poniedziałek, 2 stycznia 2023


 

Powiew COOL- tury

 Chochoł i epopeja pełnych lodówek

(1989. Pozytywny mit, reż. Katarzyna Szyngiera, premiera w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim:19.11. 2022, premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie: 02. 12. 2022)

Po raz kolejny przekonałam się, że Teatr Słowackiego ma coś ważnego do powiedzenia współczesnemu odbiorcy. Że o coś w tym teatrze chodzi – poza tanią prowokacją i dekonstrukcją klasyki literatury. Teatr mojej młodości, do którego uwielbiałam chodzić w liceum, za dyrekcji Krzysztofa Głuchowskiego odżył i nabrał artystycznego charakteru.

Powiedzieć, że 1989. Pozytywny mit to spektakl ważny i wart obejrzenia to nic nie powiedzieć. Wychodzę z widowni z uczuciem niedosytu, takim, wiecie: szkoda, że to już koniec, i z mnóstwem pytań, na które niekoniecznie da się w sposób jednoznaczny odpowiedzieć, ale pozostają w świadomości… Czym jest dla mnie wolność? Po której stronie bym była, gdyby przyszło mi żyć w tamtych czasach? Czy w ogóle byłabym po jakiejś stronie, czy tak jak moja rodzina, udawałabym, że to mnie nie dotyczy (to też jakiś wybór i łatwo go osądzać, gdy samemu się miało kilka lat i nie pamięta się nawet tego słynnego braku Teleranka…)? Czy potrafiłabym bronić tego, w co wierzę? Czy umiałabym w tej walce współpracować z innymi ludźmi? I najważniejsza kwestia, która pada w jednej z piosenek: „A jeśli się uda, to co?”.

Spektakl Katarzyny Szyngiery to inspirowana broadwayowskim Hamiltonem muzyczna opowieść o wydarzeniach, które doprowadziły do odzyskania przez nasz kraj wolności w 1989 roku i upadku Bloku Wschodniego. Wszystko opowiedziane językiem rapu (znakomita muzyka Andrzeja „Webbera” Mikosza!), dynamiczne, z przyprawiającą o zawrót głowy choreografią i – wbrew siermiężnej rzeczywistości PRL – pełne kolorów. Twórcom tego niezwykłego musicalu udało się zrealizować spektakl o trudnych wydarzeniach z naszej historii najnowszej – strajkach, internowaniach, pacyfikacjach, aresztowaniach, stanie wojennym – bez patosu i ciężkiej martyrologii. Lekka forma – paradoksalnie – dodaje tej historii mocy i dramatyzmu, ale nie przytłacza. Nie ma tutaj jakiegoś „Konrada” – cudownej jednostki pełniącej rolę wybawiciela narodu. 1989 jest wielogłosem, w którym na pierwszy plan wybija się kilkoro protagonistów solidarnościowej epopei: Lech Wałęsa z żoną Danutą, Władysław Frasyniuk z żoną Krystyną i Jacek Kuroń z żoną Grażyną czyli swoją ukochaną „Gajką”. Żaden z tych trzech panów nie jest „Konradem”. Są zwyczajni, słabi, wrzuceni w historię jakby przez przypadek. I to jest właśnie w tym spektaklu najciekawsze: ta demitologizacja – wbrew tytułowi. Czyni z bohaterów ludzi, a nie pomniki. Jednak najbardziej poruszyły mnie postacie kobiece: Danka, Krysia i Gajka, brawurowo zagrane i zaśpiewane przez Karolinę Kazoń, Katarzynę Zawiślak – Dolny i  Magdalenę Osińską. Bohaterki kolejek, zdobywania spod lady mięsa na święta i zmagań z milicją, walącą do drzwi mieszkania w środku nocy, samotnością i wódką na pocieszenie. Musical o wolności jest opowiedziany właśnie z perspektywy kobiet: drugoplanowych aktorek tego wielkiego dramatu, może nawet ważniejszych od mężczyzn, bo to one musiały chronić dzieci przed groźbą wywózki do domu dziecka, kiedy ojca po raz kolejny zabrali, one musiały tym dzieciom tłumaczyć, gdzie się podział tatuś, one zostawały same ze swoim permanentnym brakiem poczucia bezpieczeństwa i troską o sprawy materialne rodziny, one czasem psychicznie nie dawały rady… No i im także się zdarzało wyjechać pod przymusem do „ośrodka wypoczynkowego”, gdzie mogły się nabawić śmiertelnej choroby.

Najmocniejsze tutaj są moim zdaniem dwie sceny: odebranie Pokojowej Nagrody Nobla dla Lecha Wałęsy przez Dankę i śmierć Gajki. To jest kwintesencja tego wstrząsającego her- story. Kiedy zgasły reflektory i zapaliło się na widowni górne światło zwiastujące przerwę, zastanawiałam się, dlaczego – na Boga! - nie opuścili kurtyny Siemiradzkiego, tej ikony teatru. Zawsze przecież opuszczali. To już był rytuał. Zrozumiałam właśnie przy tym „Noblu”. Na scenie pojawia się para „konferansjerów” i Danka w peerelowskiej bluzce i spódnicy, zagubiona, niepewna, zmuszona do odgrywania roli, której nie chce odgrywać. I wtedy właśnie powoli opada słynna kurtyna. Danka nabiera odwagi, podnosi głowę, śpiewa song o tym, że odbiera tego Nobla w imieniu tych wszystkich kobiet, które razem z facetami były w Stoczni, a teraz, jak ona, są na drugim planie. Ze wzrokiem wycelowanym w publiczność mówi, że może mamy na sobie suknie, za które ona mogłaby przez miesiąc wyżywić rodzinę, ale czy którakolwiek z nas walczyła o zmienianie świata? To pytanie dotknęło także mnie. Czy walczyłam, czy walczę o zmienianie świata? Jeśli tak, to co to za walka i jak ją rozumiem?

No i Gajka. Pierwsza, ukochana żona Kuronia zmarła w szpitalu w Łodzi w listopadzie 1982 roku z powodu zwłóknienia płuc. Problemy z płucami zaczęły się już w czasie internowania. Lekarze zbagatelizowali chorobę. Zaniedbania były tak duże, że nie dało się jej uratować. Kuroń dostał przepustkę (był w tym czasie w więzieniu), żeby się móc z nią spotkać. Byłam ciekawa, w jaki sposób reżyserka opowie o ich pożegnaniu w szpitalu na oddziale intensywnej terapii, gdzie leżała Gajka. W spektaklu nie ma żadnych elementów scenografii czy kostiumu, które by sugerowały, że chodzi o szpital. Jacek i Gajka padają sobie w ramiona. Gajka gada jak najęta: że niedługo wyjdzie, że kupi sobie w końcu tę niebieską sukienkę, że upiecze Jackowi coś ekstra… i nagle gaśnie światło, trochę tak, jakby się zrobiło zwarcie. Gajka znika. Zostaje sam Jacek z… lodówką, w której znajduje kawałek mięsa. Ogrywa ten rekwizyt tak, jakby to było jego zranione, nagle osamotnione serce… Sytuacja nawiązuje do faktu, że Gajka przed pójściem do szpitala naprawdę zdążyła zdobyć kawałek cielęciny i zostawić mężowi w zamrażarce…

1989 to opowieść właśnie o takim prostym bohaterstwie: lodówek pełnych niemożliwego do zdobycia jedzenia, które jest jak wyznanie miłości. Niezgody na porzucenie „dla sprawy” (przejmujący song trzech bohaterek: „Nie idź tam! Zostań ze mną!”), odbierania nie swojego „Nobla” w imieniu tych wszystkich bezimiennych wojowniczek, które musiały być twarde, silne, opiekuńcze, ratujące cały swój domowy świat, wspierające mężczyzn i czasem… pękały.

