wtorek, 2 maja 2023


 

Powiew COOL-tury

Sikanie do doniczek a sprawa życia i śmierci

(Strzępy, reż. Beata Dzianowicz, 2022)

 Wychodzę z krakowskiego kina Pod Baranami. Jest 23.00, bo film w ramach festiwalu OFF-Camera emitowany był późnym wieczorem. Tuż koło mnie wzdycha jakaś pani:

- To już piąty film, na którym byłam w ramach tego festiwalu, i czwarty o śmierci…

Nie widziałam tamtych, ale Strzępy gorąco polecam pomimo trudnego tematu: choroby Alzheimera, jaka nagle spada na szczęśliwą, kochającą się rodzinę, i burzy im świat. Gerard jest profesorem na politechnice. Pewnego dnia podczas kolokwium zaczyna… sikać do doniczek z kwiatami. Okazuje się też, że pamięta, kto był premierem w 1978 roku, ale aktualnego premiera już nie. I nie wie, że „to coś, przez co się patrzy” nazywa się okno. A to dopiero początek koszmaru, jaki dotyka rodzinę.

Silą tego filmu jest jednak to, że reżyserce udało się o tym koszmarze opowiedzieć bezpretensjonalnie, a nawet z subtelnym humorem. Beata Dzianowicz – ceniona dokumentalistka – sprawia, że zwykłe, codzienne gesty, pokazane chwilami wręcz naturalistycznie – mycie zębów, gotowanie, palenie papierosów na balkonie, a nawet kąpiel w wannie i załatwianie potrzeb fizjologicznych – stają się fascynującą opowieścią o tym, czym jest człowieczeństwo. Bo to są takie właśnie strzępy życia, które może scalić tylko miłość. Dwa dni temu widziałam Tár – film o dyrygentce i kompozytorce – gdzie nie było szczotkowania zębów i sikania, za to było dużo „wielkiej” sztuki i specjalistycznego słownictwa muzycznego. A w tym wszystkim zabrakło tego, czego szukam w kinie i teatrze: człowieka. Niedawno tłumaczyłam moim uczniom w liceum, czym jest felieton: możesz pisać o tym, że gołąb narobił na parapet, ale to powinien być punt wyjścia do jakiejś ważnej refleksji. TWOJEJ refleksji. I to właśnie udało się reżyserce Strzępów: zrobiła film o sikaniu do doniczek, ale pozostawiający widza z bardzo ważnymi pytaniami: czym jest umieranie? czym jest miłość? Czy da się wybrać między miłością do rodziców a miłością do żony i dziecka?

Adam musi wybrać: jego ojciec przestaje rozpoznawać członków rodziny, jego zachowania są coraz bardziej irracjonalne, a ze wspomnień i skojarzeń pozostają coraz trudniejsze do poukładania strzępy. Kiedy zachowanie Gerarda stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia rodziny, Adam umieszcza go w ośrodku. Nie na długo jednak. Nie jest w stanie żyć ze świadomością, że oddał tatę pod opiekę obcych ludzi. Jego decyzja o zabraniu ojca z ośrodka jest początkiem katastrofy, pokazanej tutaj – jak wszystko w tym filmie – bez patosu i może dlatego tak przejmującej.  

Kluczowa scena filmu dla mnie to moment, gdy Gerard już po powrocie z ośrodka, bezradny jak dziecko, zamknięty we własnych „strzępach” świadomości, siedzi przed puzzlami. Kiedyś to były malutkie kawałeczki liczone w tysiącach, teraz – cztery duże elementy, przeznaczone dla trzylatka, które trzeba złożyć w prosty obrazek. Gerard nie wie, co z tym zrobić i zaczyna krzyczeć. Coraz głośniej, coraz rozpaczliwiej, coraz bardziej przeszywająco…

Strzępy to nie jest film do kanapy i popcornu. Nawet lepiej siedzieć na niewygodnych fotelach w studyjnym kinie. Jednak jest tak mocny, że szybko o tych fotelach się zapomina. Powinien go zobaczyć każdy, kto chce wiedzieć, czym są relacje z bliskimi, życie, śmierć, miłość i jak mądrze towarzyszyć chorej osobie, żeby nie niszczyć swojego świata. Bo Adam zachowuje się trochę jak alkoholik: choroba ojca staje się dla niego całym  światem. Traci żonę, dziecko, pracę, a wreszcie – samego siebie. Czy to dobry wybór? Oceńmy sami.

Na koniec chcę wspomnieć o znakomitym aktorstwie całej obsady. Postacie są wyraziste, wiarygodne, łatwo zapadają w pamięć: szczególnie Gerard w wykonaniu Grzegorza Przybyła (Złote Lwy na festiwalu w Gdyni za najlepszą drugoplanową rolę męską!), Adam Michała Żurawskiego i Bogna Agnieszki Radzikowskiej (Nareszcie mogłam zobaczyć tę aktorkę nie tylko w teatrze, ale w jednej z głównych ról na dużym ekranie! Tak powinno być częściej!). Aktorzy budują postacie oszczędnie, ale w taki sposób, że słyszymy nawet ich milczenie. Warto też zwrócić uwagę na młodziutką Polę Król w roli córki Pateroków, Zoi. Ma dziewczyna potencjał!

Czy warto Strzępy zobaczyć? Bardzo! Umieściłabym ten tytuł obok takich produkcji jak Śubuk czy Johnny. Bo to tego rodzaju film, z którym się zostaje na bardzo długo. I trzeba go sobie poukładać we własnym życiu jak puzzle.



 

wtorek, 24 stycznia 2023


 

Powiew COOL - tury

 

Dziewczyna z granatami w torebce

(Magda Knedler, Narzeczona z powstania, wydawnictwo Mando, 2022)

Marysię poznajemy jako roześmianą siedemnastolatkę jadącą tramwajem przez piękną Warszawę. Jest lato 1938 roku. Marysia ma swój świat: przyjaciółki z Polskiej Organizacji Wojskowej, ukochanego Walka i marzenia o założeniu własnej firmy dziewiarskiej. Właśnie kończy szkołę zawodową ze świetnym wynikiem, więc realizacja marzeń jest na wyciągnięcie ręki…

Ale „alarm dla miasta Warszawy” przerywa te marzenia. Przerywa wszystkie marzenia wszystkich kilkunastoletnich Maryś i Walków. Zostają przedwcześnie wrzuceni w dorosłość i pozbawieni młodości. Zamiast toreb ze szkolnymi książkami zaczynają nosić torby z tajnymi meldunkami albo granatami. A za to można wylądować na Szucha albo dostać kulkę w łeb. Ich żydowscy przyjaciele nagle zostają odgrodzeni murem, którego nie da się przekroczyć bez specjalnej przepustki. A warszawiacy patrzą, jak ten mur rośnie, potem patrzą, jak ich dawnych znajomych i przyjaciół wyprowadzają na Umschlagplatz, a stamtąd wywożą w nieznane, potem patrzą, jak płonie getto, i nie reagują…

Bohaterowie Narzeczonej z powstania Magdy Knedler to zwyczajni młodzi ludzie. Ani nie są z bogatych, ziemiańskich rodzin, ani specjalnie zdolni czy wykształceni, ani nie prezentują heroicznej postawy. Marysia ma swój mały świat i małe marzenia, jest po raz pierwszy zakochana i kiedy wybucha wojna, to mimo wszystko chce korzystać z życia, nie przejmując się zbyt drobiazgowo chrześcijańską moralnością…  A meldunki i granaty przenosi jakby przy okazji. Rudek to utracjusz i kobieciarz, żaden z niego bohater romantyczny. Ale i on znajduje się w samym środku wojennej katastrofy i zachowuje się „jak trzeba”.

