką. Miałam wspaniałego nauczyciela od fizyki, który przymykał oko na fakt, że na jego lekcjach czytam pod ławką Wyspiańskiego. Za to zachęcał mnie do przeczytania książki „Fizyka dla poetów”. Niestety, nie zadałam sobie trudu, żeby do niej zajrzeć. Nawet mnie nie interesowało nazwisko autora. Byłam zadufana w sobie i przekonana, że nawet, jeśli wyrośnie ze mnie druga Szymborska, to do rozwoju własnych zainteresowań nie potrzebuję fizyki.

A szkoda.

Po obejrzeniu Oppenheimera stwierdzam, że od fizyki do poezji jest jeden krok. Kiedy tytułowy bohater z błyskiem w oku opowiada o umieraniu gwiazd, brzmi to jak wiersz jakiegoś romantycznego poety. Sam Robert Oppenheimer jest oczywiście outsiderem, wyróżniającym się nawet spośród uczelnianych kolegów, choć bynajmniej nie ideałem: wyjątkowo kiepsko radzi sobie w laboratorium i obrywa od wykładowcy na tyle mocno, że chce go… otruć! Przypominają mi się inne filmy niepasujących do „systemu” geniuszach: Piękny umysł Rona Howarta i Teoria wszystkiego Jamesa Marsha.

Z Oppenheimerem jest jednak trochę inaczej niż z Johnem Nashem czy Stephenem Hawkingiem: mamy do czynienia z geniuszem, którego historia nazwała ojcem bomby atomowej. Druga wojna światowa dobiega końca, Hitler popełnia samobójstwo. Japonia jednak nadal walczy i trudno przewidzieć działania Związku Radzieckiego (bardzo dobrze i klarownie pokazana w filmie geneza wyścigu zbrojeń i zimnej wojny!), więc rząd USA powołuje grupę fizyków pod przewodnictwem Oppenheimera, żeby skonstruowali bombę atomową. Ten, który z pasją opowiadał o umieraniu gwiazd, ma sprawić, że umrze tysiące ludzi.

Jeśli ktoś się spodziewa po tym filmie wartkiej akcji, romansu czy linearnej biografii, to nic z tych rzeczy tu nie znajdzie. Zamiast tego znajdzie dramat głównego bohatera, mistrzowsko pokazany przez oszczędne aktorstwo Cilliana Murphy’ego. Cała opowieść o byciu Prometeuszem, który wykradł bogom ogień, i Ikarem, zrywającym się do śmiercionośnego lotu, rozgrywa się na twarzy bohatera. Twarzy, która żyje, prezentuje całą gamę emocji, twarzy, od której nie potrafiłam oderwać oczu. Scena próbnej eksplozji zwanej, o ironio, akcją Trinity „Trójca Święta”), wbija w fotel, choć nie ma żadnych wybuchów wstrząsających ścianami sali kinowej ani spektakularnych efektów specjalnych. Jest tylko porażająca cisza. A potem, kiedy Oppenheimer spełnia swoje zadanie, wszyscy koledzy z bazy badawczej z żonami i dziećmi witają go jak gwiazdę. Owacje na stojąco, okrzyki, łzy wzruszenia. Oppenheimer patrzy na te twarze oszołomiony. Nagle znowu ta cisza. Białe światło przypominające radioaktywny pył. Zniekształcone promieniowaniem twarze zebranych, które w takiej formie widzi tylko główny bohater. Ta scena mną najbardziej wstrząsnęła. Pokazuje samo sedno tego, co mógł odczuwać wynalazca bomby atomowej po „udanej” operacji…

Warto zwrócić uwagę na postacie kobiece: Jean Tatlock (Florence Pugh) i Kitty Oppenheimer (Emily Blunt). . Choć trochę jednowymiarowe, to dobrze zagrane. Niestety, na drugim planie, jak większość kobiet w tamtych czasach: cichych bohaterek rozwieszanego prania i kuchennych blatów. Oppenheimer skrzywdził swoje kobiety. Czuły się przy nim do bólu samotne. Ale czy inaczej postąpił Albert Einstein, który ze spokojem patrzył, jak jego genialna żona Mileva poświęca dla niego karierę uniwersytecką, i dorobek życia, i usuwa się w cień, żeby Einstein mógł podpisywać ich wspólne prace swoim nazwiskiem i błyszczeć? Obok wielkiej historii mamy w Oppenheimerze małą historie tych cichych bohaterek…

W filmie też ważną rolę odgrywa przejmująca muzyka Ludwiga Göranssona. Jest w niej niepokój i tajemniczość. Jedyne, co mi bardzo przeszkadzało w odbiorze, to długie, trochę nużące sceny przesłuchań Oppenheimera. Zbyt dużo moim zdaniem niepotrzebnych faktów i wątków pojawia się w tych rozmowach i przez to są bardzo męczące.