Byłoby jednak głęboko niesprawiedliwe pominąć tu cały zespół, który jest w spektaklu Szyngiery jak jeden organizm, doskonale zsynchronizowany we wspólnym rytmie, ruchu i wokalu. Wokaliści i tancerze pulsują energią jak wielkie bijące serce narodu, który krzyczy: „Nie zostawiamy w tyle swoich ludzi!”. Ten tłum naprawdę robi wielkie „bum” jak w refrenie jednej z piosenek. Warto tutaj wspomnieć o mocnych, wyrazistych kreacjach męskich: Generała Jaruzelskiego w wykonaniu Rafała Dziwisza oraz Jacka Kuronia w interpretacji Marcina Czarnika. Pierwszy uwodzi songiem, w którym zaprasza dziewczynę do kina, rzecz jasna do kina Moskwa na słynny Czas Apokalipsy. Dziewczyną jest oczywiście Polska. Rafał Dziwisz ma odważny, głęboki głos, którym po prostu hipnotyzuje! Drugi, Czarnik, jest czuły, pogubiony, rozchwiany wewnętrznie, z przejmującym, dramatycznym wokalem, który miałam już okazję słyszeć w Teatrze TVP w Królu Edypie Jacka Raginisa. Ale urzekli mnie również Antek Sztaba jako Aleksander Kwaśniewski i Wojciech Dolatowski jako Alfred Miodowicz. Solówka Kwaśniewskiego zachęcającego do zaufania jego politycznym propozycjom oraz popis Miodowicza w telewizyjnym pojedynku z Wałęsą to prawdziwe mistrzostwo świata! Oprócz tego chłopcy tworzyli chór stoczniowców i rewelacyjne „wrony” – Ericha Honeckera i Nicolae Ceauşescu - które spuściły się na scenę po linie i „krakały” w fantastycznej polifonii nad coraz bardziej bezradnym Jaruzelskim. Jestem pełna podziwu dla tych bardzo młodych aktorów, tak pełnych ekspresji i elastyczności. Tych twarzy nie da się zapomnieć!

Czy spektakl Katarzyny Szyngiery to rzeczywiście „pozytywny mit”, a więc lekka, łatwa i przyjemna operetka o odzyskaniu wolności? Niezupełnie. Jedna z ostatnich scen musicalu to symboliczne „wesele”, na którym w rytmie disco polo bawią się wszyscy, zarówno komunistyczni prominenci, jak ci, którzy za chwilę zmienią świat, i nawet nie zauważają, że wśród nich tańcuje najprawdziwszy Chochoł.  Z sufitu sypie się karnawałowe konfetti, a Jacek Kuroń śpiewa gorzki song nawiązujący do twórczości swojego imiennika Jacka Kaczmarskiego: czy teraz będzie tak jak w piosence o murach, której nikt nie dosłuchał do końca? Czy mury naprawdę runą, czy będą znowu rosły?

Wyszłam z teatru poruszona, pełna pytań i niepokojów, ale też nadziei. To jest kawał dobrego teatru, nasyconego treścią, oddziałującego na emocje i wyobraźnię widza. Teatru, jakiego szukam i coraz rzadziej udaje mi się znaleźć…

Jeśli miałabym jakieś „ale” to tylko jedno, ale dla mnie bardzo ważne: w tej Solidarnościowej opowieści nie ma ani słowa o Kościele. Zupełnie, jakby nie było prymasa Wyszyńskiego,  księdza Jerzego Popiełuszki czy Jana Pawła II i jego słynnych słów: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. TEJ ziemi”. A przecież Kościół – bez względu na to, co o nim myślą twórcy spektaklu i w ogóle większość twórców współczesnej kultury, a nawet większość społeczeństwa - zajmował się rozdawaniem zagranicznych darów potrzebującym, pomocą internowanym, dodawał otuchy wszystkim Gajkom, Kryśkom i Dankom, i nadziei ich walczącym mężom… To właśnie w kościołach organizowano wieczory poezji i koncerty, na które nie było miejsca w oficjalnej polityce kulturalnej państwa. Dlaczego więc to milczenie? Nie rozumiem. Czy w głównym nurcie polskiej kultury naprawdę musi być tak, że o Kościele albo źle, albo wcale?

Tym pytaniem zakończę. A 1989. Pozytywny mit bardzo polecam. Potrzebujemy mitów, żeby poradzić sobie ze skomplikowaną rzeczywistością.

PS. Wzruszyło mnie, że w czasie spektaklu dyrektor Głuchowski przez długą chwilę stał nieruchomo i z uwagą obserwował to, co się dzieje na scenie. Nie był w pracy. Był po prostu ze swoimi aktorami.



Fot. Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Link do teledysku promującego spektakl:

https://www.youtube.com/watch?v=16gg47PpvuU&t=3s

wtorek, 27 grudnia 2022


 

Powiew COOL - tury

 Nie wie, po co ta śrubka, i zbuduje most…

(Śubuk, reż. Jacek Lusiński, premiera: 02. 12. 2022)

 

„Mówiłam, że się nie uda” – kwituje jedna z bohaterek filmu kolejną wizytę u bezdusznych urzędników. „Nie mówiłaś” – odpowiada druga. „Ale pomyślałam.” „To, k…wa, nie myśl!”.

Poszłam na film Jacka Lusińskiego z zaciekawieniem. Takie tematy są mi bardzo bliskie. Pracowałam kilka lat w ośrodkach dla dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością intelektualną, prowadzonych przez nasze zgromadzenie. To są cudowne dzieciaki, o niebo przewyższające nas, tak zwanych zdrowych, poziomem wrażliwości i empatii, czyli – żeby użyć modnego słowa – inteligencji emocjonalnej.

Film o dziwacznym tytule „Śubuk” bardzo mi przypomina Chce się żyć Macieja Pieprzycy. Tamta historia także opowiada o losie chłopca z niepełnosprawnością, który był niezrozumiany, a przez to odrzucony przez społeczeństwo. Tylko że narracja w Chce się żyć jest prowadzona z perspektywy niepełnosprawnego bohatera. W Śubuku świat widzimy oczami Maryśki, samotnej matki autystycznego chłopca. Film zaczyna się jak kino Hitchcocka: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie.

