poniedziałek, 16 listopada 2020


 

Powiew COOL - tury

 Królowa w świecie bez Boga

(Gambit królowej, reż. Scott Frank, Netflix, 2020)

Właśnie obejrzałam ostatni odcinek i trudno mi się uspokoić. Przejść do porządku dziennego jakby nigdy nic? Po prostu się nie da. Choć nie mam pojęcia o szachach, w Gambicie królowej, a zwłaszcza w postaci głównej bohaterki, odnajduję siebie.

Już pierwszy odcinek rozłożył mnie na łopatki. Utożsamiłam się z dziewczynką o bogatej wyobraźni błądzącą po mrocznych zakamarkach bezdusznego sierocińca. Chociaż moje losy nie są (na szczęście) aż tak dramatyczne jak losy genialnej szachistki Beth Harmon, bohaterki powieści Tevisa Waltera i Netflixowego serialu Scotta Franka, zobaczyłam siebie w peerelowskim przedszkolu tęskniącą za rodzicami mieszkającymi w innych miastach.

Przy kolejnych odcinkach było już tylko gorzej: czyli mocno, angażująco, poruszająco, momentami nawet wstrząsająco. A przecież nie ma w serialu ani kropli krwi, ani grama brutalności, żadnej sceny ostrego seksu. Jest jednak to, co najbardziej kocham w kinie, teatrze, literaturze: opowieść, która dotyka serca.

Serial ogląda się jednym tchem. Mam znajomych, którzy poświęcili na te 7 odcinków jedną noc. Ja nie byłabym w stanie, nie tylko dlatego, że potem trzeba wstać bladym świtem, ale przede wszystkim dlatego, że to dla mnie zbyt duża dawka emocji, dotykających mnie osobiście tematów i pytań, które muszę zadać również sobie.

Jakie to tematy? Jakie pytania?

1.      Pasja – główna „bohaterka” serialu, bo przecież to historia o szachach. Dodajmy: pasja, która jest kobietą, bo przecież to serial o szachistce, która z wdziękiem i zimną krwią miażdży wszystkich męskich przeciwników. Nawet tych światowej sławy. I to w wieku niecałych dwudziestu lat! Muszę przyznać, że moja kobieca duma tutaj uśmiecha się z dziką satysfakcją. Ale pasja ma także swoją cenę: domaga się wyłączności. Uzależnia. Może sprawić, że ktoś, kto się jej poświęci, całkowicie zamyka się w jej świecie… Zachwyciła mnie szachownica – mówi bohaterka – Odrębny świat na 64 polach. Czuję się w nim bezpieczna. Kontroluję go, panuję nad nim. Jest przewidywalny. Jeśli tracę, winię tylko siebie.

2.      Zmaganie – coś, co czyni film o pasji prawdziwym. Oczywiście pojawia się tutaj pewien „hollywoodzki” schemat, ograny już w niejednym, nie tylko amerykańskim filmie o sportowcach i geniuszach: trudny punkt wyjścia – mentor - debiut – rozwój – pierwszy spektakularny sukces – porażka – równia pochyła – „albo się ogarniesz, albo będziesz nikim” – mordercza walka z sobą – zwycięstwo. To, co najciekawsze, to właśnie ta mordercza walka z sobą. Nie tylko o tytuł arcymistrza, znacznie bardziej – o wolność. Beth Harmon jest uzależniona od tabletek na uspokojenie. Tych samych od lat. Wychowawcy dawali je dzieciom w sierocińcu, żeby nie sprawiały kłopotów. Do tego dochodzi jeszcze alkohol i mamy gotowy scenariusz na film o geniuszu, który się stacza – jak choćby w Narodzinach gwiazdy czy naszym rodzimym Skazanym na bluesa. Beth podejmuje jednak walkę. I to jest jej najważniejszy mecz – o wszystko.