Siła tego filmu tkwi w przesłaniu. Wyszłam z kina z ważnymi pytaniami, na które nie ma oczywistych odpowiedzi: gdzie są granice badań naukowych? Gdzie kończy się ciekawość poznawcza człowieka, a zaczyna zabawa w Boga? Czy w imię pokoju można stosować śmiercionośna broń, która zabija tysiące niewinnych ludzi? I czy to na pewno jest działanie w imię pokoju, czy w imię politycznych i ekonomicznych interesów? Czy działanie dla dobra ojczyzny zawsze jest bohaterstwem? Dlaczego granica między byciem na piedestale a byciem potraktowanym jak przestępca jest tak płynna? Czy warto przekraczać kolejne granice poznania, żeby dążyć do prawdy, i czy nie zapłacimy za to zbyt wysokiej ceny?

Jakże aktualne te pytania, biorąc pod uwagę sytuację za naszą wschodnią granicą. Zabawa w Prometeusza zawsze kończy się tragicznie.

Jeśli nawet Prometeusz zostanie nagrodzony medalem, oklaskami i sałatką z łososiem, to – jak mówi filmowy Einstein (świetna  rola Toma Conti’ego!): „To nie będzie nagroda dla ciebie. To będzie nagroda dla nich.”

Sałatka z łososiem trochę załagodzi dyskomfort spowodowany świadomością, że w Hiroszimie i Nagasaki zginęło 200 tysięcy cywilów, prawda?

Muszę w końcu przeczytać „Fizykę dla poetów”. Wygooglowałam autora: Rober March.

Link do zwiastuna:

https://www.google.com/search?q=oppenheimer+zwiastun+pl&oq=&gs_lcrp=EgZjaHJvbWUqCQgCECMYJxjqAjIJCAAQIxgnGOoCMgkIARAjGCcY6gIyCQgCECMYJxjqAjIJCAMQIxgnGOoCMgkIBBAjGCcY6gIyCQgFECMYJxjqAjIJCAYQIxgnGOoCMgkIBxAjGCcY6gLSAQ41NjQzMjg0NzhqMGoxNagCCLACAQ&sourceid=chrome&ie=UTF-8#fpstate=ive&vld=cid:3434adcb,vid:W0jR0wYruv4

środa, 9 sierpnia 2023


 

Powiew COOL- tury

 Podróż do świata ludzi (Barbie, reż. Greta Gerwig, 2023)

Uwielbiałam bawić się lalkami Barbie. W czasach mojego dzieciństwa były luksusem, ale miałam kilka. Pamiętam zwłaszcza śniadą brunetkę zwaną nie wiem czemu Francuzką oraz okazałą blondynę, bardzo podobną do bohaterki filmu, Stereotypowej Barbie. No i był Ken. W takiej konfiguracji można było już tworzyć ekscytujące historie – zazwyczaj o porwaniach, złych czarownikach i dobrych księżniczkach oraz trójkątach miłosnych. „Francuzka” zawsze była „tą drugą”, najczęściej złą i zazdrosną. To był pierwszy teatr, jaki tworzyłam.

Dlatego bardzo dobrze rozumiem pierwszą scenę filmu Grety Gerwig, jak dziewczynki bawią się w dom lalkami podobnymi do bobasów, a wtedy pojawia się Ona – olśniewająca długonoga piękność w stroju kąpielowym - i zmienia świat. Nie znosiłam zabawy „bobasami” w dom. Była monotonna i pozbawiona fabuły. Potrzebowałam opowieści, a lalki Barbie były doskonałym narzędziem do jej tworzenia.