Bo wojna zmusza do radykalnych wyborów. Albo ryzykujesz życie, albo zdradzasz swoje ideały. Albo walczysz o wolność, albo godzisz się na to, żeby mur w środku miasta stawał się coraz większy, a niewinnych ludzi wyprowadzano na Umschlag. Albo decydujesz się wziąć do ręki broń i narażasz na śmierć w ramach „odwetu” tysiące niewinnych ludzi - również kobiety i dzieci - albo godzisz się na upodlenie, które nie wiadomo kiedy się skończy… Nie da się być neutralnym, a wybory nie są oczywiste.

Powieść Magdy Knedler to autentyczna historia rodzinna jej dziadków: Marii Gołyńskiej i Rudolfa Knedlera. Autorka bardzo dokładnie przebadała genealogię swojej rodziny, zachowane zdjęcia i dokumentację.

To, co mnie najbardziej przygnębia, kiedy myślę o swojej rodzinie, to niewiedza. Nie wiem, co robili w czasie wojny dziadkowie od strony mamy i taty. Po czyjej stronie byli. Czy walczyli lub w ogóle w jakikolwiek sposób próbowali się przeciwstawić terrorowi, czy po prostu chcieli przetrwać. Coraz częściej ich historia do mnie wraca, męczy mnie, woła, nie daje spokoju. Coraz częściej zastanawiam się nad przebadaniem mojej historii rodzinnej, równie zwyczajnej i „nieświętej” jak opowieść o dziadkach Magdy Knedler. Bardzo żałuję, że nigdy ich nie zapytałam. Cóż, byłam dzieckiem, a potem nastolatką, której się wydawało, że ważna jest tylko realizacja osobistych pasji i marzeń. A jednak, kiedy przychodzi jakiś „alarm dla miasta Warszawy”, to nagle się okazuje, że nic nie jest ważne poza okruchami człowieczeństwa, które można ocalić wraz z powstańczym chlebakiem i starymi zdjęciami.

Narzeczona z powstania poraża aktualnością. Wojna to nie jest coś abstrakcyjnego, co przydarzyło się naszym dziadkom i pradziadkom. Wojna dzieje się tuż obok. Czujemy jej zimny oddech na plecach. Nie wiemy, czy nie dotrze do naszych granic. A tak naprawdę ta wojna zaczyna się dużo wcześniej: w granicach naszego serca. Zawsze, gdy dzielimy ludzi na „swoich” i „obcych”, lepszych i gorszych, z tej czy innej opcji politycznej, tej czy innej orientacji, tego czy innego światopoglądu, a zapominamy o najważniejszym: że to po prostu ludzie.

Jak powiedział Marian Turski, były więzień KL Auschwitz, w słynnym, wstrząsającym przemówieniu ze stycznia 2020 roku: Oto jednego dnia, w tych wczesnych latach 30. na ławkach pojawia się napis: „Żydom nie wolno siadać na tych ławkach”. Można powiedzieć nieprzyjemne, to nie jest fair, to nie jest ok, ale w końcu tyle ławek dokoła, można usiąść gdzie indziej, nie ma nieszczęścia (…). Pojawia się obok, tam jest basen pływacki, napis: „Żydom zabroniony wstęp do tej pływalni.” Można znów powiedzieć, nie jest to przyjemne, ale w końcu Berlin ma tyle miejsc, gdzie można się kąpać (…). Jednocześnie gdzieś indziej pojawia się napis: „Żydom nie wolno należeć do niemieckich związków śpiewaczych.” No to co, niech sami chcą śpiewać, muzykować, niech się zbiorą, będą śpiewali, okej. Potem pojawia się napis i rozkaz: „Dzieciom żydowskim, niearyjskim nie wolno się bawić z dziećmi niemieckimi, aryjskimi. Będą się bawić same.” A potem pojawia się napis: „Żydom sprzedajemy chleb i produkty żywnościowe tylko po godzinie 17.”. to już jest utrudnienie, jest mniejszy wybór, ale w końcu po 17 też można robić zakupy. Uwaga, uwaga, zaczynamy się oswajać z myślą, że można kogoś wykluczyć (…). I tak powolutku, powolutku, stopniowo, dzień za dniem, ludzie zaczynają się oswajać z tym, i ofiary, i oprawcy, i widzowie, świadkowie.”

Rzadko jest tak, że zło nas zaskakuje. Najczęściej opanowuje nasz świat stopniowo, niedostrzegalnie, i kiedy chcemy zaprotestować, to już jest za późno. Przegapiliśmy ten właściwy moment…

Nie mogłam się z tym pogodzić, z tym, że pozwoliliśmy na postawienie muru, że tylu ludzi pozwoliliśmy poświęcić. Naszych ludzi, warszawiaków – mówi bohaterka powieści Magdy Knedler. Po aryjskiej stronie muru postawiono karuzelę. Ludzie się na niej bawili podczas, gdy zza muru słychać było strzały. Właśnie się zaczęło powstanie w getcie…

 

Wspomniałem Campo di Fiori

W Warszawie przy karuzeli.

W pogodny wieczór wiosenny,

Przy dźwiękach skocznej muzyki.

Salwy za murem getta

Głuszyła skoczna melodia

I wzlatywały pary

Wysoko w pogodne niebo

- wspomina Czesław Miłosz ten obraz w wierszu Campo di Fiori. 

I o tym właśnie jest powieść Magdy Knedler: o obojętności. O bohaterstwie niebohaterskich ludzi. O młodzieńczej miłości, która pamięta się przez całe życie. O naznaczeniu wojną. I o pamięci – konieczności przekazania tego, co najważniejsze, bo przecież „świat istnieje dzięki opowieściom starych kobiet.”