Trzęsienie ziemi w filmie Lusińskiego jest banalne jak powiatowy melodramat: kilkunastoletnia Maryśka z dysfunkcyjnej rodziny, wychowanka domu dziecka, aktualnie mieszkająca ze starszą siostrą, zastępującą jej matkę, szuka miłości nie tam gdzie trzeba: w ramionach pewnego milicjanta, którego jedyną reakcją na wiadomość o ojcostwie jest zapakowanie ukochanej do samochodu i podwózka do ginekologa, żeby pozbyć się „kłopotu”. I tak się ten film zaczyna: od ponurej podróży samochodem i wizyty w gabinecie. „No to działamy”- rzuca od niechcenia lekarz (chwilę wcześniej poznajemy jego malutkiego, słodziutkiego synka o imieniu Jaś), przygotowując narzędzia i zakładając lateksowe rękawiczki. Maryśka jednak ucieka z fotela…

„Kłopot” okazuje się o wiele większy niż Maryśka myślała. Synek bohaterki, Kubuś, nie mówi. A raczej wypowiada tylko jedno słowo: „Śubuk”. Maryśka będzie potrzebowała czasu, żeby zrozumieć, że to odwrotność imienia Kubuś. Potem jest coraz trudniej, żeby nie powiedzieć: beznadziejnie. „Śubuka” wyrzucają z trzech przedszkoli, a potem podstawówki, dając wyraźnie do zrozumienia, że miejsce dzieciaka jest w szkole specjalnej, a najlepiej w jakimś szpitalu dla dzieci i młodzieży przewlekle chorych psychicznie. I to jest przełom. Maryśka postanawia się nie poddawać. Szuka kobiet w podobnej sytuacji, szturmuje burmistrza, kuratorium i Ministerstwo Edukacji. W szkole podstawowej, do której chodzi Śubuk, powstaje klasa integracyjna, a w liceum – do którego jej niemówiący syn się dostaje – odbywa się pierwsza w historii polskiego szkolnictwa matura dla autystycznego ucznia.

Film jest inspirowany prawdziwą historią Macieja Oksztulskiego, pierwszego w naszym kraju niemówiącego autystyka, który nie tylko zdał maturę, ale… obronił doktorat z nauk prawnych. Nie jest to jednak wierne odwzorowanie tej historii. Film jest sumą doświadczeń wielu matek dzieci z niepełnosprawnościami, matek, które nie przesypiają nocy, matek, które nie mają własnego życia, a raczej ich życiem i całym światem jest dziecko wymagające całodobowej opieki, matek, które ciągle zadają sobie pytanie: „co z nim będzie jak mnie zabraknie?”, matek, które często walczą samotnie z bezdusznym systemem, śmiesznymi przepisami, które zabraniają im pracować, jeśli pobierają zasiłek pielęgnacyjny na dziecko, wykluczeniem, niezrozumieniem, brakiem sił, tabunem przedszkolanek, dyrektorów szkół i urzędników państwowych, które patrzą na nie z politowaniem…

Film Lusińskiego to hołd złożony tym kobietom. To opowieść o kobiecości silnej, zdeterminowanej, a przecież głęboko ludzkiej. Takiej, która czasem nie ma siły, płacze po nocach, chce udusić swoje dziecko albo zabić siebie, a potem wstaje z gleby, otrzepuje spódnicę i idzie do kolejnego urzędu walczyć o swoje. Wbrew całemu światu.

Film jest także po prostu historią o miłości. Takiej właśnie, którą opisuje święty Paweł w liście do Koryntian: która „wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję i wszystko przetrzyma.” (1 Kor 13, 7). Dla takiej miłości nie ma drzwi, których by się nie dało wyważyć, ani okna, przez które by się nie dało wejść. Jak w jednym z moich ulubionych wierszy Wisławy Szymborskiej Portret kobiecy:

Naiwna, ale najlepiej doradzi.

Słaba, ale udźwignie.

Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała (…).

Czyta Jaspersa i pisma kobiece.

Nie wie, po co ta śrubka, i zbuduje most (…).

Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.

Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.

Albo go kocha, albo się uparła.

Na dobre, na niedobre i na litość boską.

 

Taka jest właśnie Maryśka. Nie ma pojęcia o śrubkach, ale buduje mosty pomiędzy tym, co utarte i schematyczne, a nowym i nieznanym. Pomiędzy tym, co oczywiste, a nieoczywistym. Pomiędzy tym, co oswojone, a tym, w co się trzeba dopiero wsłuchać.

Śubuk może być opowieścią o każdym wykluczeniu, którego się boimy. O wszystkim, co w społeczeństwie inne i niezrozumiałe: o niepełnosprawnych, uchodźcach, ludziach innych kultur, wyznań czy orientacji seksualnej. Bo to historia, która  uczy uważności. Dostrzeżenia w INNYM człowieka, który myśli i odczuwa w bardzo podobny sposób, tylko mówi w obcym języku. Śubuk to także opowieść o byciu matką w dramatycznych okolicznościach. Maryśka decyduje się urodzić, choć wcale nie jest to łatwa decyzja, a jej macierzyństwo pozbawione jest ckliwego patosu. Scena, kiedy wymiotuje prosto do samochodu ukochanego i tenże ukochany mówi jej po latach, że jest jedyna kobietą w jego życiu, która… rzyga na jego widok, to mistrzostwo świata!

Maryśka wybiera ŻYCIE. Nie zabija swojego dziecka. To ważny głos w kontekście niedawnych Strajków Kobiet, czerwonych błyskawic i haseł „Wybór, nie zakaz!”. Śubuk ma szansę nie tylko przyjść na świat, ale się rozwijać. Mało tego: przy swoim dziecku rozwija się Maryśka. Uczy się człowieczeństwa. Uczy się też mądrej, odważnej, kochającej kobiecości. Tutaj warto zauważyć mistrzowską rolę Małgorzaty Gorol jako Maryśki. Tę aktorkę kojarzę jedynie z teatru: z genialnej roli Rycerza w Weselu Jana Klaty w krakowskim Narodowym Starym Teatrze. Cieszę się, że mogłam ją zobaczyć w kinie. Jej Maryśka jest impulsywna, zadziorna, ale wraz z rozwoje akcji i upływem lat zmienia się, uspokaja, dojrzewa, nabiera ciepła. Tę postać się po prostu lubi. Widz w sposób naturalny staje po jej stronie.

No i dwóch Wojtków w roli Śubuków na różnych etapach  życia: siedmiolatek czyli Wojtek Krupiński, autentyczny autystyk (chylę czoła dla pracy, jaką wykonała ekipa filmowa, żeby to dziecko czuło się dobrze i bezpiecznie na planie!), i maturzysta - zawodowy aktor Wojciech Dolatowski. Jestem zafascynowana szczególnie kreacją Dolatowskiego. Tak głębokie ukrycie się za swoją postacią wymaga ogromnej samodyscypliny i pokory wobec tematu. Ta rola przywodzi mi na myśl kreacje Dawida Ogrodnika w Chce się żyć i Johnnym. Chapeau bas! Czekam na kolejne role tego młodego, bo zaledwie 25 – letniego aktora.