Długo jednak broniłam się przed „barbiemanią”, jaka mniej więcej od czerwca zapanowała w przestrzeni wirtualnej. Nie zamierzałam tracić czasu w kinie na jakieś różowe głupoty. W końcu jednak uległam. I nie żałuję, bo to nie są to ani głupoty, ani tak całkowicie różowe…

Film Barbie zawiera w sobie esencję tego, co kocham w kulturze: określoną konwencję, zabawę z tą konwencją, sarkazm, inteligentne poczucie humoru, wzruszenie i przesłanie. A przy tym świetnie napisany scenariusz, sprawną reżyserię i doskonałe aktorstwo – nie tylko pary głównych bohaterów: Margot Robbie w roli tytułowej i Ryana Goslinga w roli Kena, ale także drugoplanowej Americi Ferrery jako Glorii, przechodzącej kryzys egzystencjalny pracownicy korporacji, i Ariany Greenblatt w roli jej nastoletniej córki Sashy oraz wszystkich bohaterów „ w tle”. Postacie są wyraziste i z charakterem.

O czym jest ten film? Oczywiście o tytułowej Barbie – ikonie nieosiągalnej kobiecości, a z drugiej strony: marzeniu każdej dziewczynki o tym, że może być, kim tylko zechce. Bo przecież są Barbie - piosenkarki, Barbie – prawniczki, Barbie – lekarki, Barbie – kosmonautki, Barbie – sportsmenki. W świecie Barbie wszystko jest bajecznie różowe i bajecznie proste: nie trzeba nawet schodzić po schodach. Po prostu się sfruwa. Pije się niewidzialne mleko, zajada się plastikowe gofry i nigdy nie jest się głodnym, zmęczonym, chorym, brzydkim, samotnym ani smutnym. Dzieci się biorą znikąd, a właściwie prawie ich nie ma. Oprócz Barbie są także Keny, ale w tle i nie wiadomo, do czego służą, bo ani Barbie, ani Keny nie posiadają przecież narządów płciowych. Co ważniejsze: nie posiadają też serca, więc nie potrafią kochać. Jedyną postacią w tym lalkowym matriksie, która łączy Barbieland ze światem ludzi, jest Dziwna Barbie – ktoś w rodzaju wróżki czy mentorki. Z obskubanymi włosami i twarzą oszpeconą flamastrami przez jakieś sfrustrowane dziecko, które się nią bawiło w  „niewłaściwy” sposób. A więc ktoś niedoskonały, z defektem, po przejściach. Poza tym wszystko w tym świecie jest bez defektów. Do znudzenia idealne.

Do czasu. Trwa babska impreza lalek Barbie i nagle główna bohaterka rzuca refleksją: „Ciekawe, która z nas pierwsza zejdzie.”. Szok. Wszystko staje, jak zatrzymany mechanizm.

- … z parkietu – kończy myśl skonsternowana Barbie.

I to jest punkt zwrotny, od którego zaczyna się odwieczna archetypiczna opowieść. Ta sama, która każe biblijnemu Abrahamowi wyjść z ziemi rodzinnej, a Mojżeszowi wrócić do Egiptu i wypełnić daną od Boga misję, dzieciom z powieści Lewisa przedostać się przez starą szafę do Narni, hobbitowi Frodo szukać pierścienia, Wiedźminowi walczyć o sprawiedliwość zamiast wybierać „mniejsze zło”, Harry’emu Potterowi przeniknąć barierkę na dworcu King’s Cross i w ostatniej chwili zdążyć na pociąg do Hogwartu. Opowieść o złamaniu zastałego porządku, przekraczaniu granic, odnajdywaniu własnej tożsamości. Barbie dostrzega, że coś się w jej idealnym świecie zmieniło: przestała fruwać, tosty się przypalają, niewidzialne mleko jest przeterminowane, na nienaturalnie gładkich do tej pory udach ma – o zgrozo! – cellulit i zaczyna myśleć o śmierci. Dochodzi do wniosku, że Barbieland jest zbudowany na jakimś fałszu i trzeba odkryć, co jest prawdą. Wyrusza w podróż do świata ludzi…

Piękna to podróż, bo Barbie odkrywa, że piękno nie musi być wcale gładkie i różowe, i że warto płakać.

Kolejnym ważnym elementem filmu jest wątek Kena, który zaczyna szukać odpowiedzi na pytanie, czym jest męskość. Do tej pory był ozdobą i tłem dla Barbie – odwrotnie niż przez całe wieki w świecie ludzi. A teraz? Kim ma być teraz, kiedy zobaczył, jak jest poza granicami Barbielandu, gdzie większość odpowiedzialnych stanowisk piastują ”Keny”, a kobiety – „Barbie” są po to, żeby się w nich wpatrywać maślanymi oczami i podawać im kawę? No i wprowadza rewolucję patriarchatu. Scena bitwy Kenów na plaży i ataku na Barbieland na niewidzialnych koniach to mistrzostwo świata!