3.      Rozliczenie z przeszłością. Beth będzie musiała wrócić do sierocińca, żeby się z nim ostatecznie pożegnać. I wtedy poczuje się prawdziwie wolna, a przynajmniej ten proces w jej psychice się rozpocznie. W serialu oprócz akcji właściwej widzimy retrospekcje. Nie jest ich wiele, ale wystarczająco, żeby zrozumieć bohaterkę, jej wybory, zachowania, zagubienie, i to, dlaczego nigdy się nie uśmiecha, a w sytuacjach intymnych z facetami najbardziej lubi… grę w szachy. Twórcy serialu odkrywają te retrospekcje stopniowo, jakby dokładali do tworzącego się obrazu kolejne puzzle.

4.      Samotność i lęk przed bliskością. Beth jest samotna z oczywistych względów: niewydolni wychowawczo rodzice nie dali rady, zresztą nie żyją. Dziewczynka zostaje skazana na jeden z najgorszych koszmarów dzieciństwa: sierociniec. Adopcyjni rodzice też nie dają rady. Kiedy dziewczyna już osiąga wszystko, nagle się okazuje, że najtrudniejsze są powroty po zagranicznych turniejach do pięknego, lecz pustego domu. I to jest właśnie początek równi pochyłej. Beth szuka bliskości w relacji z koleżanką z sierocińca i pierwszym nauczycielem szachów: woźnym Shaibelem. Potem w dziwnych związkach – nie związkach z kolegami „po fachu”, z którymi czuje się bezpiecznie jedynie wtedy, gdy rozgrywa z nimi partię. Ale prawdziwej bliskości nie umie okazać nikomu, bo nie umie zaufać.

5.      Siła przyjaźni. To jest wątek, który sprawia, że do tej pory mroczny i przygnębiający serial daje nadzieję. Woźny Shaibel przez całe lata zbierał wszystkie informacje i wycinki z prasy na temat sukcesów Beth. Dawna przyjaciółka z sierocińca Jolene pojawia się dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Koledzy szachiści wspierają Beth w finałowym, najbardziej decydującym meczu w Rosji. A przecież potraktowała każdego z nich przedmiotowo. Uwaga, teraz można wybrzydzać: ee, w życiu tak nie ma. Prawdziwa Beth pewnie by przedawkowała prochy popijając je alkoholem, i znaleziono by jej ciało w hotelowej łazience, brzydkie, sine, cuchnące i bez makijażu. Jasna sprawa. Jednak od kina oczekujemy - poza wzruszeniem i mocnymi wrażeniami – otuchy i odrobiny magii. Poza tym scenariusz miniserialu operuje pewnym skrótem, uproszczeniem, a nawet schematem, żeby wydobyć to, co najważniejsze.

6.      I ostatnia kwestia, dla mnie najważniejsza: świat bez Boga. Nie podejrzewam twórców Netflixowej produkcji o takie przesłanie, ale cóż robić: tak im niechcący wyszło. Właśnie ten brak Boga uderzył mnie tutaj najmocniej. To oczywiste, że Boga nie ma na suto zakrapianych alkoholem imprezach, gdzie się pali marihuanę i uprawia seks z tym, obok kogo akurat się siedzi na kanapie. Oczywiste też, że nie ma Go w ponurej, sowieckiej Rosji, ukazanej zresztą w serialu w sposób wysmakowany i niezwykle sugestywny: szarość na ulicach i w ubiorze przechodniów, krwawa czerwień hotelowego neonu, posępne twarze sowieckich elit szachowych i… stoliki z szachami na każdym skwerze, i tłumy wynędzniałych ludzi, którzy je zajmują, bo to jedyna radość, jaka im została w tym smutnym totalitarnym świecie. Doskonale wiemy, że w tej „czerwonej” rzeczywistości nie ma Boga, bo zastąpił ją komunizm. Dużo bardziej bolesne jest jednak to, że Boga nie ma także w chrześcijańskim sierocińcu, gdzie dzieci szpikuje się tabletkami na uspokojenie, a potem przymusowo zapędza się je do kaplicy, żeby ćwiczyły pobożne pieśni. Nie ma Go również w organizacji o niepokojącej nazwie Krucjata Chrześcijan, która hojnie sponsoruje szachistów, ale za cenę gorliwego promowania ich postulatów „walki z ateizmem”. Nie dziwię się bohaterce, że była niewierząca. W takich warunkach trudno spotkać żywego Boga. Nasuwa się jednak pytanie: jeśli nie Bóg, to co? Pasja, kariera, błysk fleszy? Czy tytuł arcymistrza na dłuższą metę coś znaczy, jeśli zabraknie towarzystwa największego Mistrza, Jezusa Chrystusa? A jeżeli się już osiągnie w swojej dziedzinie absolutnie wszystko, to co dalej? Serial nie odpowiada jednoznacznie na to pytanie. sprawia jednak, że ono nie daje spokoju. 