Podsumowując: Śubuk to bardzo ważny film. Rzadko mi się zdarza przepłakać prawie cały seans, a tak było w tym wypadku. Ale też film pozostawia mnie z różnymi trudnymi pytaniami. Czym jest kobiecość? Macierzyństwo? Odpowiedzialność? Jak budować mosty między mną a drugim człowiekiem, zwłaszcza, gdy ten drugi człowiek jest z jakichś powodów inny ode mnie? Wreszcie: co to znaczy chronić życie nienarodzonych, żeby to nie były tylko puste słowa i bezduszne przepisy prawne? Bo matki dzieci z niepełnosprawnościami często muszą się same uczyć budowania mostów. Bez jakiejkolwiek pomocy. Nie wszystkie dają radę…

Ten film powinien dostać Złote Lwy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tę nagrodę przyznano Silent Twins Agnieszki Smoczyńskiej, filmowi tak nijakiemu, że nawet nie chciało mi się o nim pisać recenzji.




 Link do zwiastuna:

https://www.google.com/search?q=%C5%9Bubuk+zwiastun&oq=%C5%9Bubuk+zwiastun&aqs=chrome..69i57.4135j0j15&sourceid=chrome&ie=UTF-8#fpstate=ive&vld=cid:9fd37499,vid:VMH5e6608hU

niedziela, 11 grudnia 2022


 

Niedzielnie

 Czy ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? (Mt 11, 3).

 Jan Chrzciciel, największy z ludzi – tak o nim mówi sam Jezus. Ustawiały się do niego nad Jordanem kolejki. Niektórzy go mieli za Mesjasza. Herod się go bał, ale jednak chętnie słuchał.  Zachowywał się jak dzikus, nie był miły, kompletnie nie dbał o swój PR ani poprawność polityczną, ale miał siłę przyciągania. Zawsze jednak powtarzał: TO NIE NA MNIE CZEKACIE. Ja tylko zapowiadam Tego, który do was przyjdzie. Nie jestem tu dla oklasków. Nie zamierzam zostać waszym religijny celebrytą ani maskotką dla poprawy waszego samopoczucia. Jestem tu po to, żeby przygotować drogę Temu, o którym od wieków mówili prorocy. Ale On też nie będzie Wasza maskotką i nie założy fundacji „Spełniamy marzenia”. Przyjdzie inaczej niż to sobie wyobrażacie. Zupełnie inaczej.

Nie słuchali go zbyt uważnie. Trzymali się kurczowo własnych oczekiwań i wyobrażeń. Jezus powie: „Postąpili z nim tak, jak chcieli”. (Mt 17, 12).

Dzisiaj, w Niedzielę Radości, schodzimy z Janem Chrzcicielem w ciemność więzienia. Taki paradoks. Jan czeka na wyrok. Prawdopodobnie przeczuwa, że będzie to wyrok śmierci. I wątpi. On, największy z ludzi. Ostatni prorok Starego Testamentu. Przyjaciel Oblubieńca. Jan Chrzciciel przeprowadza nas dzisiaj, właśnie w tę „różową” niedzielę, przez ZWĄTPIENIE. Pyta Jezusa: Czy to NA PEWNO Ty? Czy ja się nie pomyliłem?

Tym samym pokazuje, że to nic złego. Że to ludzkie i naturalne. Że ja i ty mamy prawo zadawać Bogu takie pytania, kiedy coś w naszym życiu się sypie. Miałam takie chwile w życiu zakonnym. Waliłam pięścią w blat ławki w kaplicy, a równocześnie czułam, że właśnie w tym doświadczeniu… Bóg jest najbliżej.

Różne są ciemności naszych więzień. To może być nałóg, depresja, jakaś fatalna diagnoza, rozpad małżeństwa, kryzys powołania…

Pytamy: gdzie jesteś, Jezu? Czy  W OGÓLE jesteś? A Jezus schodzi razem z tobą do twojego więzienia, żeby być przy tobie i dać ci nadzieję. Bo przecież Jego pierwotne imię brzmi: JESTEM KTÓRY JESTEM (Wj 3, 14).

Dzisiaj, w Niedzielę Radości, Jan Chrzciciel pokazuje, ze nie ma takiej ciemności, w której by nie zajaśniało światło Chrystusa. Bo tylko radość, która pochodzi z Jego światła, jest trwała.

czwartek, 8 grudnia 2022


 

Powiew COOL- tury

 

Chłopięca zabawa z przebłyskiem geniuszu

(Adam Mickiewicz, Ballady i romanse, Teatr Wierszalin, reż. Piotr Tomaszuk, premiera: 22.07. 2022; Teatr TVP: 06.12. 2022).

Miałam wtedy może jedenaście, może dwanaście lat. W naszym domu na półce stały dzieła wybrane Mickiewicza. Dla nastolatków, z którymi aktualnie pracuję, nie miałyby żadnej wartości, niczego, co by mogło przyciągnąć ich uwagę: pożółkłe kartki zadrukowane drobnymi literami i płócienne, twarde okładki poszczególnych tomów. Nieokreślonego koloru. Pachnące nudą i starością. W środku nie było żadnych obrazków. Mnie jednak przyciągały. Zaintrygował mnie zwłaszcza jeden tom: Ballady i romanse. Pochłonęłam je w ciągu jednej nocy. Okno było uchylone, pachniało bzem, bo to była połowa maja, ciszę raz po raz przerywały głosy najpierw nocnych, a potem porannych ptaków. Mieszkałam co prawda w centrum Krakowa, ale w dzielnicy, gdzie jest dużo drzew,  położonej z dala od ruchliwych ulic. Oczami wyobraźni zaczęłam ich wszystkich widzieć: Karusię rozpaczającą po stracie ukochanego, panią, która zabiła pana, Krysię porzuconą przez cynicznego kochanka, która skoczyła w odmęty jeziora i powraca co noc, by nakarmić swoje dziecko, Świteziankę, która topi niewiernego Strzelca…

Potem VI Liceum Ogólnokształcące im. Adama Mickiewicza w Krakowie i spektakle na Święto Patrona Szkoły, które reżyserowała moja mama. W jednym mówiłam Widzenie Ewy z III cz. Dziadów (tekst pamiętam do dziś!), w drugim – byłam Marylą Wereszczakówną i naprawdę całowałam się na deskach Teatru Słowackiego z kolegą, który grał Mickiewicza. Cała szkoła nam kibicowała. Jak na meczu!

A potem studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim i zajęcia z moim mentorem: profesorem Bogusławem Dopartem. Zakochanym w Mickiewiczu.

Wreszcie – Ballada o mistrzu. Musical inspirowany życiem i twórczością Mickiewicza, który dwukrotnie zrobiłam z moja młodzieżą w Kłodzku.

Jestem pewna, że to nie ja wybrałam Mickiewicza, lecz Mickiewicz wybrał mnie. I ciągle zachodzi mi drogę. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Domaga się zachwytu.