Można tu jeszcze pisać o marketingowych grach i kłamstwach wielkich korporacji (szacun dla firmy Mattel za autoironię i  dystans do siebie!), trudnej miłości matki i córki, dojrzewaniu i przede wszystkim – byciu sobą, pojęciu, które się mocno zbanalizowało przez reklamy i popkulturę, a jednak jest kluczowe, żeby zrozumieć, po co żyjemy.

- To nie ja mam ci dać szczęście i spełnienie – tłumaczy Barbie Kenowi – Musisz odkryć, kim naprawdę jesteś.

Warto ten film zobaczyć. Nie dość, że to dobra zabawa dla każdego, bez względu na płeć i wiek, to jeszcze mocno daje do myślenia! A film zrobiony jest z taką lekkością i wdziękiem, i z tak dobrą muzyką, że tylko czekam, aż ktoś wpadnie na pomysł, żeby tę historię przerobić na broadwayowski musical.

Link do zwiastuna:

https://www.youtube.com/watch?v=znhX7Drty5E

niedziela, 30 lipca 2023


 Notatki z rekolekcji


ZEJDŹ MI Z OCZU!

 Mt 16, 13 – 20.

Mk 8, 31 – 33.

 Za kogo ludzie Mnie uważają?

Zdziwili się, że On zadaje takie pytanie, On, który rozmawiał z celnikami, nierządnicami i pogankami, więc chyba opinia ludzka liczyła się dla Niego najmniej.

- Różnie. Za Eliasza… Jeremiasza… Po prostu proroka.

- Za Jana Chrzciciela.

Szymon pamiętał tę historię: jak Herod Antypas kazał zamknąć wielkiego proroka, bo ten za głośno krzyczał, że Herod żyje z nie swoją żoną. W wyniku intrygi zamknął go nie tylko w więzieniu, ale zamknął mu usta. Na zawsze. Była uczta, Herod wypił trochę za dużo, wino i taniec pięknej dziewczyny go rozgrzał, a tancerka, córka jego nieprawej żony, zażyczyła sobie w prezencie głowy Jana Chrzciciela. Chwilę wcześniej obiecał dziewczynie o ciele ponętnym jak dojrzałe, soczyste owoce w środku lata, że da jej wszystko, co zechce…
A potem podobno miewał koszmarne sny, że Jan Chrzciciel wrócił.

Za cudotwórcę… Za przywódcę buntu… Za zwodziciela i oszusta… uzdrowiciela… Za…

Ktoś nie dokończył, bo bał się powiedzieć: szaleńca.

A Mistrz się tylko uśmiechał tym odległym uśmiechem, w którym była uważność, czułość i coś niemożliwego do określenia.

A za kogo WY Mnie uważacie?

Szymon popatrzył na Niego i przypomniał mu się połów w południe i chodzenie po wodzie. Czuł, że nigdy nie miał w sobie takiej pewności jak teraz.

Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego.

Szymon usłyszał swój własny głos, jakby dochodził gdzieś z zewnątrz. Zdziwił się własnymi słowami. Przestraszył.

Błogosławiony jesteś Szymonie, synu Jony. Albo wiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr czyli opoka i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą.

Jaka Opoka? Jaki Kościół?

Nic z tego nie rozumiał. Tymczasem Mistrz zaczął mówić jakieś dziwne słowa: idziemy do Jerozolimy… odrzucą mnie… wydadzą... skażą… zabiją.

UKRZYŻUJĄ.

Co?!

Poderwał się z miejsca.

A trzeciego dnia Syn Człowieczy zmartwychwstanie.

Ukrzyżują?! Nie możemy do tego dopuścić. Jak można ukrzyżować Mesjasza, kogoś, kto ma zwyciężyć, wyzwolić, ocalić, uszczęśliwić, nakarmić, zaopiekować się, zatriumfować, odbudować, pokazać, udowodnić, wjechać, przyjąć hołdy…

Nie!

Panie, nie! Co Ty mówisz? Nigdy to na Ciebie  nie przyjdzie!

Twarz Mistrza w jednej chwili stała się kamienna i tak nieprzystępna, że Szymon aż się cofnął.

Zejdź mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku.