 

piątek, 20 stycznia 2023


 

Powiew COOL - tury

 

Czołgi ruskie przejechały po mojej muzyce…

(Agata Puścikowska, Siostry nadziei, Wydawnictwo Znak 2022)

 „Miałam wrażenie, że czołgi ruskie przejechały po mojej muzyce” – wspomina wybuch wojny siostra Maria Slepczenko, redemptorystka ze Lwowa, z wykształcenia muzyk i kompozytor.  W Filharmonii Lwowskiej miał się odbyć długo wyczekiwany koncert jej utworów. Wojna przerwała te plany. Och, jak ja dobrze rozumiem ten ból i zawód pomimo świadomości, że są ważniejsze sprawy…  Kiedy zaczęła się pandemia, musiałam odwołać spektakle musicalu, nad którym morderczo pracowałam pół roku z moją młodzieżową grupą teatralną, a także spotkania autorskie z okazji wydania powieści Niebo w kolorze popiołu, wydania, na które czekałam trzy lata… Powieść zresztą opowiada o mojej współsiostrze, bł. Julii Rodzińskiej, męczennicy II wojny światowej. Pracując nad tą książką nie przypuszczałam, że temat wojny stanie się znów tak boleśnie aktualny…

Większość sióstr zakonnych opisanych w książce Agaty Puścikowskiej Siostry nadziei nie spodziewała się agresji rosyjskiej. Nikt nie wierzył, że wydarzenia znane z powieści i filmów mogą się znowu dziać na naszych oczach. A jednak. Przyszedł tragiczny świt 24 lutego 2022 i zmienił wszystko. Bohaterki książki Puścikowskiej, siostry zakonne z 22 zgromadzeń (w tym nasze dominikanki z Żółkwi i Czortkowa), zarówno Polki jak Ukrainki, a także jedna Ormianka, w większości zostały w objętym wojną kraju. Jeśli niektóre z nich wyjechały, to albo dlatego, że przełożeni im to nakazali, albo po to, by pomagać ukraińskim uchodźcom za granicą.

Pozycja Wydawnictwa Znak świetnie się wpisuje w poruszający cykl autorki o „wojennych siostrach”: Wojenne siostry (Wydawnictwo Znak 2019) i Siostry z Powstania (Wydawnictwo Znak 2020). „Siostry nadziei” pozostały w tyglu działań wojennych, wiedząc, że w każdej chwili może spaść im na głowę bomba, mogą zostać zastrzelone albo nawet zgwałcone przez zwyrodnialców z armii Putina, którzy – poza mundurem – niczym się nie różnią od swoich rodaków z Armii Czerwonej sprzed kilkudziesięciu lat. Dowodem są akty bestialstwa, jakie miały miejsce w Mariupolu, Irpieniu, Buczy, Charkowie, Kramatorsku, Winnicy…

Aż się chce powiedzieć: niczego nas historia nie uczy. A jednak miłość bliźniego i – nie bójmy się tego słowa – heroizm są ponadczasowe. Co robią siostry zakonne w ogarniętej wojennym piekłem Ukrainie? Starają się w prosty sposób pokazać przerażonym ludziom, którzy często stracili cały dobytek, a nawet najbliższych, że istnieje jeszcze niebo, a zło nigdy nie ma ostatniego słowa. Zapewniają uchodźcom i przesiedleńcom dach nad głową, rozdają żywność na granicy, przewożą przez granicę ludzi i dary, organizują pomoc humanitarną, opiekują się dziećmi w taki sposób, żeby złagodzić maluchom traumatyczne przeżycia, opatrują rany, pielęgnują osoby starsze, niepełnosprawne i chore, katechizują, a nawet… grają na wiolonczeli, komponują muzykę i piszą wspomnienia. Bo przecież trzeba normalnie żyć, żeby nie zwariować i mieć siłę pomagać innym.

„Pisałam przed wojną, piszę i teraz naszą klasztorną kronikę.” – mówi siostra Aksana Szczypanska, terezjanka z Łucka – „Opisuję tam dzień po dniu wszystkie wydarzenia naszej wspólnoty. Rzeczy odświętne i zwyczajną codzienność. To ważne szczególnie teraz, bo mamy świadomość, że dzieje się historia, również historia naszego zgromadzenia. I przyjdzie taka chwila, że będę mogła napisać: wojna, Bogu dzięki, się skończyła”.

Wszystkie bohaterki książki jednogłośnie przyznają, że nie ucieka się z tonącego statku i nie zostawia płonącego domu przyjaciół. Dlatego wkładają całe serce w pomoc dotkniętym wojną Ukraińcom, często z narażeniem własnego życia. W wielu zgromadzeniach jest jakaś współsiostra lub grupa sióstr będących męczennicami II wojny światowej. Siostry wierzą, że opiekuje się nimi z nieba. I że jest z nich dumna.

Siostry nadziei czytałam w Adwencie. To był dla mnie z różnych powodów bardzo trudny czas pod względem duchowym. Bohaterki książki Puścikowskiej pomogły mi przejść tę moją prywatną drogę mroku. Pokazały, że warto. Że jest dla kogo. Że Miłość zawsze zwycięża.

Moją ukochaną „siostrą nadziei” – poza oczywiście moimi współsiostrami dominikankami, które także zostały w Ukrainie lub pomagają poszkodowanym poprzez Fundację Sióstr Dominikanek – jest redemptorystka, siostra Maria. Może dlatego, że podobnie jak ja, musiała w klasztorze uczyć się od podstaw gotowania, sprzątania i prania. A może dlatego, że jest artystką i tworzy nawet w tym wojennym Armagedonie. To pomaga mi uwierzyć, że sztuka jest potrzebna. Nawet wtedy, gdy płoną domy i umierają ludzie. A może właśnie wtedy… Jak bardzo mi bliskie są jej słowa: „Moi bracia giną, a to oznacza, że cząstka mnie samej też ginie. Jednak poprzez twórczość mogę wyrazić moje wołanie do Boga, moją modlitwę, mój ból. Mogę wyrazić też miłość, nadzieję i wiarę w zwycięstwo”.

Warto te reportaże przeczytać. To bardzo ważny głos w dyskusji, czym jest Kościół, czy jeszcze jest komuś potrzebny i jak się ma postawa jego przedstawicieli do miłości bliźniego. Jestem dumna, że noszę habit zakonny i chciałabym mieć taką odwagę, jak Siostry Nadziei.

poniedziałek, 2 stycznia 2023


 

Powiew COOL- tury

 Chochoł i epopeja pełnych lodówek

(1989. Pozytywny mit, reż. Katarzyna Szyngiera, premiera w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim:19.11. 2022, premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie: 02. 12. 2022)

Po raz kolejny przekonałam się, że Teatr Słowackiego ma coś ważnego do powiedzenia współczesnemu odbiorcy. Że o coś w tym teatrze chodzi – poza tanią prowokacją i dekonstrukcją klasyki literatury. Teatr mojej młodości, do którego uwielbiałam chodzić w liceum, za dyrekcji Krzysztofa Głuchowskiego odżył i nabrał artystycznego charakteru.