Z niecierpliwością czekałam więc na Ballady i romanse Teatru Wierszalin. Spektakl mogłam obejrzeć jedynie w Teatrze Telewizji, ale jak w przypadku każdej premiery teatru z Supraśla: przedstawienie wchłania widza. Wciąga w obrzęd. Sprawia, że widz nie jest jedynie biernym oglądaczem, lecz uczestnikiem Opowieści. Niezależnie od tego, czy siedzi na widowni Wierszalina, pachnącej drewnem i tym nieokreślonym zapachem teatru, czy przed szklanym ekranem.

Ballady i romanse Piotra Tomaszuka zburzyły moje wyobrażenia o tych tekstach: obrazy pastelowych łąk, zwiewnych rusałek w wiankach na rozpuszczonych włosach, i ścigających je przaśnych młodzieńców… Tak właśnie jest w naszym musicalu Ballada o mistrzu. A u Tomaszuka - ascetyczne, ciemne kostiumy (jak w większości jego spektakli). Zunifikowane: bo to mundurki gimnazjalne czy studenckie. Takie, które kojarzą się ze szkolną beztroską młodego Mickiewicza i jego przyjaciół, „krajem lat dziecinnych”, który musiał na zawsze zostawić. Wszyscy bohaterowie są wciśnięci w ramy. A właściwie w jedną dużą ramę – centralny element bardzo prostej scenografii. Rama przypomina starą fotografię. Może zdjęcie klasowe? A zachowanie „uczniów” – dorosłych ludzi – jest zapożyczone trochę z Ferdydurke, trochę z Umarłej klasy Tadeusza Kantora. Trochę też przypomina mi film Marka Koterskiego Siedem uczuć, w którym czterdziestolatkowie wracają do peerelowskiej podstawówki ze swojego dzieciństwa, żeby przeżyć na nowo i przepracować zapomniane traumy… Rytmiczny stukot, dźwięk odkręcanej drewnianej korbki „uruchamia” pierwszego bohatera, wydaje się, że głównego: młodego Mickiewicza (w tej roli interesujący i brawurowy pod względem wokalnym Mateusz Stasiulewicz). I wtedy zaczynają grać i śpiewać Ballady… Po chwili się okazuje, że tu nie ma głównych bohaterów lub raczej: wszyscy nimi są. Każda ballada to odrębna historia kolejnej postaci ze „zdjęcia klasowego”, ożywiana hipnotyzującą, wykonywaną na żywo muzyką Adriana Jakucia - Łukaszewicza i samego reżysera - Piotra Tomaszuka, w której - dzięki lirze korbowej, skrzypcom i akordeonowi - pobrzmiewają tony ludowych i cerkiewnych pieśni z Kresów Wschodnich, ale także żydowskie nuty z wiejskiej karczmy (w pewnym momencie słyszałam nawet inteligentnie przetworzone If I were a rich man z musicalu Skrzypek na dachu!).

Zaczyna się nietypowo. Bynajmniej nie „sielsko anielsko”. W staccatowym śpiewie całego zespołu padają gorzkie słowa z mniej „sztandarowej” ballady Mickiewicza Tukaj:

O potęgo! O człowieku!

Wielkie zamki, wielkie imię,

Wielkie nic!

Ballady i romanse zostały napisane przez bardzo młodego Mickiewicza, który miał przed sobą jeszcze długą drogę do bycia narodowym wieszczem, ale na pewno ten tomik zrewolucjonizował polską historię literatury. Rozpoczął epokę romantyzmu. I taki jest ten Mickiewicz w supraskim spektaklu: wrażliwy chłopczyk z kwiatkiem w butonierce. I cała atmosfera spektaklu to taka trochę chłopięca zabawa z przebłyskiem geniuszu. Ale podszyta goryczą, tym „wielkim nic”, które odbiera marzenia, niszczy to, co kochamy, i pozostawia tęsknotę. Czasem jest bardzo poważnie: dziewczyna rozpacza za utraconą miłością, głucha i ślepa na „mędrca szkiełko i oko”, a pani po zabiciu pana wpada w obłęd tak efektowny, że nie powstydziłaby się go szekspirowska lady Makbet. Czasem jest mniej poważnie, nawet, gdy mowa o zatopionym mieście czy dziewczynie, która skoczyła z rozpaczy do jeziora. Ballady i romanse w teatrze Wierszalin to zabawa formą, konwencją i tekstem Mickiewicza, który prawie w całości jest śpiewany, bo przecież te frazy są napisane tak, jakby były muzyką.

Spektakl supraskiego zespołu jak zwykle wbija w fotel. Każda opowieść ze „zdjęcia klasowego” jest fascynującym popisem aktorskiego i wokalnego kunsztu, ale chciałabym tutaj wyróżnić trójkę wspaniałych aktorów: Katarzynę Wolak – Gąsowską. Monikę Kwiatkowską i Rafała Gąsowskiego. Jeśli chodzi o tego trzeciego, to ten aktor jest już od wielu lat twarzą Wierszalina. Kiedy słyszę to nazwisko, od razu mam przed oczami charyzmatyczne role Gustawa i Konrada w Dziadach. Nocy pierwszej i Dziadach. Nocy drugiej oraz Hrabiego Henryka w Nie-Boskiej komedii. Tutaj Gąsowski dał się poznać z zupełnie innej, komicznej strony: jako nieporadny młodzieniec w Świteziance, wystraszony kupiec z brawurowo odśpiewanego Powrotu taty i pijany w sztok Twardowski. Ubawiłam się jak nigdy! Ale jednak, moim zdaniem,  najnowsza premiera Teatru Wierszalin należy przede wszystkim do dwóch kobiet: Katarzyny Wolak - Gąsowskiej jako cudownej Karusi z Romantyczności i wzruszającej Przyjaciółki z Kurhanka Maryli i Moniki Kwiatkowskiej, Pani z ballady Lilije. Obie mnie zaczarowały. Zagrały tak poruszająco, że miałam ochotę je przytulić i płakać razem z nimi. Katarzyna Wolak – Gąsowska jako Karusia widząca zmarłego ukochanego jest subtelna, a zarazem do bólu wyrazista w swojej pewności, że widzi coś, czego NIGDY nie zobaczy gruboskórny mędrzec. Kiedy śpiewa partię Przyjaciółki, która straciła powiernicę, to ja od razu myślę o swoich przyjaźniach… I ten odważny, głęboki, trochę drapieżny wokal zdolny rozwalić mury Jerycha… Katarzyna Wolak – Gąsowska powinna koniecznie spróbować sił w musicalu. Ten głos trzeba rozwijać. Niech go usłyszy cała Polska! Wreszcie – Monika Kwiatkowska jako Pani. To jest prawdziwy popis: od lęku, poprzez obsesję, amok, histeryczną radość z zatarcia zbrodni, aż po utratę zmysłów. A wszystko wyśpiewane i przerywane recytacją, bardzo dobrze wkomponowaną w piosenkę i emocjonalnie uzasadnioną. Te „lilije” naprawdę wyrosły wysoko!