Powiedział to cicho. Tak cicho, że zabrzmiało jak krzyk. Piotr skulił się w sobie. Został z tymi słowami. Zakiełkowały w nim, uchwyciły się jego duszy jak żyznej ziemi, ale on o tym jeszcze nie wiedział.

 

sobota, 22 lipca 2023


 

Powiew COOL-tury

Nie chodzi o kapustę
(Stanisław Wyspiański Wyzwolenie, reż. Piotr Tomaszuk, Teatr Wierszalin, premiera: 07. 07. 2023)


Wyzwolenie Stanisława Wyspiańskiego należy do tych tekstów kultury, które się najłatwiej zapomina. Myślę, że nawet poloniści zapytani „z buta” o treść dramatu mogliby mieć z nim kłopot… Ja miałam, więc przed obejrzeniem spektaklu odświeżyłam sobie treść tego dzieła. Trudne. Długie. Łatwo w tym tekście zabłądzić…

Mickiewiczowski Konrad pojawia się w teatrze, ale właściwie to jest katedra, i toczy długie dyskusje z Reżyserem, Kaznodzieją, Prałatem, Mówcą, Prezesem, postaciami z narodowej literatury i mitologii greckiej, wreszcie – Maskami i Muzą. Konia z rzędem temu, kto potrafi dokładnie wyjaśnić wszelkie aluzje, kulturowe i filozoficzne konotacje, konteksty…

Nie ma w tym dramacie poruszającej opowieści (jak w Klątwie czy Sędziach), konkretnego tła historycznego (jak w Nocy listopadowej czy Warszawiance) czy przekroju wyrazistych charakterów i warstw społecznych (jak w Weselu). Za to jest trudna symbolika, „norwidowski”, hermetyczny język i kilometrowe dialogi…

Nie byłam więc zachwycona, że Teatr Wierszalin zabrał się właśnie za Wyzwolenie. Przed wyjazdem do Supraśla – poza lekturą dramatu – obejrzałam na VOD nagranie legendarnego spektaklu Konrada Swinarskiego w Starym Teatrze i stwierdziłam, że dzieło mistrza reżyserii po prostu się zestarzało. Nikt tak już nie robi teatru: ciężko, przytłaczająco, monumentalnie i statycznie…

Jechałam więc na Podlasie z mieszanymi uczuciami: z jednej strony poczucie, że chyba nie dorosłam do Wyzwolenia, z drugiej – pewność, że Teatr Wierszalin opowie to na nowo.

Urzekł mnie już początek. Nieoczywisty – jak wszystko w tym malutkim, supraskim Teatrze Ogromnym. Na scenę leci but. Jeden, potem drugi. Z rupieciarni drewnianych sprzętów wyłania się postać w rozchełstanej koszuli, kaszląca i chrząkająca, okładająca sobie gardło kapustą. Tak! – najprawdziwszą kapustą! Coraz bardziej nerwowo, coraz bardziej kompulsywnie. Widać, że  nie chodzi o kapustę, lecz o lęk, zagubienie, jakieś niedostosowanie do życia. I taki jest ten cherlawy Konrad w genialnej (jak zwykle!) interpretacji Rafała Gąsowskiego. Zaczyna się dramat. Nie, nie ten wielki narodowy dramat na ogromnej scenie Teatru Miejskiego (gdzie Wyzwolenie miało swoją prapremierę) i nie Teatru Starego (gdzie wyreżyserował je Swinarski). Dramat Konrada w Teatrze Wierszalin jest raczej dramatem wewnętrznym: człowieka, który chciałby się ruszyć, a nie może. Tęskni, a nie wie, za czym. Czuje się zniewolony, ale nie bardzo wie, jak się wyzwolić i przede wszystkim: od czego i do czego. Bo wolność jest zawsze „od” i „do”. Nie wystarczy wyjść z więzienia, trzeba wiedzieć, dokąd iść i kto na nas czeka. Nie wystarczy odzyskać niepodległość – trzeba wiedzieć, co z nią dalej zrobić. Nie wystarczy wyjść z nałogu, trzeba wiedzieć, jak dalej żyć, żeby do niego nie wrócić. Dużo jest tych kontekstów wolności i wyzwolenia. Dużo też pytań o to, czy i na ile jesteśmy wolni. Spektakl Teatru Wierszalin inspiruje do zadawania tych pytań. Przede wszystkim samemu sobie.