Powiedzieć, że 1989. Pozytywny mit to spektakl ważny i wart obejrzenia to nic nie powiedzieć. Wychodzę z widowni z uczuciem niedosytu, takim, wiecie: szkoda, że to już koniec, i z mnóstwem pytań, na które niekoniecznie da się w sposób jednoznaczny odpowiedzieć, ale pozostają w świadomości… Czym jest dla mnie wolność? Po której stronie bym była, gdyby przyszło mi żyć w tamtych czasach? Czy w ogóle byłabym po jakiejś stronie, czy tak jak moja rodzina, udawałabym, że to mnie nie dotyczy (to też jakiś wybór i łatwo go osądzać, gdy samemu się miało kilka lat i nie pamięta się nawet tego słynnego braku Teleranka…)? Czy potrafiłabym bronić tego, w co wierzę? Czy umiałabym w tej walce współpracować z innymi ludźmi? I najważniejsza kwestia, która pada w jednej z piosenek: „A jeśli się uda, to co?”.

Spektakl Katarzyny Szyngiery to inspirowana broadwayowskim Hamiltonem muzyczna opowieść o wydarzeniach, które doprowadziły do odzyskania przez nasz kraj wolności w 1989 roku i upadku Bloku Wschodniego. Wszystko opowiedziane językiem rapu (znakomita muzyka Andrzeja „Webbera” Mikosza!), dynamiczne, z przyprawiającą o zawrót głowy choreografią i – wbrew siermiężnej rzeczywistości PRL – pełne kolorów. Twórcom tego niezwykłego musicalu udało się zrealizować spektakl o trudnych wydarzeniach z naszej historii najnowszej – strajkach, internowaniach, pacyfikacjach, aresztowaniach, stanie wojennym – bez patosu i ciężkiej martyrologii. Lekka forma – paradoksalnie – dodaje tej historii mocy i dramatyzmu, ale nie przytłacza. Nie ma tutaj jakiegoś „Konrada” – cudownej jednostki pełniącej rolę wybawiciela narodu. 1989 jest wielogłosem, w którym na pierwszy plan wybija się kilkoro protagonistów solidarnościowej epopei: Lech Wałęsa z żoną Danutą, Władysław Frasyniuk z żoną Krystyną i Jacek Kuroń z żoną Grażyną czyli swoją ukochaną „Gajką”. Żaden z tych trzech panów nie jest „Konradem”. Są zwyczajni, słabi, wrzuceni w historię jakby przez przypadek. I to jest właśnie w tym spektaklu najciekawsze: ta demitologizacja – wbrew tytułowi. Czyni z bohaterów ludzi, a nie pomniki. Jednak najbardziej poruszyły mnie postacie kobiece: Danka, Krysia i Gajka, brawurowo zagrane i zaśpiewane przez Karolinę Kazoń, Katarzynę Zawiślak – Dolny i  Magdalenę Osińską. Bohaterki kolejek, zdobywania spod lady mięsa na święta i zmagań z milicją, walącą do drzwi mieszkania w środku nocy, samotnością i wódką na pocieszenie. Musical o wolności jest opowiedziany właśnie z perspektywy kobiet: drugoplanowych aktorek tego wielkiego dramatu, może nawet ważniejszych od mężczyzn, bo to one musiały chronić dzieci przed groźbą wywózki do domu dziecka, kiedy ojca po raz kolejny zabrali, one musiały tym dzieciom tłumaczyć, gdzie się podział tatuś, one zostawały same ze swoim permanentnym brakiem poczucia bezpieczeństwa i troską o sprawy materialne rodziny, one czasem psychicznie nie dawały rady… No i im także się zdarzało wyjechać pod przymusem do „ośrodka wypoczynkowego”, gdzie mogły się nabawić śmiertelnej choroby.

Najmocniejsze tutaj są moim zdaniem dwie sceny: odebranie Pokojowej Nagrody Nobla dla Lecha Wałęsy przez Dankę i śmierć Gajki. To jest kwintesencja tego wstrząsającego her- story. Kiedy zgasły reflektory i zapaliło się na widowni górne światło zwiastujące przerwę, zastanawiałam się, dlaczego – na Boga! - nie opuścili kurtyny Siemiradzkiego, tej ikony teatru. Zawsze przecież opuszczali. To już był rytuał. Zrozumiałam właśnie przy tym „Noblu”. Na scenie pojawia się para „konferansjerów” i Danka w peerelowskiej bluzce i spódnicy, zagubiona, niepewna, zmuszona do odgrywania roli, której nie chce odgrywać. I wtedy właśnie powoli opada słynna kurtyna. Danka nabiera odwagi, podnosi głowę, śpiewa song o tym, że odbiera tego Nobla w imieniu tych wszystkich kobiet, które razem z facetami były w Stoczni, a teraz, jak ona, są na drugim planie. Ze wzrokiem wycelowanym w publiczność mówi, że może mamy na sobie suknie, za które ona mogłaby przez miesiąc wyżywić rodzinę, ale czy którakolwiek z nas walczyła o zmienianie świata? To pytanie dotknęło także mnie. Czy walczyłam, czy walczę o zmienianie świata? Jeśli tak, to co to za walka i jak ją rozumiem?

No i Gajka. Pierwsza, ukochana żona Kuronia zmarła w szpitalu w Łodzi w listopadzie 1982 roku z powodu zwłóknienia płuc. Problemy z płucami zaczęły się już w czasie internowania. Lekarze zbagatelizowali chorobę. Zaniedbania były tak duże, że nie dało się jej uratować. Kuroń dostał przepustkę (był w tym czasie w więzieniu), żeby się móc z nią spotkać. Byłam ciekawa, w jaki sposób reżyserka opowie o ich pożegnaniu w szpitalu na oddziale intensywnej terapii, gdzie leżała Gajka. W spektaklu nie ma żadnych elementów scenografii czy kostiumu, które by sugerowały, że chodzi o szpital. Jacek i Gajka padają sobie w ramiona. Gajka gada jak najęta: że niedługo wyjdzie, że kupi sobie w końcu tę niebieską sukienkę, że upiecze Jackowi coś ekstra… i nagle gaśnie światło, trochę tak, jakby się zrobiło zwarcie. Gajka znika. Zostaje sam Jacek z… lodówką, w której znajduje kawałek mięsa. Ogrywa ten rekwizyt tak, jakby to było jego zranione, nagle osamotnione serce… Sytuacja nawiązuje do faktu, że Gajka przed pójściem do szpitala naprawdę zdążyła zdobyć kawałek cielęciny i zostawić mężowi w zamrażarce…

1989 to opowieść właśnie o takim prostym bohaterstwie: lodówek pełnych niemożliwego do zdobycia jedzenia, które jest jak wyznanie miłości. Niezgody na porzucenie „dla sprawy” (przejmujący song trzech bohaterek: „Nie idź tam! Zostań ze mną!”), odbierania nie swojego „Nobla” w imieniu tych wszystkich bezimiennych wojowniczek, które musiały być twarde, silne, opiekuńcze, ratujące cały swój domowy świat, wspierające mężczyzn i czasem… pękały.