Podsumowując: warte obejrzenia. Poprzez ten serial można zobaczyć i przeżyć własną historię. A przecież chyba o to chodzi w dobrej sztuce, prawda?

Nie mogę jednak nie wspomnieć o rewelacyjnej muzyce Carlosa Rafaela Rivery: buduje napięcie w rytm tykającego zegara szachowego. Warte uwagi są również kostiumy Gabriele Binder, bajeczne, oddające ducha epoki i ewolucję głównej bohaterki. No i oczywiście sama Beth czyli Anya Taylor – Joy i grająca jej młodszą wersję dziecięca aktorka Isla Johnston. Mistrzostwo świata! Tym razem w aktorstwie. Jeśli do tego dodamy jeszcze Marcina Dorocińskiego jako Borgova, najważniejszego przeciwnika Beth w szachach, to mamy gotowy pojedynek, nie tylko szachowy (aktorzy byli przygotowywani do roli przez specjalistów), ale też aktorski. Okazuje się, że szachy mogą być jak taniec.

Na koniec kilka słów o tytule. Jako kompletny laik szachowy, musiałam sprawdzić, co to jest „gambit”. Otóż jest to otwarcie szachowe, w którym gracz poświęca jedną lub kilka bierek za uzyskanie lepszej pozycji. A „królowa”? Najważniejsza figura w szachach, inaczej „hetman”. Kim jest tytułowa „królowa”, nie mamy wątpliwości. Bohaterka jest rzeczywiście w każdym calu KRÓLOWĄ, nawet gdy leży pijana pod stołem: w ubiorze, ruchach, zdecydowaniu i kompetencji, powściągliwych gestach, hipnotyzującym spojrzeniu, z twarzą, na której prawie nigdy nie pojawia się uśmiech, a jednak jesteśmy po jej stronie. Co więc Królowa poświęca, żeby uzyskać lepszą pozycję i być może wygrać życie? Czas, relacje, życie osobiste, zdolność kochania. Czy warto było? A jeśli nie, to czy będzie  w stanie to wszystko odzyskać? Zakończenie sugeruje przełom, ale pozostawia nas w niepewności.

4 komentarze:

  1. Raczej "gambit krolewski" a nie "krolowej". Spostrzezenie o braku Boga nasunelo mi sie rowniez. Szkoda..., bo inaczej to bardzo dobry serial.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam, zle powiedzialam. Gambit hetmanski - tak brzmi po polsku. Gambit krolewski to cos innego :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale tytuł serialu brzmi orzecież "Gambit KRÓLOWEJ", a nie "Gambit HETMAŃSKI". Chyba nieprzypadkowo.

      Usuń
  3. Pięknie napisane! Na hetmana zwykło mówić się "królówka". Jeżeli mogę coś dodać od siebie, wydaje mi się, że najważniejszy w szachach jest król, natomiast najpotężniejszą bronią (ruchy na polach), dysponuje właśnie królówka. Czułam zachwyt nad geniuszem, który objawiała Beth i w tym aspekcie, dla mnie to obraz pełen duchowości. Czuję zatem dwoistość, bo świat filmowej bohaterki na pierwszy rzut oka bez Boga, to jednak przepełniony jego obecnością.

    OdpowiedzUsuń