Podsumowując: nie zawiodłam się. Ballady i romanse Teatru Wierszalin to piękne podsumowanie kończącego się Roku Polskiego Romantyzmu. Bez zadęcia, za to z nutką tajemnicy i humoru: czyli z przebłyskiem  Mickiewiczowskiego geniuszu. Gorąco polecam na żywo w Supraślu lub na VOD TVP.

A ten tomik Mickiewicza z Balladami i romansami stoi teraz u mnie na półce w klasztorze. 



wtorek, 15 listopada 2022



 




Powiew COOL – tury

Gilead jest w nas

(Opowieść podręcznej, twórca serialu: Bruce Miller, HBO, 2017 – 2022)

Nie chcę tu pisać o feministycznym aspekcie Opowieści podręcznej.  O analogiach z aktualną sytuacją społeczno – polityczną w naszym kraju, z takim zapałem przywoływaną dwa lata temu podczas strajków kobiet. Myślę, że to zbyt daleko idące porównanie. Jednak żyjemy w rzeczywistości, gdzie kobiety mogą studiować, pracować zawodowo, mieć własne pieniądze, podróżować i jeździć samochodem. A także wierzyć, w co chcą, ubierać się jak chcą i robić, co chcą. Bez względu na to, jaka partia aktualnie rządzi. I nie próbujcie mi wmawiać, że jest inaczej.  W antyutopijnym świecie republiki o starotestamentalnej nazwie Gilead - nie mogą. Mają właściwie do wyboru kilka opcji, i to najczęściej nie ich wyboru, lecz wyboru smutnych panów w czarnych garniturach, którzy niczym bogowie decydują o życiu i śmierci: bycie żoną - najlepiej komendanta, bo to elita -„Martą” czyli służącą, wreszcie – podręczną czyli żywym inkubatorem dla dziecka, jeśli żona (oczywiście ZAWSZE żona!) jest bezpłodna. Jeżeli kobieta się nie nadaje do żadnej z tych ról, to pozostaje jeszcze zesłanie do burdelu („Jezebel”), których oficjalnie nie ma, a nieoficjalnie służą do zabawy komendantom, spragnionym wrażeń w tym ponurym, uporządkowanym świecie, albo do karnej kolonii, przypominającej do złudzenia obozy koncentracyjne. Kategoryzowaniu ludzi, zwłaszcza kobiet, służy restrykcyjnie przestrzegana uniformizacja.

Przesłanie powieści Margaret Atwood i inspirowany książką serial warto czytać z szerszej perspektywy. Dostrzegam tu kilka istotnych kwestii:

Antyutopia. Motyw, który pojawia się w kulturze zarówno wysokiej, jak masowej. Wystarczy wspomnieć Rok 1984 Orwella, Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya, Igrzyska śmierci Suzanne Collins czy lirykę Zbigniewa Herberta:

w raju tydzień pracy trwa trzydzieści godzin

pensje są wyższe ceny stale zniżkują (…..)

Boga oglądają tylko nieliczni

jest tylko dla tych z czystej pneumy

reszta słucha komunikatów o cudach i potopach

z czasem wszyscy będą oglądali Boga

kiedy to nastąpi nikt nie wie

Na razie w sobotę o dwunastej w południe syreny ryczą słodko

z fabryk wychodzą niebiescy ploretariusze

pod pachą niosą niezgrabnie swe skrzydła jak skrzypce

(Zbigniew Herbert, Sprawozdanie z raju).

Słowo „raj” brzmi obiecująco. Jak gwałtowne rozwiązanie wszystkich problemów egzystencjalnych i społecznych. Z naciskiem na „GWAŁTOWNE”. Bo okazuje się, że na drodze do wiecznej szczęśliwości pojawiają się przeszkody, które trzeba zlikwidować. Tymi przeszkodami okazują się najczęściej ludzie, którzy myślą inaczej niż inżynierowie Nowego Wspaniałego Świata. Nie mieszczą się w ramach. Wymykają się spod kontroli. Powstaje więc mur. I na tym murze wiesza się „zdrajców rodzaju”. Warto podkreślić, że w Republice Gilead, jak w każdej rzeczywistości totalitarnej, tymi „zdrajcami” okazują się także księża katoliccy i inni duchowni, a także siostry zakonne.  

Diagnoza społeczna: chaos, rozprzężenie, podatność tłumu na manipulację, upadek relacji rodzinnych i w ogóle międzyludzkich. Przeraża mnie stosunek Kanadyjczyków – obywateli wolnego kraju – do uchodźców z Gileadu. Najpierw przyjmują ich z otwartymi ramionami, jak bohaterów, po to, żeby za chwilę krzyczeć „won!”, gdy się okazuje, że oni ciągle napływają do Kanady. Brzmi znajomo… W dodatku w tej właśnie Kanadzie rośnie poparcie dla Gileadu. Mnożą się demonstracje i coraz częściej – ataki terrorystyczne. Hasła na transparentach się zmieniają. Jakie to aktualne…

Obraz relacji międzyludzkich. Trudny i skomplikowany, jak w pozafilmowej rzeczywistości. Trochę mi jednak przeszkadza nadmierna ekspozycja wątków homoseksualnych (naliczyłam cztery), a zwłaszcza uczuciowego życia głównej bohaterki (ma męża, którego zabrała innej kobiecie i właśnie dlatego Gilead jej odbiera prawa do życia rodzinnego, ale miłość do męża i do dziecka, które June chce za wszelką cenę odzyskać, nie przeszkadza jej w romansowaniu z przystojnym obywatelem Republiki Gilead, który przez to zdradza i potwornie krzywdzi swoje dwie żony…). Czy naprawdę tego typu zawiłości są normą, którą trzeba prezentować jak coś naturalnego, będącego na porządku dziennym?

Problem praw kobiet. To oczywiste, że w Republice Gilead tych praw kobiet nie ma. Tak jak w krajach arabskich, gdzie panuje prawo szariatu albo w żydowskiej enklawie Nowego Jorku: Williamsburgu. Daleko nam do takiej sytuacji, ale są miejsca na świecie, gdzie ona jest rzeczywistością. Wystarczy przypomnieć niedawne morderstwo 22 – letniej Mahsy Amini w Iranie za niewłaściwe nakrycie głowy… W serialu najbardziej poruszyła mnie jedna scena. Umiera noworodek. Lekarze (oczywiście mężczyźni) są bezradni. I wtedy zapada ryzykowna decyzja. Do szpitala zostaje nielegalnie wezwana jedna z „Mart”. Okazuje się, że w czasach „SPRZED” była najlepszym w kraju neonatologiem. Gdy kobieta bierze niemowlę na ręce, żeby je zbadać, płacze…

Gilead to fantazja. Po obejrzeniu serialu nasuwa mi się jednak pytanie: czy aby na pewno? System opresyjny to prawdziwy wynalazek państw totalitarnych. Tłum, który jednego dnia radośnie wita uchodźców, a następnego – staje z transparentami popierającymi Gilead – to również znajomy i powtarzalny w historii widok…

Gilead jest w nas. Zawsze, gdy pozwalamy się zmanipulować politykom, ideologiom, hasłom na transparentach, wzywających do łatwego rozwiązywania globalnych problemów. Warto o tym pamiętać, gdy tak blisko nas toczy się wojna, a dzisiaj ogłoszono, że na nasze terytorium spadły dwie rakiety. Oby przez pomyłkę. Tylko „pomyłka” nie jest chyba dobrym określeniem, gdy giną ludzie. W Gilead ginęli łatwo, szybko i hurtowo.