Czekałam na mój ulubiony cytat z tego dramatu, z rozmowy Konrada z Maską IX: „Musimy coś zrobić, co by od nas zależało, zważywszy, że dzieje się tak dużo, co nie zależy od nikogo." W spektaklu Piotra Tomaszuka słynny dialog jest mistrzowską etiudą, w której samotny Konrad turla po desce główkę kapusty, przybija do tej deski gwóźdź, pali jakieś kłaczki, i wykonuje kilka innych podobnie absurdalnych czynności. Przypomina to trochę parodię obrzędu Dziadów. Ten moment mnie najbardziej poruszył.

„Musimy zrobić coś…” – mruczy Konrad, bawiąc się tą deską i umieszczonymi na niej przedmiotami – „Coś. Coś musimy zrobić… Coś, co by od nas zależało...”.

Już wiem, że nic z tego „czegoś” nie wyniknie.

A rozmówcy Konrada, tak spektakularnie przedstawieni u Wyspiańskiego? Jak to w Wierszalinie: kilka osób. Tworzą rodzaj parady czy demonstracji: na drewnianym koniu, z krzyżami, biało – czerwonymi szarfami. W Kantorowskiej stylizacji wyglądają jak upiorny, krzykliwy pochód umarłych. Muza nie jest monumentalną boginią sztuki, lecz seksowną uwodzicielką Konrada, w czarnej koronkowej bieliźnie. Tutaj ukłon w stronę Magdaleny Dąbrowskiej: stworzyła wyrazistą, przemyślaną postać, zupełnie „niemistycznej” seksbomby. Doceniam ogrom pracy i rozwój od czasu, gdy widziałam tę aktorkę w poprzednich rolach. Na uwagę zasługują także inni aktorzy: soczyści Dariusz Matys i Mateusz Stasiulewicz jako Karmazyn i Hołysz oraz Ojciec i Syn, a także Monika Kwiatkowska jako Harfiarka. Ta Harfiarka (u Wyspiańskiego nawiązująca do Lilli Wenedy z dramatu Juliusza Słowackiego) nie ma w sobie za grosz liryzmu. To jest trochę podstarzała dziewczynka żywcem wyjęta z Umarłej klasy Tadeusza Kantora w szkolnym mundurku, z warkoczykami, z tym charakterystycznym ruchem lalki, a trochę owładnięta patriotyczno – religijnym fanatyzmem wariatka z kapeluszem wciśniętym na oczy. Bałabym się ją spotkać na ulicy… To fascynujące, ile ekspresji jest w mimice tej aktorki pomimo że nie widać jej połowy twarzy! A przy tym potrafi złamać tę konwencję i zaskoczyć widza cudownym, głębokim i odważnym wokalem.

A Maski? Maski siedzą tak naprawdę w głowie Konrada, który rozmawia sam z sobą. Konrad Rafała Gąsowskiego jest bohaterem Dziadów i dramatu Wyspiańskiego, ale także samym Wyspiańskim (podobno autor Wyzwolenia rzeczywiście okładał sobie gardło liśćmi kapusty) i każdym z nas, uwięzionym w gąszczu własnych porażek, lęków, niemocy i tęsknocie za bliżej nieokreślonym „wyzwoleniem”, które może się dokonać, jeśli wyzwolimy się nie tylko „od czegoś”, ale – „do czegoś”. To Konrad w kapciach, z chorym gardłem, bez pomysłu na to, co właściwie powinien zrobić i co tak naprawdę zależy od niego. Tocząc dyskurs z Maskami, wiesza ich podobizny na… sznurze do bielizny. Kolejny nieoczywisty pomysł inscenizacyjny, biorący w nawias wielkie narodowe dramaty!

Spektakl w Teatrze Wierszalin nie ma zakończenia. Nie dowiemy się, czym jest „wyzwolenie”. Konrad oddala się w stronę baneru z wymalowanymi na flagach podobiznami Mickiewicza i tajemniczą postacią na środku. Ta postać, choć jest podobizną Tadeusza Kantora, którego duch nieustannie się unosi nad Teatrem Wierszalin, przypomina mi także obraz Caspara Davida Friedricha Wędrowiec nad morzem mgły. Kim może być? Konradem? Mickiewiczem? Wyspiańskim? Każdym z nas? A może alegorią nieutulonej tęsknoty za „wyzwoleniem”?

Bo stać nas tylko na flagi. I na rozdrabnianie główek kapusty. Smutna to diagnoza, ale każda diagnoza jest po to, żeby coś z nią zrobić. Coś, co by od nas zależało.