Byłoby jednak głęboko niesprawiedliwe pominąć tu cały zespół, który jest w spektaklu Szyngiery jak jeden organizm, doskonale zsynchronizowany we wspólnym rytmie, ruchu i wokalu. Wokaliści i tancerze pulsują energią jak wielkie bijące serce narodu, który krzyczy: „Nie zostawiamy w tyle swoich ludzi!”. Ten tłum naprawdę robi wielkie „bum” jak w refrenie jednej z piosenek. Warto tutaj wspomnieć o mocnych, wyrazistych kreacjach męskich: Generała Jaruzelskiego w wykonaniu Rafała Dziwisza oraz Jacka Kuronia w interpretacji Marcina Czarnika. Pierwszy uwodzi songiem, w którym zaprasza dziewczynę do kina, rzecz jasna do kina Moskwa na słynny Czas Apokalipsy. Dziewczyną jest oczywiście Polska. Rafał Dziwisz ma odważny, głęboki głos, którym po prostu hipnotyzuje! Drugi, Czarnik, jest czuły, pogubiony, rozchwiany wewnętrznie, z przejmującym, dramatycznym wokalem, który miałam już okazję słyszeć w Teatrze TVP w Królu Edypie Jacka Raginisa. Ale urzekli mnie również Antek Sztaba jako Aleksander Kwaśniewski i Wojciech Dolatowski jako Alfred Miodowicz. Solówka Kwaśniewskiego zachęcającego do zaufania jego politycznym propozycjom oraz popis Miodowicza w telewizyjnym pojedynku z Wałęsą to prawdziwe mistrzostwo świata! Oprócz tego chłopcy tworzyli chór stoczniowców i rewelacyjne „wrony” – Ericha Honeckera i Nicolae Ceauşescu - które spuściły się na scenę po linie i „krakały” w fantastycznej polifonii nad coraz bardziej bezradnym Jaruzelskim. Jestem pełna podziwu dla tych bardzo młodych aktorów, tak pełnych ekspresji i elastyczności. Tych twarzy nie da się zapomnieć!

Czy spektakl Katarzyny Szyngiery to rzeczywiście „pozytywny mit”, a więc lekka, łatwa i przyjemna operetka o odzyskaniu wolności? Niezupełnie. Jedna z ostatnich scen musicalu to symboliczne „wesele”, na którym w rytmie disco polo bawią się wszyscy, zarówno komunistyczni prominenci, jak ci, którzy za chwilę zmienią świat, i nawet nie zauważają, że wśród nich tańcuje najprawdziwszy Chochoł.  Z sufitu sypie się karnawałowe konfetti, a Jacek Kuroń śpiewa gorzki song nawiązujący do twórczości swojego imiennika Jacka Kaczmarskiego: czy teraz będzie tak jak w piosence o murach, której nikt nie dosłuchał do końca? Czy mury naprawdę runą, czy będą znowu rosły?

Wyszłam z teatru poruszona, pełna pytań i niepokojów, ale też nadziei. To jest kawał dobrego teatru, nasyconego treścią, oddziałującego na emocje i wyobraźnię widza. Teatru, jakiego szukam i coraz rzadziej udaje mi się znaleźć…

Jeśli miałabym jakieś „ale” to tylko jedno, ale dla mnie bardzo ważne: w tej Solidarnościowej opowieści nie ma ani słowa o Kościele. Zupełnie, jakby nie było prymasa Wyszyńskiego,  księdza Jerzego Popiełuszki czy Jana Pawła II i jego słynnych słów: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. TEJ ziemi”. A przecież Kościół – bez względu na to, co o nim myślą twórcy spektaklu i w ogóle większość twórców współczesnej kultury, a nawet większość społeczeństwa - zajmował się rozdawaniem zagranicznych darów potrzebującym, pomocą internowanym, dodawał otuchy wszystkim Gajkom, Kryśkom i Dankom, i nadziei ich walczącym mężom… To właśnie w kościołach organizowano wieczory poezji i koncerty, na które nie było miejsca w oficjalnej polityce kulturalnej państwa. Dlaczego więc to milczenie? Nie rozumiem. Czy w głównym nurcie polskiej kultury naprawdę musi być tak, że o Kościele albo źle, albo wcale?

Tym pytaniem zakończę. A 1989. Pozytywny mit bardzo polecam. Potrzebujemy mitów, żeby poradzić sobie ze skomplikowaną rzeczywistością.

PS. Wzruszyło mnie, że w czasie spektaklu dyrektor Głuchowski przez długą chwilę stał nieruchomo i z uwagą obserwował to, co się dzieje na scenie. Nie był w pracy. Był po prostu ze swoimi aktorami.



Fot. Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Link do teledysku promującego spektakl:

https://www.youtube.com/watch?v=16gg47PpvuU&t=3s

wtorek, 27 grudnia 2022


 

Powiew COOL - tury

 Nie wie, po co ta śrubka, i zbuduje most…

(Śubuk, reż. Jacek Lusiński, premiera: 02. 12. 2022)

 

„Mówiłam, że się nie uda” – kwituje jedna z bohaterek filmu kolejną wizytę u bezdusznych urzędników. „Nie mówiłaś” – odpowiada druga. „Ale pomyślałam.” „To, k…wa, nie myśl!”.

Poszłam na film Jacka Lusińskiego z zaciekawieniem. Takie tematy są mi bardzo bliskie. Pracowałam kilka lat w ośrodkach dla dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością intelektualną, prowadzonych przez nasze zgromadzenie. To są cudowne dzieciaki, o niebo przewyższające nas, tak zwanych zdrowych, poziomem wrażliwości i empatii, czyli – żeby użyć modnego słowa – inteligencji emocjonalnej.

Film o dziwacznym tytule „Śubuk” bardzo mi przypomina Chce się żyć Macieja Pieprzycy. Tamta historia także opowiada o losie chłopca z niepełnosprawnością, który był niezrozumiany, a przez to odrzucony przez społeczeństwo. Tylko że narracja w Chce się żyć jest prowadzona z perspektywy niepełnosprawnego bohatera. W Śubuku świat widzimy oczami Maryśki, samotnej matki autystycznego chłopca. Film zaczyna się jak kino Hitchcocka: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie.