A serial warto obejrzeć. Dla dobrego scenariusza i reżyserii, poruszającej muzyki Adama Taylora, znakomitej strony wizualnej (zderzenie kilku kontrastujących kolorów: szarości, czerni, czerwieni i turkusu tworzy atmosferę grozy i osaczenia) i kreacji aktorskich trzech niezwykle wyrazistych kobiet: podręcznej June (Elisabeth Moss), żony komendanta Sereny Joy Waterford (Ivonne Strahovsky) i sadystycznej ciotki Lydii (Anne Dowd).

 

 



Link do zwiastuna 5.sezonu:


 

wtorek, 8 listopada 2022


 

Powiew COOL – tury

 

Opowieść o niekochaniu (Blondynka, reż. Andrew Dominik, Netflix 2022).

 

„Blondynka” to tytuł, który oddaje sens filmu o pięknej kobiecie, która nie wie, kim jest, bo nikt jej tego nie nauczył. Dla chorej psychicznie, zranionej matki będzie ciężarem, którego trzeba się pozbyć. Dla pierwszego męża, baseballisty Joego DiMaggio własnością, dla dwóch kochanków, z którymi tworzy trójkąt, a potem dla prezydenta Kennedy’ego – erotyczną zabawką, dla drugiego męża, Arthura Millera – pierwszą niespełnioną miłością o imieniu Magda. Blondynka to etykietka. Blondynką można pomiatać. Można się nią bawić. Można ją zgwałcić na biurku w swoim gabinecie albo w hotelowym pokoju, nie przerywając nawet służbowej rozmowy przez telefon. Blondynka na pewno nie wie, kim był Czechow, i jedynym jej atutem jest „tyłeczek”. Blondynka nie ma prawdziwego imienia, w najlepszym wypadku tylko pseudonim. Blondynki nikt nie traktuje serio. A wieczorami, kiedy już może zamknąć drzwi przed tłumem dziennikarzy, paparazzich i wygłodniałych fanów, Blondynka płacze, zażywa tabletki uspokajające i popija je alkoholem. Aż wreszcie uspokoi się na zawsze i znajdą ją w łóżku martwą…

Film Andrew Dominika nie jest klasyczną, linearną biografią Marilyn Monroe. To raczej opowieść o niekochaniu, która dzieje się w głowie głównej bohaterki i dlatego jest tak mocna. Mimo że nie znam zbyt dobrze życiorysu hollywoodzkiej aktorki, narracja filmu jest dla mnie bardzo przejrzysta i czytelna. Początek to krótka retrospekcja z dzieciństwa bohaterki. Mamy rok 1933 i małą, wystraszoną dziewczynkę, którą niezrównoważona psychicznie matka obwozi po płonącym Los Angeles (bo „chce zobaczyć piekło z bliska”), a potem wrzuca dziecko do wanny z gorącą wodą i ląduje w zakładzie dla psychicznie chorych.  Mała trafia do sierocińca. Następna scena to już początki kariery filmowej młodziutkiej, niespełna osiemnastoletniej Normy Jeane Mortenson, późniejszej ikony popkulturowego seksu: Marilyn Monroe. Dramatyczne, bo zostaje w cyniczny sposób wykorzystana. To, co mną najbardziej wstrząsnęło to portret ojca. Przystojniaka w kapeluszu, z dobrze przystrzyżonymi wąsikami, o gangsterskim spojrzeniu, przypominającego trochę Clarka Gable. Portret wisiał na ścianie w sypialni. Mała Norma Jean całe życie będzie za nim tęsknić i nigdy go nie pozna. Ten głód ojca będzie tak wielki, że każdego kolejnego partnera będzie nazywać tatusiem…

Film nie wyjaśnia, kim właściwie był jej ojciec i dlaczego nie mógł się z nią spotkać, tak jak nie wyjaśnia i nie porządkuje wielu innych szczegółów jej biografii. Wiemy tylko, że ojciec to Wielki Nieobecny. I właśnie ta nieobecność wypali w sercu bohaterki nieuleczalną ranę, którą będzie próbowała zaleczyć kolejnymi związkami i karierą aktorską. Ten wątek jest mi szczególnie bliski, ponieważ sama mam bardzo podobne doświadczenia, choć w porównaniu z Marilyn Monroe jestem szczęściarą. Mam kochającą mamę. Wiem jednak, czym jest tęsknota za Wielkim Nieobecnym. Tatę co prawda spotkałam kilka razy w życiu, ale do jego śmierci byliśmy dla siebie właściwie obcymi ludźmi. Niedawno w Dniu Ojca wrzuciłam na Facebooka post o zmarłym tacie. Pewien młody człowiek, ateista, napisał, że go to bardzo poruszyło, ale dodał, że brakuje mu w tym wpisie wzmianki o tym najważniejszym Ojcu, tym w niebie. Zawstydził mnie tą uwagą. Miłość tego Ojca nigdy nie zawodzi. On jest zawsze obecny i bliski. „Niespokojne jest serce człowieka dopóki nie spocznie w Bogu” – powiedział święty Augustyn. Blondynka jest właśnie obrazem takiego niespokojnego, zranionego serca małej dziewczynki, która nie wie, czym wypełnić pustkę powstałą po odrzuceniu przez mężczyznę, dla którego powinna być całym światem, ale zna go jedynie z portretu.

Film jest także rejestracją tego, co się dzieje w duszy artysty. Duszy delikatnej, nadwrażliwej, bezbronnej, niedopasowanej do norm społecznych. Sposób filmowania poszczególnych scen (jakby to były kadry robione telefonem komórkowym czyli coś subiektywnego, widzianego z jednej perspektywy), kolorystyka raz wielobarwna, raz czarno – biała jak w starym kinie, nietuzinkowy, oniryczny sposób opowiadania, kiedy widzimy bohaterkę uciekającą z fotela ginekologicznego podczas zabiegu aborcji i wbiegającą do płonącego lasu - wspomnienia z dzieciństwa, paparazzich strzelających z aparatów fotograficznych jak z karabinów i groteskowo wykrzywione twarze fanów przypominające zwierzęta gotowe pożreć ofiarę, przypomina koszmarny sen. Blondynka jest opowieścią o niekochaniu, którą doskonale streszczają wypowiedziane przez bohaterkę słowa: „Straszne są te sceny z prawdziwymi ludźmi. Ciągną się jak podróż autobusem, bez końca. Jak mam zrozumieć, o czym mówią, skoro pewnie mówią o niczym? Tu nie ma scenariusza ani sensu. Wszystko dzieje się samo, jak pogoda.”