Kiedy Karmazyn i Hołysz skandują „Polska – ka – Polska – ka – Polska – ka – Polska – ka”, to mam ciarki na plecach. Bo w końcu o co chodzi: o Polskę, czy o to, żeby sobie poskakać?

Bardzo polecam najnowszą premierę Teatru Wierszalin. Jak zwykle jestem pełna uznania dla całego zespołu: reżysera Piotra Tomaszuka, aktorów, scenografa Mateusza Kasprzaka i Adriana Jakucia – Łukaszewicza, autora muzyki, granej jak zwykle na żywo i pięknie współgrającej z toczącą się na scenie opowieścią.

Ten tytuł wpisuje się w kilka innych tytułów, które widziałam ostatnio w polskich teatrach, próbujących odpowiedzieć na pytanie, czym jest Polska i bycie Polakiem, a może szerzej – człowiekiem. Ale – jak to w Wierszalinie – forma jest nieoczywista, bez nachalnego politykowania, i może dlatego tak bardzo mnie przekonuje.

Tak, Piotr Tomaszuk ze swoim zespołem opowiedzieli Wyzwolenie na nowo.



 fot. Magdalena Rybij.

piątek, 14 lipca 2023


 

Powiew COOL-tury

Zanim wybrzmi polonez Kilara
(Sienkiewicz. Greatest hits, reż. Krzysztof Materna, premiera: 02.01.2022)

Pamiętam czasy, kiedy nie było jeszcze w Polsce empików. Nie było też YouTube’a. Spotify i innych łatwo dostępnych źródeł pozyskiwania ulubionej muzyki. Były natomiast sklepy muzyczne. Jeśli się chciało mieć porządne nagrania, w całości i bez szumów charakterystycznych dla szybkiego nagrywania jak coś akurat leciało w radio, to wchodziło się do sklepu z radosnym podekscytowaniem nastolatki i kupowało wymarzoną kasetę Michaela Jacksona, Whitney Houston, Madonny czy Pink Floydu. Najczęściej to były składanki zatytułowane „Greatest Hits”, a więc zbiory tych najbardziej wpadających w ucho, nachalnych, przyswajalnych kawałków. Dla zwykłych ludzi, takich jak inżynier Mamoń z filmu „Rejs” Marka Piwowskiego, który wygłosił słynną kwestię: „Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”.

Spektakl Krzysztofa Materny w Teatrze Bagatela Sienkiewicz. Greatest hits jest genialną zabawą z konwencją takiej właśnie „składanki”. Dawno się tak nie uśmiałam w teatrze! Do łez. Bo jest to trochę śmiech przez łzy, ale w lekkiej formie, z dużą dozą inteligentnego humoru i cudowną kpiną z patosu i naszej narodowej megalomanii.

Mamy tutaj wszystkie „melodie, które już raz słyszeliśmy”: akcja zaczyna się w teatrze, który bardziej przypomina… stadion Orlika. Grupa aktorów czeka na próbę i zaczynają marudzić, że wszystko jest beznadziejne. Potrzeba kogoś, kto by ich uleczył. Przytulił. Podniósł na duchu. Wlał ogień. Porwał. Uwiódł.

I wtedy właśnie wchodzi On; Henryk Sienkiewicz. Wraz z nim cała galeria dobrze (teraz to już chyba trochę mniej dobrze…) znanych postaci, które sam napisał: chłopi z noweli Za chlebem, Janko Muzykant, który zostaje słusznie ukarany śmiercią za kradzież skrzypiec i okazuje się, że te skrzypce to pamiątka rodzinna Oleńki Billewiczówny. Mamy też scenę wysadzania kolubryny przez Kmicica (a jakże!), bitwę pod Grunwaldem, na której pojawia się Matejko (znakomity Marcin Kobierski!), Stasia i Nel, Matki, Żony i Kochanki śpiewające Bogurodzicę (piękna scena, wspaniały wokal, magia teatru! -  tak to jest zrobione, że równie dobrze mogłoby zaistnieć w zupełnie innym, niekomediowym kontekście…), Jagienka rozgniatająca pośladkami orzechy włoskie, Neron chcący podpalić Rzym i śpiewający Ogrzej mnie oraz Latarnik recytujący Inwokację z Pana Tadeusza.