Trzęsienie ziemi w filmie Lusińskiego jest banalne jak powiatowy melodramat: kilkunastoletnia Maryśka z dysfunkcyjnej rodziny, wychowanka domu dziecka, aktualnie mieszkająca ze starszą siostrą, zastępującą jej matkę, szuka miłości nie tam gdzie trzeba: w ramionach pewnego milicjanta, którego jedyną reakcją na wiadomość o ojcostwie jest zapakowanie ukochanej do samochodu i podwózka do ginekologa, żeby pozbyć się „kłopotu”. I tak się ten film zaczyna: od ponurej podróży samochodem i wizyty w gabinecie. „No to działamy”- rzuca od niechcenia lekarz (chwilę wcześniej poznajemy jego malutkiego, słodziutkiego synka o imieniu Jaś), przygotowując narzędzia i zakładając lateksowe rękawiczki. Maryśka jednak ucieka z fotela…

„Kłopot” okazuje się o wiele większy niż Maryśka myślała. Synek bohaterki, Kubuś, nie mówi. A raczej wypowiada tylko jedno słowo: „Śubuk”. Maryśka będzie potrzebowała czasu, żeby zrozumieć, że to odwrotność imienia Kubuś. Potem jest coraz trudniej, żeby nie powiedzieć: beznadziejnie. „Śubuka” wyrzucają z trzech przedszkoli, a potem podstawówki, dając wyraźnie do zrozumienia, że miejsce dzieciaka jest w szkole specjalnej, a najlepiej w jakimś szpitalu dla dzieci i młodzieży przewlekle chorych psychicznie. I to jest przełom. Maryśka postanawia się nie poddawać. Szuka kobiet w podobnej sytuacji, szturmuje burmistrza, kuratorium i Ministerstwo Edukacji. W szkole podstawowej, do której chodzi Śubuk, powstaje klasa integracyjna, a w liceum – do którego jej niemówiący syn się dostaje – odbywa się pierwsza w historii polskiego szkolnictwa matura dla autystycznego ucznia.

Film jest inspirowany prawdziwą historią Macieja Oksztulskiego, pierwszego w naszym kraju niemówiącego autystyka, który nie tylko zdał maturę, ale… obronił doktorat z nauk prawnych. Nie jest to jednak wierne odwzorowanie tej historii. Film jest sumą doświadczeń wielu matek dzieci z niepełnosprawnościami, matek, które nie przesypiają nocy, matek, które nie mają własnego życia, a raczej ich życiem i całym światem jest dziecko wymagające całodobowej opieki, matek, które ciągle zadają sobie pytanie: „co z nim będzie jak mnie zabraknie?”, matek, które często walczą samotnie z bezdusznym systemem, śmiesznymi przepisami, które zabraniają im pracować, jeśli pobierają zasiłek pielęgnacyjny na dziecko, wykluczeniem, niezrozumieniem, brakiem sił, tabunem przedszkolanek, dyrektorów szkół i urzędników państwowych, które patrzą na nie z politowaniem…

Film Lusińskiego to hołd złożony tym kobietom. To opowieść o kobiecości silnej, zdeterminowanej, a przecież głęboko ludzkiej. Takiej, która czasem nie ma siły, płacze po nocach, chce udusić swoje dziecko albo zabić siebie, a potem wstaje z gleby, otrzepuje spódnicę i idzie do kolejnego urzędu walczyć o swoje. Wbrew całemu światu.

Film jest także po prostu historią o miłości. Takiej właśnie, którą opisuje święty Paweł w liście do Koryntian: która „wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję i wszystko przetrzyma.” (1 Kor 13, 7). Dla takiej miłości nie ma drzwi, których by się nie dało wyważyć, ani okna, przez które by się nie dało wejść. Jak w jednym z moich ulubionych wierszy Wisławy Szymborskiej Portret kobiecy:

Naiwna, ale najlepiej doradzi.

Słaba, ale udźwignie.

Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała (…).

Czyta Jaspersa i pisma kobiece.

Nie wie, po co ta śrubka, i zbuduje most (…).

Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.

Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.

Albo go kocha, albo się uparła.

Na dobre, na niedobre i na litość boską.

 

Taka jest właśnie Maryśka. Nie ma pojęcia o śrubkach, ale buduje mosty pomiędzy tym, co utarte i schematyczne, a nowym i nieznanym. Pomiędzy tym, co oczywiste, a nieoczywistym. Pomiędzy tym, co oswojone, a tym, w co się trzeba dopiero wsłuchać.

Śubuk może być opowieścią o każdym wykluczeniu, którego się boimy. O wszystkim, co w społeczeństwie inne i niezrozumiałe: o niepełnosprawnych, uchodźcach, ludziach innych kultur, wyznań czy orientacji seksualnej. Bo to historia, która  uczy uważności. Dostrzeżenia w INNYM człowieka, który myśli i odczuwa w bardzo podobny sposób, tylko mówi w obcym języku. Śubuk to także opowieść o byciu matką w dramatycznych okolicznościach. Maryśka decyduje się urodzić, choć wcale nie jest to łatwa decyzja, a jej macierzyństwo pozbawione jest ckliwego patosu. Scena, kiedy wymiotuje prosto do samochodu ukochanego i tenże ukochany mówi jej po latach, że jest jedyna kobietą w jego życiu, która… rzyga na jego widok, to mistrzostwo świata!

Maryśka wybiera ŻYCIE. Nie zabija swojego dziecka. To ważny głos w kontekście niedawnych Strajków Kobiet, czerwonych błyskawic i haseł „Wybór, nie zakaz!”. Śubuk ma szansę nie tylko przyjść na świat, ale się rozwijać. Mało tego: przy swoim dziecku rozwija się Maryśka. Uczy się człowieczeństwa. Uczy się też mądrej, odważnej, kochającej kobiecości. Tutaj warto zauważyć mistrzowską rolę Małgorzaty Gorol jako Maryśki. Tę aktorkę kojarzę jedynie z teatru: z genialnej roli Rycerza w Weselu Jana Klaty w krakowskim Narodowym Starym Teatrze. Cieszę się, że mogłam ją zobaczyć w kinie. Jej Maryśka jest impulsywna, zadziorna, ale wraz z rozwoje akcji i upływem lat zmienia się, uspokaja, dojrzewa, nabiera ciepła. Tę postać się po prostu lubi. Widz w sposób naturalny staje po jej stronie.

No i dwóch Wojtków w roli Śubuków na różnych etapach  życia: siedmiolatek czyli Wojtek Krupiński, autentyczny autystyk (chylę czoła dla pracy, jaką wykonała ekipa filmowa, żeby to dziecko czuło się dobrze i bezpiecznie na planie!), i maturzysta - zawodowy aktor Wojciech Dolatowski. Jestem zafascynowana szczególnie kreacją Dolatowskiego. Tak głębokie ukrycie się za swoją postacią wymaga ogromnej samodyscypliny i pokory wobec tematu. Ta rola przywodzi mi na myśl kreacje Dawida Ogrodnika w Chce się żyć i Johnnym. Chapeau bas! Czekam na kolejne role tego młodego, bo zaledwie 25 – letniego aktora.

Podsumowując: Śubuk to bardzo ważny film. Rzadko mi się zdarza przepłakać prawie cały seans, a tak było w tym wypadku. Ale też film pozostawia mnie z różnymi trudnymi pytaniami. Czym jest kobiecość? Macierzyństwo? Odpowiedzialność? Jak budować mosty między mną a drugim człowiekiem, zwłaszcza, gdy ten drugi człowiek jest z jakichś powodów inny ode mnie? Wreszcie: co to znaczy chronić życie nienarodzonych, żeby to nie były tylko puste słowa i bezduszne przepisy prawne? Bo matki dzieci z niepełnosprawnościami często muszą się same uczyć budowania mostów. Bez jakiejkolwiek pomocy. Nie wszystkie dają radę…

Ten film powinien dostać Złote Lwy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tę nagrodę przyznano Silent Twins Agnieszki Smoczyńskiej, filmowi tak nijakiemu, że nawet nie chciało mi się o nim pisać recenzji.