Jest w tym gorzka prawda. Bo sens można znaleźć tylko tam, gdzie jest miłość. Marilyn Monroe rozpaczliwie szukała tej miłości przez całe życie. Bezskutecznie.

Blondynkę bardzo polecam, nie tylko ze względu na znakomitą rolę Any de Armas, oś całego filmu. Przede wszystkim po to, żeby się przejrzeć w lustrze, w którym przegląda się Blondynka, i zobaczyć w nim siebie i własny niezaspokojony głód. A potem zobaczyć coś jeszcze: że za naszymi plecami stoi Ojciec, który chce nas wziąć w swoje ramiona i nadać sens wszystkiemu, co robimy.



Link do zwiastuna:

https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/Blondynka+Zwiastun+nr+1+polski-62074

czwartek, 6 października 2022


 

Powiew COOL – tury

 

Johnny mnie przytulił (Johnny, reż. Daniel Jaroszek, 2022)

Bałam się tego filmu. Nie lubię tematyki związanej z chorobą i śmiercią. A tymczasem urzekła mnie już czołówka: „Skosztujcie i zobaczcie jak dobry jest Pan” Pawła Bębenka zderzone z osiedlowym rapem. Eucharystia sprawowana przez tytułowego bohatera zderzona z szemranymi interesami Patryka, drugiego bohatera, którego los czy Pan Bóg – jakkkolwiek to nazwiemy – styka z tytułowym Johnnym i to zetknięcie na zawsze zmieni jego życie…

Z kina wyszłam pełna nadziei. Jeśli mogłabym cokolwiek powiedzieć o tym filmie w jednym słowie, to ujęłabym to określeniem: ŚWIATŁO. Wpada przez okna i drzwi puckiego hospicjum. Wędruje po twarzach bohaterów. Jest obecne w całym przesłaniu filmu. Niektórzy zarzucają twórcom filmu ckliwość i kicz właśnie ze względu na to operowanie  światłem, zwłaszcza w scenach umierania. Mnie to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie: uważam, że ten zabieg jest przemyślany. Potrzebujemy światła w czasach, kiedy się wydaje, że zwycięża ciemność. Potrzebujemy refleksji, że skoro miejsce największego cierpienia może okazać się domem, to jesteśmy w stanie przejść przez każdą naszą życiową ciemność. Tak jak Johnny.

Nie ksiądz Jan, ale właśnie – Johnny. Zwyczajny jak ta ksywka i z tego samego powodu – nadzwyczajny. Johnny brzmi ciepło, swojsko i właśnie tak „osiedlowo”. Johnny to ktoś, kto jest blisko cierpiących, wykluczonych i niepoukładanych. A jednocześnie Johnny to ktoś, kto w sposób naturalny i bezpretensjonalny pokazuje, co go trzyma przy życiu i daje nadzieję. A właściwie KTO: Jezus. „On nie ma na ciebie wy… ebane” – mówi do Patryka i to jest jedno z najlepszych kazań, jakie słyszałam. Dla Patryka chyba też, skoro spotkanie z Johnnym całkowicie rewolucjonizuje jego biografię. Nawet nie zauważa, kiedy odrabianie godzin pracy społecznej w puckim hospicjum staje się dla niego przygodą życia.

Johnny nie ma jednak gotowej recepty na życie. Nie boi się przyznać, że nie wie, jaki jest Bóg i dlaczego cierpimy. Wie tylko, że przyjaźń z Jezusem daje mu siłę nie tylko w dźwiganiu własnej choroby, ale byciu z tymi, którzy dzielą jego los. Żeby – jak sam mówi – pomóc im przejść przez granice życia i śmierci, pokazać, że dadzą rade. I dlatego puckie hospicjum jest właśnie DOMEM, a nie UMIERALNIĄ. Tu rodzi się prawdziwe życie: to, które się zmienia, ale nie kończy, które – dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa – jest niezniszczalne. Taką  postawę miała moja współsiostra bł. Julia Rodzińska w obozie Stutthoff, św. Maksymilian Kolbe w Auschwitz, Matka Teresa w slumsach Kalkuty i wielu innych świętych. Taką postawę mają wobec swoich „synków” moje współsiostry z Domu Chłopaków dla dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością w Broniszewicach. Do takiej postawy sama chciałabym dorosnąć…

Film jednak nie jest słodką, „kościółkową” laurką. Scenariusz, reżyseria i kreacje Dawida Ogrodnika i Piotra Trojana powodują, że oglądamy prawdę o księdzu, który podobno miał trudny charakter. Johnny ma swoje chwile kryzysu, słabości, nie jest ideałem, przeklina, pali fajki, ale najpiękniejsze jest w nim właśnie to – poza głęboka wiarą – że potrafi być CZŁOWIEKIEM dla innych. Dlatego debiutancki film Daniela Jaroszka łączy zarówno wierzących, jak niewierzących. Wszyscy potrzebujemy miłości, nadziei, przykładów człowieczeństwa w nieludzkim świecie i tego, żeby ktoś nas przytulił i powiedział: „Dasz radę, ja też przez to przechodzę”.

Johnny mnie przytulił. Chyba zacznę go prosić o wstawiennictwo w różnych sprawach. W dużej mierze jest to zasługa kreacji Dawida Ogrodnika, którego cenię za inną znakomitą rolę w Chce się żyć. Chwilami nie mogłam odróżnić, czy mam do czynienia z prawdziwym Kaczkowskim, czy aktorem grającym te rolę. Ale na wielkie uznanie zasługuje Trojan w roli Patryka. Po Sprawie Tomka Komendy czekałam na kolejne olśnienie,. Nie zawiodłam się. Osiedlowy twardziel powoli zmienia się w chłopaka, w którym coś pęka. Chłopaka, który nie boi się konfrontacji z własnymi zranieniami. Dojrzewa do ojcostwa. Odkrywa pasję… Twórcy filmu skupili się właśnie nie na biografii ks. Kaczkowskiego, lecz na wątku przemiany recydywisty w człowieka, który odkrywa sens życia. A jest nim miłość, której się uczy od Johnny’ego, i wychodzi ze swojej ciemności w stronę światła. Naiwne? Cóż. Oparte na faktach.

Film polecam absolutnie każdemu. Podobnie jak Boże Ciało Jana Komasy, film Jaroszka łączy ludzi o różnych światopoglądach. Pozwala zobaczyć, że: „Światłość w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnęła” (J1, 5). Bez względu na to, czy dla ciebie tym światłem jest Chrystus, czy relacja z drugim człowiekiem. Czy jesteś na skraju ciemności jak Patryk, kiedy zgłasza się do hospicjum z wyrokiem sądowym, czy zanurzony w świetle jak Johnny.  Czy jesteś wierzący, czy niewierzący.

Nie dziwię się, że Johnny zdobył Nagrodę Publiczności podczas tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz Złote Lwy dla Piotra Trojana i debiutantki, Marty Stalmierskiej za rolę Żanety, dziewczyny Patryka. Mógłby zdobyć o wiele więcej.

Zwiastun:

https://www.youtube.com/watch?v=ZoWWzJ_W5Ac