Mamy wszystko, co buduje naszą narodową mitologię, co nas ukształtowało i zepsuło. Siła i niezwykłość tego spektaklu polega jednak na tym, że nie ma tu ani wywlekania brudów, ani topornego politykowania i walki z Kościołem (aluzje polityczne są, nawet dość częste, ale tak wysmakowane i błyskotliwe, że śmiałam się najgłośniej ze wszystkich widzów!), ani powtarzania trendu, który od kilkunastu lat króluje w polskich teatrach, a którego serdecznie nie znoszę: dekonstrukcji wielkiej literatury i pokazywania, że ona nie ma sensu. W takim duchu – dekonstrukcji i nihilizmu – zrobiono na przykład kilka lat temu Sienkiewiczowski Potop Jakuba Roszkowskiego w Teatrze Śląskim w Katowicach.

Co w zamian? Zabawa z konwencją, teatr w teatrze (aktorzy wcielają się w Sienkiewiczowskie postacie, a wielki autor jest równocześnie reżyserem narodowego spektaklu), groteska, komizm w najlepszym wydaniu, znakomity ruch sceniczny i wokal, dobra muzyka, w której jest sporo cytatów z serialu Pawła Komorowskiego Przygody Pana Michała, Ogniem i mieczem Jerzego Hoffmanna, piosenek Bajora czy „studniówkowego” poloneza Wojciecha Kilara. I kolory, mnóstwo kolorów, bo przecież cała ta maskarada ma służyć pokrzepieniu serc!

W spektaklu Materny jest jeszcze coś, co uwielbiam: zespołowość. Tutaj nie ma ani jednej złej, niedopracowanej roli. Poza genialnym Materną w roli zadufanego w sobie Sienkiewicza, który w sposób śmiertelnie poważny, jak gdyby od jego wypowiedzi zależała przyszłość ludzkości rozmawia z widownią – nie wiadomo: jako reżyser spektaklu? bohater konferencji prasowej? showman? gość spotkania autorskiego? – wszyscy pozostali członkowie zespołu tworzą z jednej strony jednorodną całość, żywy organizm, pulsujący energią na scenie, z drugiej – indywidualne kreacje. Każdy bohater, nawet jeśli pojawia się na kilka sekund, tworzy swoją opowieść, hipnotyzuje, czaruje widza swoją wyrazistością. Tutaj szczególny ukłon w stronę Marcela Wiercichowskiego jako Kmicica (uściskałabym go za to parodiowanie Olbrychskiego!), Natalii Hodurek za mocny, odważny i trochę drapieżny wokal, Tomasza Lipińskiego za Nerona, który chciał „ogrzać” Rzym, Marcina Kobierskiego jako porywacza Stasia i Nel, Matejkę, Kmicicowego kompana i wysłannika Krzyżaków, no i Krzysztofa Bochenka za rolę życia: Zimy w czasie oblężenia Jasnej Góry, i Juranda ze Spychowa.

W każdym spektaklu najbardziej czekam na finał. Dla mnie jest on zawsze podsumowaniem, wyjaśnieniem powodu, dla którego reżyser wziął się za taki, a nie inny temat, albo wręcz przeciwnie: pozostawieniem mnie z jakimś niedosytem i mnóstwem pytań. Greatest hits w Teatrze Bagatela wieńczy największy hit: polonez Kilara, ten, który na wszystkich studniówkach i komersach wyparł Pożegnanie ojczyzny Michała Ogińskiego. Na scenie pojawia się cały zespół śpiewając do tej melodii tekst o pokrzepieniu serc, a wśród nich – Krzysztof Materna, który tym razem przedstawia się jako… Stanisław Wyspiański. W słomianym kostiumie Chochoła, oczywiście umownym, jak wszystko w tej opowieści.

Przypomina mi się bardzo podobna scena, też prawie finałowa, z 1989. Pozytywnego mitu Katarzyny Szyngiery w Teatrze Słowackiego: impreza, naród się bawi, leci disco polo, i pojawia się Chochoł – symbol ogłupienia, wewnętrznego zniewolenia i marazmu…

Słodko – gorzki ten finał. Pozostawia mnie z pytaniem: jak już wybrzmi ten polonez, to co dalej?

Bardzo polecam „Sienkiewicza” w Bagateli. Spektakl idealny na wakacyjny wieczór, ale z przesłaniem. A o to przecież chodzi w sztuce.

Teatr Bagatela trzyma poziom. Wcale nie gorzej niż „Słowacki”!