 Link do zwiastuna:

https://www.google.com/search?q=%C5%9Bubuk+zwiastun&oq=%C5%9Bubuk+zwiastun&aqs=chrome..69i57.4135j0j15&sourceid=chrome&ie=UTF-8#fpstate=ive&vld=cid:9fd37499,vid:VMH5e6608hU

niedziela, 11 grudnia 2022


 

Niedzielnie

 Czy ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? (Mt 11, 3).

 Jan Chrzciciel, największy z ludzi – tak o nim mówi sam Jezus. Ustawiały się do niego nad Jordanem kolejki. Niektórzy go mieli za Mesjasza. Herod się go bał, ale jednak chętnie słuchał.  Zachowywał się jak dzikus, nie był miły, kompletnie nie dbał o swój PR ani poprawność polityczną, ale miał siłę przyciągania. Zawsze jednak powtarzał: TO NIE NA MNIE CZEKACIE. Ja tylko zapowiadam Tego, który do was przyjdzie. Nie jestem tu dla oklasków. Nie zamierzam zostać waszym religijny celebrytą ani maskotką dla poprawy waszego samopoczucia. Jestem tu po to, żeby przygotować drogę Temu, o którym od wieków mówili prorocy. Ale On też nie będzie Wasza maskotką i nie założy fundacji „Spełniamy marzenia”. Przyjdzie inaczej niż to sobie wyobrażacie. Zupełnie inaczej.

Nie słuchali go zbyt uważnie. Trzymali się kurczowo własnych oczekiwań i wyobrażeń. Jezus powie: „Postąpili z nim tak, jak chcieli”. (Mt 17, 12).

Dzisiaj, w Niedzielę Radości, schodzimy z Janem Chrzcicielem w ciemność więzienia. Taki paradoks. Jan czeka na wyrok. Prawdopodobnie przeczuwa, że będzie to wyrok śmierci. I wątpi. On, największy z ludzi. Ostatni prorok Starego Testamentu. Przyjaciel Oblubieńca. Jan Chrzciciel przeprowadza nas dzisiaj, właśnie w tę „różową” niedzielę, przez ZWĄTPIENIE. Pyta Jezusa: Czy to NA PEWNO Ty? Czy ja się nie pomyliłem?

Tym samym pokazuje, że to nic złego. Że to ludzkie i naturalne. Że ja i ty mamy prawo zadawać Bogu takie pytania, kiedy coś w naszym życiu się sypie. Miałam takie chwile w życiu zakonnym. Waliłam pięścią w blat ławki w kaplicy, a równocześnie czułam, że właśnie w tym doświadczeniu… Bóg jest najbliżej.

Różne są ciemności naszych więzień. To może być nałóg, depresja, jakaś fatalna diagnoza, rozpad małżeństwa, kryzys powołania…

Pytamy: gdzie jesteś, Jezu? Czy  W OGÓLE jesteś? A Jezus schodzi razem z tobą do twojego więzienia, żeby być przy tobie i dać ci nadzieję. Bo przecież Jego pierwotne imię brzmi: JESTEM KTÓRY JESTEM (Wj 3, 14).

Dzisiaj, w Niedzielę Radości, Jan Chrzciciel pokazuje, ze nie ma takiej ciemności, w której by nie zajaśniało światło Chrystusa. Bo tylko radość, która pochodzi z Jego światła, jest trwała.

czwartek, 8 grudnia 2022


 

Powiew COOL- tury

 

Chłopięca zabawa z przebłyskiem geniuszu

(Adam Mickiewicz, Ballady i romanse, Teatr Wierszalin, reż. Piotr Tomaszuk, premiera: 22.07. 2022; Teatr TVP: 06.12. 2022).

Miałam wtedy może jedenaście, może dwanaście lat. W naszym domu na półce stały dzieła wybrane Mickiewicza. Dla nastolatków, z którymi aktualnie pracuję, nie miałyby żadnej wartości, niczego, co by mogło przyciągnąć ich uwagę: pożółkłe kartki zadrukowane drobnymi literami i płócienne, twarde okładki poszczególnych tomów. Nieokreślonego koloru. Pachnące nudą i starością. W środku nie było żadnych obrazków. Mnie jednak przyciągały. Zaintrygował mnie zwłaszcza jeden tom: Ballady i romanse. Pochłonęłam je w ciągu jednej nocy. Okno było uchylone, pachniało bzem, bo to była połowa maja, ciszę raz po raz przerywały głosy najpierw nocnych, a potem porannych ptaków. Mieszkałam co prawda w centrum Krakowa, ale w dzielnicy, gdzie jest dużo drzew,  położonej z dala od ruchliwych ulic. Oczami wyobraźni zaczęłam ich wszystkich widzieć: Karusię rozpaczającą po stracie ukochanego, panią, która zabiła pana, Krysię porzuconą przez cynicznego kochanka, która skoczyła w odmęty jeziora i powraca co noc, by nakarmić swoje dziecko, Świteziankę, która topi niewiernego Strzelca…

Potem VI Liceum Ogólnokształcące im. Adama Mickiewicza w Krakowie i spektakle na Święto Patrona Szkoły, które reżyserowała moja mama. W jednym mówiłam Widzenie Ewy z III cz. Dziadów (tekst pamiętam do dziś!), w drugim – byłam Marylą Wereszczakówną i naprawdę całowałam się na deskach Teatru Słowackiego z kolegą, który grał Mickiewicza. Cała szkoła nam kibicowała. Jak na meczu!

A potem studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim i zajęcia z moim mentorem: profesorem Bogusławem Dopartem. Zakochanym w Mickiewiczu.

Wreszcie – Ballada o mistrzu. Musical inspirowany życiem i twórczością Mickiewicza, który dwukrotnie zrobiłam z moja młodzieżą w Kłodzku.

Jestem pewna, że to nie ja wybrałam Mickiewicza, lecz Mickiewicz wybrał mnie. I ciągle zachodzi mi drogę. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Domaga się zachwytu.

Z niecierpliwością czekałam więc na Ballady i romanse Teatru Wierszalin. Spektakl mogłam obejrzeć jedynie w Teatrze Telewizji, ale jak w przypadku każdej premiery teatru z Supraśla: przedstawienie wchłania widza. Wciąga w obrzęd. Sprawia, że widz nie jest jedynie biernym oglądaczem, lecz uczestnikiem Opowieści. Niezależnie od tego, czy siedzi na widowni Wierszalina, pachnącej drewnem i tym nieokreślonym zapachem teatru, czy przed szklanym ekranem.

Ballady i romanse Piotra Tomaszuka zburzyły moje wyobrażenia o tych tekstach: obrazy pastelowych łąk, zwiewnych rusałek w wiankach na rozpuszczonych włosach, i ścigających je przaśnych młodzieńców… Tak właśnie jest w naszym musicalu Ballada o mistrzu. A u Tomaszuka - ascetyczne, ciemne kostiumy (jak w większości jego spektakli). Zunifikowane: bo to mundurki gimnazjalne czy studenckie. Takie, które kojarzą się ze szkolną beztroską młodego Mickiewicza i jego przyjaciół, „krajem lat dziecinnych”, który musiał na zawsze zostawić. Wszyscy bohaterowie są wciśnięci w ramy. A właściwie w jedną dużą ramę – centralny element bardzo prostej scenografii. Rama przypomina starą fotografię. Może zdjęcie klasowe? A zachowanie „uczniów” – dorosłych ludzi – jest zapożyczone trochę z Ferdydurke, trochę z Umarłej klasy Tadeusza Kantora. Trochę też przypomina mi film Marka Koterskiego Siedem uczuć, w którym czterdziestolatkowie wracają do peerelowskiej podstawówki ze swojego dzieciństwa, żeby przeżyć na nowo i przepracować zapomniane traumy… Rytmiczny stukot, dźwięk odkręcanej drewnianej korbki „uruchamia” pierwszego bohatera, wydaje się, że głównego: młodego Mickiewicza (w tej roli interesujący i brawurowy pod względem wokalnym Mateusz Stasiulewicz). I wtedy zaczynają grać i śpiewać Ballady… Po chwili się okazuje, że tu nie ma głównych bohaterów lub raczej: wszyscy nimi są. Każda ballada to odrębna historia kolejnej postaci ze „zdjęcia klasowego”, ożywiana hipnotyzującą, wykonywaną na żywo muzyką Adriana Jakucia - Łukaszewicza i samego reżysera - Piotra Tomaszuka, w której - dzięki lirze korbowej, skrzypcom i akordeonowi - pobrzmiewają tony ludowych i cerkiewnych pieśni z Kresów Wschodnich, ale także żydowskie nuty z wiejskiej karczmy (w pewnym momencie słyszałam nawet inteligentnie przetworzone If I were a rich man z musicalu Skrzypek na dachu!).

Zaczyna się nietypowo. Bynajmniej nie „sielsko anielsko”. W staccatowym śpiewie całego zespołu padają gorzkie słowa z mniej „sztandarowej” ballady Mickiewicza Tukaj:

O potęgo! O człowieku!

Wielkie zamki, wielkie imię,

Wielkie nic!

Ballady i romanse zostały napisane przez bardzo młodego Mickiewicza, który miał przed sobą jeszcze długą drogę do bycia narodowym wieszczem, ale na pewno ten tomik zrewolucjonizował polską historię literatury. Rozpoczął epokę romantyzmu. I taki jest ten Mickiewicz w supraskim spektaklu: wrażliwy chłopczyk z kwiatkiem w butonierce. I cała atmosfera spektaklu to taka trochę chłopięca zabawa z przebłyskiem geniuszu. Ale podszyta goryczą, tym „wielkim nic”, które odbiera marzenia, niszczy to, co kochamy, i pozostawia tęsknotę. Czasem jest bardzo poważnie: dziewczyna rozpacza za utraconą miłością, głucha i ślepa na „mędrca szkiełko i oko”, a pani po zabiciu pana wpada w obłęd tak efektowny, że nie powstydziłaby się go szekspirowska lady Makbet. Czasem jest mniej poważnie, nawet, gdy mowa o zatopionym mieście czy dziewczynie, która skoczyła z rozpaczy do jeziora. Ballady i romanse w teatrze Wierszalin to zabawa formą, konwencją i tekstem Mickiewicza, który prawie w całości jest śpiewany, bo przecież te frazy są napisane tak, jakby były muzyką.

Spektakl supraskiego zespołu jak zwykle wbija w fotel. Każda opowieść ze „zdjęcia klasowego” jest fascynującym popisem aktorskiego i wokalnego kunsztu, ale chciałabym tutaj wyróżnić trójkę wspaniałych aktorów: Katarzynę Wolak – Gąsowską. Monikę Kwiatkowską i Rafała Gąsowskiego. Jeśli chodzi o tego trzeciego, to ten aktor jest już od wielu lat twarzą Wierszalina. Kiedy słyszę to nazwisko, od razu mam przed oczami charyzmatyczne role Gustawa i Konrada w Dziadach. Nocy pierwszej i Dziadach. Nocy drugiej oraz Hrabiego Henryka w Nie-Boskiej komedii. Tutaj Gąsowski dał się poznać z zupełnie innej, komicznej strony: jako nieporadny młodzieniec w Świteziance, wystraszony kupiec z brawurowo odśpiewanego Powrotu taty i pijany w sztok Twardowski. Ubawiłam się jak nigdy! Ale jednak, moim zdaniem,  najnowsza premiera Teatru Wierszalin należy przede wszystkim do dwóch kobiet: Katarzyny Wolak - Gąsowskiej jako cudownej Karusi z Romantyczności i wzruszającej Przyjaciółki z Kurhanka Maryli i Moniki Kwiatkowskiej, Pani z ballady Lilije. Obie mnie zaczarowały. Zagrały tak poruszająco, że miałam ochotę je przytulić i płakać razem z nimi. Katarzyna Wolak – Gąsowska jako Karusia widząca zmarłego ukochanego jest subtelna, a zarazem do bólu wyrazista w swojej pewności, że widzi coś, czego NIGDY nie zobaczy gruboskórny mędrzec. Kiedy śpiewa partię Przyjaciółki, która straciła powiernicę, to ja od razu myślę o swoich przyjaźniach… I ten odważny, głęboki, trochę drapieżny wokal zdolny rozwalić mury Jerycha… Katarzyna Wolak – Gąsowska powinna koniecznie spróbować sił w musicalu. Ten głos trzeba rozwijać. Niech go usłyszy cała Polska! Wreszcie – Monika Kwiatkowska jako Pani. To jest prawdziwy popis: od lęku, poprzez obsesję, amok, histeryczną radość z zatarcia zbrodni, aż po utratę zmysłów. A wszystko wyśpiewane i przerywane recytacją, bardzo dobrze wkomponowaną w piosenkę i emocjonalnie uzasadnioną. Te „lilije” naprawdę wyrosły wysoko!

Podsumowując: nie zawiodłam się. Ballady i romanse Teatru Wierszalin to piękne podsumowanie kończącego się Roku Polskiego Romantyzmu. Bez zadęcia, za to z nutką tajemnicy i humoru: czyli z przebłyskiem  Mickiewiczowskiego geniuszu. Gorąco polecam na żywo w Supraślu lub na VOD TVP.

A ten tomik Mickiewicza z Balladami i romansami stoi teraz u mnie na półce w klasztorze.